Najbardziej niepokojące w początku Imperium nie jest to, że nagle wszędzie pojawiają się szturmowcy, tajna policja i wojskowe patrole. Najgorsze jest to, że przez pewien czas bardzo wiele rzeczy wygląda niemal normalnie. Senat nadal obraduje, urzędnicy przychodzą do pracy, politycy wygłaszają przemówienia, obywatele próbują żyć jak wcześniej. Tyle że słowa znaczą już coś innego, procedury zaczynają służyć innym celom, a bezpieczeństwo staje się wygodnym usprawiedliwieniem dla coraz bardziej duszącej kontroli. Alexander Freed właśnie w tym momencie umieszcza Rządy Imperium i zamiast opowiadać o narodzinach Rebelii poprzez kolejną efektowną akcję dywersyjną, przygląda się chwili, w której ludzie dopiero zaczynają rozumieć, że Republiki naprawdę już nie ma.
To bardzo dobry punkt wyjścia, bo wszyscy znamy finał. Wiemy, że Palpatine utrzyma władzę, że Imperium będzie rosło w siłę, że Mon Mothma, Bail Organa i Saw Gerrera ostatecznie staną po stronie otwartego oporu. Freed nie próbuje więc udawać, że wynik tej historii pozostaje zagadką. Interesuje go coś znacznie ciekawszego: jak ludzie dochodzą do momentu, w którym przestają wierzyć, że system da się jeszcze naprawić od środka. I właśnie tutaj książka znajduje swój charakter, choć nie zawsze potrafi równie dobrze wykorzystać wszystkie prowadzone równolegle wątki.
Mon Mothma wypada zdecydowanie najlepiej. To nie jest jeszcze przywódczyni Rebelii znana z późniejszych wydarzeń, tylko senatorka próbująca ocalić tyle demokracji, ile tylko zdoła, zanim zostanie z niej sam dekoracyjny szkielet. Buduje koalicje, liczy głosy, zawiera kompromisy i próbuje zrozumieć, kiedy jeszcze warto korzystać z istniejących procedur, a kiedy dalsze uczestnictwo w nich zaczyna wyłącznie legitymizować nową władzę. Freed świetnie pokazuje, jak mało widowiskowa bywa polityka, kiedy naprawdę chodzi o władzę. Nie ma mieczy świetlnych ani heroicznych szarż. Są poprawki do ustaw, rozmowy za zamkniętymi drzwiami, zakulisowe naciski i ciągłe kalkulowanie, czy jeden krok za daleko nie zakończy kariery, zanim w ogóle uda się cokolwiek osiągnąć.
Wątek Mon działa także dlatego, że autor nie pisze jej jako chodzącego symbolu przyszłej Rebelii. Jest zmęczona, straumatyzowana, czasami niepewna i zmuszona do gry z ludźmi, których uważa za niebezpiecznych albo zwyczajnie odrażających. Musi też funkcjonować w świecie, w którym wszyscy obserwują wszystkich. Każde słowo może zostać zapisane, wyrwane z kontekstu i użyte przeciwko niej. Freed bardzo dobrze oddaje ten rodzaj politycznego lęku, kiedy jeszcze nie ma oficjalnego zakazu sprzeciwu, ale każdy rozsądny człowiek już wie, że granica dopuszczalnej krytyki przesuwa się z dnia na dzień.
Bail Organa podchodzi do sytuacji zupełnie inaczej. Nie potrafi pogodzić się z oficjalną wersją wydarzeń dotyczącą Jedi i coraz bardziej obsesyjnie próbuje udowodnić, że zostali oczernieni. To pomysł ciekawy, bo pokazuje Baila nie jako od razu gotowego konspiratora, lecz człowieka rozpaczliwie próbującego jeszcze znaleźć prawdę w systemie, który właśnie nauczył się produkować własną rzeczywistość. Problem w tym, że ten wątek chwilami stoi w miejscu. Jego obsesja jest zrozumiała, motywacje mają sens, ale kolejne etapy dochodzenia nie zawsze niosą odpowiedni ciężar. Momentami bardziej obserwujemy człowieka krążącego wokół tej samej rany niż historię faktycznie posuwającą się do przodu.
Mimo to zestawienie Mothmy i Organy wypada ciekawie. Ona jest pragmatyczna i gotowa negocjować z rzeczywistością, której nie akceptuje. On długo pozostaje idealistą przekonanym, że jeśli tylko dotrze do prawdy, prawda coś jeszcze znaczy. I właśnie między tymi dwiema postawami zaczyna kształtować się późniejszy opór wobec Imperium. Freed nie sprowadza go do prostego przebudzenia moralnego. Pokazuje proces. Rozczarowanie. Utracone złudzenia. Pierwsze kompromisy, które zaczynają wyglądać jak kapitulacja.
Saw Gerrera jest oczywiście zupełnie inną historią. Nie potrzebuje parlamentarnych debat ani dowodów na to, że system uległ degeneracji. Dla niego problem został rozstrzygnięty znacznie wcześniej. Jeśli Mon próbuje jeszcze powstrzymać upadek instytucji, a Bail chce obnażyć kłamstwo, Saw działa już w logice wojny. To właśnie dlatego jego obecność dobrze kontrastuje z senatorami, choć sam dostaje mniej przestrzeni, niż można by oczekiwać po opisie książki. W dużej mierze poznajemy jego działania poprzez Soujena, byłego separatystę i swoisty plan awaryjny pozostawiony po poprzednim konflikcie.
Tutaj zaczynają się problemy z konstrukcją powieści. Freed rozkłada uwagę pomiędzy wiele postaci, a nie wszystkie są równie angażujące. Soujen ma swoje momenty i wprowadza ciekawą perspektywę człowieka, którego dawna wojna właściwie wyrzuciła poza czas. Haki również potrafi przyciągnąć uwagę. Znacznie gorzej wypada dla mnie Chemish. Teoretycznie perspektywa zwykłego mieszkańca Coruscant powinna być bardzo cenna, bo pozwala zobaczyć Imperium nie z poziomu senatorów czy partyzantów, ale kogoś próbującego odnaleźć się w nowym porządku. W praktyce ten wątek często wygląda jak przygotowanie gruntu pod dalsze części trylogii i trudno oprzeć się wrażeniu, że w tej konkretnej książce mógłby zostać znacznie mocniej skrócony.
To zresztą największa wada Rządów Imperium. Freed ma mnóstwo dobrych pomysłów, lecz nie wszystkie otrzymują odpowiednią temperaturę. Część powieści jest naprawdę znakomita, zwłaszcza wtedy, gdy obserwujemy polityczne mechanizmy przejmowania państwa. Innym razem historia rozłazi się na kilka równoległych ścieżek, z których nie każda prowadzi w równie interesującym kierunku. Bywa, że napięcie niemal znika i pozostaje poczucie, że autor przygotowuje coś ważnego, ale jeszcze nie chce powiedzieć co.
Jeśli jednak czytać tę książkę jako opowieść o samym Imperium, a nie tylko o bohaterach, wypada znacznie lepiej. Freed rozumie, że totalitaryzm nie zaczyna się od wielkich masowych egzekucji transmitowanych na wszystkie planety. Zaczyna się od języka, procedur, kontroli informacji i stopniowego przyzwyczajania ludzi do rzeczy, które jeszcze niedawno uznaliby za niedopuszczalne. Republika nie znika jednego dnia. Najpierw zmieniają się nazwy instytucji, później zakres ich kompetencji, następnie sposób działania służb, a na końcu ludzie orientują się, że cały system służy już czemuś zupełnie innemu.
W tych fragmentach Rządy Imperium naprawdę łapią klimat Andora. Nie przez kopiowanie serialu, ale przez zainteresowanie tym samym rodzajem politycznej codzienności. Kontrola, propaganda, lobbing, inwigilacja, manipulowanie społecznym gniewem i budowanie struktur, które formalnie jeszcze przypominają stare państwo, lecz moralnie są już czymś zupełnie innym. To bywa znacznie bardziej niepokojące niż kolejna Gwiazda Śmierci. Wielkie superbronie są efektowne, ale prawdziwy reżim działa wtedy, kiedy przeciętny obywatel zaczyna pilnować własnych słów w windzie.
Freed potrafi też ciekawie wykorzystać fakt, że bohaterowie nie wiedzą tego, co wiemy my. Mon Mothma nie ma pojęcia, że za kilkanaście lat będzie symbolem zorganizowanej Rebelii. Bail nie wie, jak potoczą się losy jego rodziny. Saw jeszcze nie jest tym człowiekiem, którego później zobaczymy na Jedhie. Każde z nich znajduje się na początku drogi i właśnie ta niepewność jest ciekawsza od samego pytania o wynik. Wiemy, dokąd zmierzają, ale nie wiemy jeszcze, co będą musieli po drodze stracić.
Mam jednak problem z nierównością całej książki. Najlepsze rozdziały potrafią być naprawdę gęste, inteligentne i świetnie napisane. Słabsze sprawiają wrażenie obowiązkowego ustawiania pionków pod kolejne tomy. Przez to Rządy Imperium nie osiągają jeszcze takiej koncentracji, jakiej oczekiwałbym po powieści skupionej na pierwszych miesiącach nowego reżimu. Materiał jest znakomity, Freed zna polityczny ciężar Gwiezdnych wojen, ale czasami zbyt szeroko rozstawia kamerę.
Mimo tych zastrzeżeń wolę taki rodzaj Star Wars niż kolejną historię, w której bohater przypadkiem trafia na imperialną bazę, wysadza ją i odlatuje przed napisami końcowymi. Tutaj walka zaczyna się dużo wcześniej, zanim ktokolwiek nazwie ją Rebelią. Toczy się w Senacie, w gabinetach, podczas przesłuchań, w prywatnych rozmowach i w decyzjach ludzi zastanawiających się, czy jeszcze próbować grać według zasad, czy może właśnie zrozumieli, że zasad już nie ma.
Rządy Imperium są więc książką nierówną, momentami zaskakująco powolną i nie zawsze równie angażującą we wszystkich perspektywach. Ale kiedy Freed skupia się na tym, co dzieje się z państwem i ludźmi próbującymi funkcjonować w pierwszych miesiącach dyktatury, trafia dokładnie tam, gdzie powinien. Najciekawsze pytanie tej powieści nie brzmi bowiem „kiedy powstanie Rebelia?”. Wiemy, kiedy powstanie. Ciekawsze jest to, ile razy człowiek musi zobaczyć, że system przestał działać, zanim przyzna przed samym sobą, że dalsze posłuszeństwo też jest wyborem.

