Zakończenie długiej serii zawsze bywa ryzykowne. Czytelnik nie oczekuje już wyłącznie kolejnej dobrej historii, chce poczuć, że czas spędzony z bohaterami miał sens, a ich droga prowadziła do czegoś więcej niż następnej przygody. Necrovet. Hodowla istot chimerycznych staje przed właśnie takim wyzwaniem. Joanna W. Gajzler wraca po raz ostatni do Zrębek, do magicznej lecznicy doktor Izabeli Pokot i świata, w którym nekromancja, weterynaria oraz fantastyczne stworzenia od początku tworzyły wyjątkowo udaną mieszankę.
Tym razem centrum wydarzeń stanowi Florka Kuna. Młoda techniczka weterynarii i adeptka nekromancji wreszcie odnajduje swojego famulusa, choć szybko okazuje się, że nie jest to początek spokojnego rozdziału, lecz kolejnych komplikacji. Równolegle lecznica zmaga się z nowymi pacjentami, nietypowymi przypadkami oraz tajemniczym zagrożeniem atakującym magiczne stworzenia. Jak zwykle jednak fabuła nie koncentruje się wyłącznie na jednej osi narracyjnej. To raczej zbiór powiązanych ze sobą historii, które wspólnie budują obraz codzienności niezwykłej placówki.
To właśnie ta formuła od początku była największą siłą cyklu. Gajzler stworzyła świat, który przypomina fantasy tylko z pozoru. Pod warstwą magicznych stworzeń, zaklęć i nekromancji kryje się bowiem bardzo przyziemna opowieść o odpowiedzialności za zwierzęta, pracy weterynarzy i ludziach, którzy nie zawsze zasługują na miano opiekunów. W Hodowli istot chimerycznych ten aspekt nadal pozostaje wyjątkowo mocny. Kolejne przypadki leczonych stworzeń często wywołują więcej emocji niż główny wątek fabularny, zwłaszcza że autorka nie ucieka od tematów zaniedbań, cierpienia czy zwykłej ludzkiej bezmyślności.
Największym atutem serii pozostaje jej niezwykła umiejętność łączenia cozy fantasy z tematami, które wcale nie są przytulne. Gajzler potrafi przejść od humorystycznej sceny z udziałem fantastycznego pacjenta do refleksji nad odpowiedzialnością, zdrowiem psychicznym czy społeczną tolerancją, nie sprawiając przy tym wrażenia, że wymusza na czytelniku konkretną reakcję.
Jak zwykle zachwyca również bogactwo bestiariusza. Autorka po raz kolejny sięga do mniej znanych mitów i folklorów, wzbogacając swoje uniwersum o nowe gatunki stworzeń. Nie są one wyłącznie ozdobnikami. Każde z nich wnosi coś do opowieści, pozwalając budować kolejne weterynaryjne zagadki i problemy wymagające rozwiązania. Dzięki temu nawet po pięciu tomach świat Necrovetu nie sprawia wrażenia wyeksploatowanego.
Równie dobrze wypadają bohaterowie. Florka, Iza i Bastian pozostają postaciami niedoskonałymi, czasem irytującymi, ale przez to wiarygodnymi. Ich relacje od początku stanowiły fundament serii i nadal są jednym z powodów, dla których tak łatwo wraca się do Zrębek. Autorka nie tworzy herosów ani wybrańców losu. Tworzy ludzi próbujących wykonywać swoją pracę najlepiej, jak potrafią.
Nie oznacza to jednak, że finał jest pozbawiony problemów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jako zamknięcie pięciotomowej historii książka pozostawia pewien niedosyt. Poszczególne wątki rozwijają się poprawnie, ale brakuje momentu, który jednoznacznie powiedziałby: „to koniec tej drogi”. Niektóre relacje pozostają niemal w tym samym miejscu, w którym były wcześniej, a część nowych postaci pojawia się bardziej jako element codzienności lecznicy niż istotny składnik finałowej opowieści.
Nie jest to jednak wada, która przekreśla całość. Wręcz przeciwnie. Można odnieść wrażenie, że Gajzler świadomie unika wielkich dramatów i spektakularnych zwrotów akcji. Zamiast zamykać świat efektownym fajerwerkiem, pozwala mu po prostu dalej istnieć gdzieś poza kartami książki. Dla jednych będzie to rozczarowanie, dla innych dowód konsekwencji w budowaniu serii, która od początku bardziej interesowała się codziennością niż epickimi konfliktami.
Necrovet nigdy nie był opowieścią o ratowaniu świata. Był historią o ratowaniu pojedynczych istnień. I taki pozostaje do samego końca. Necrovet. Hodowla istot chimerycznych nie jest może najmocniejszym tomem całego cyklu, ale pozostaje jego godnym zwieńczeniem. To książka ciepła, pełna empatii, humoru i miłości do zwierząt, zarówno tych realnych, jak i całkowicie fantastycznych. A przede wszystkim przypomina, dlaczego przez pięć tomów tak chętnie wracaliśmy do niewielkiej lecznicy w Zrębkach. I dlaczego będzie nam jej zwyczajnie brakować.

