Po Niebie ze stali można było oczekiwać kolejnego tomu pełnego bitew, wojskowych regulaminów, marszów, komend, taktyki i żołnierskiego braterstwa. Robert M. Wegner robi jednak coś znacznie ciekawszego. Zamiast powtarzać sprawdzony rytm, odsuwa wojenne zgiełki na bok i prowadzi czytelnika tam, gdzie Meekhan przestaje być wyłącznie wielkim imperium ludzi, armii, granic i politycznych ambicji. W Pamięci wszystkich słów najważniejsze stają się religia, pamięć, klątwa, honor, rodowa wina, stare przysięgi i siły, które dotąd częściej majaczyły gdzieś na obrzeżach opowieści. Bogowie przestają być elementem lokalnego folkloru. Zaczynają naprawdę ruszać pionkami.
To czwarty tom Opowieści z meekhańskiego pogranicza i druga powieść w cyklu, ale zarazem książka bardzo odmienna od poprzedniczki. Tam mieliśmy rozmach militarny, wędrówkę Verdanno, Czerwone Szóstki, starcia, strategię i wielką historię pisaną przez ludzi w mundurach. Tutaj Wegner wraca do bohaterów, których zabrakło w Niebie ze stali: Altsina, Deany, Yatecha i tajemniczej Kanayoness. Zmienia się nie tylko obsada, ale też temperatura opowieści. Mniej tu bitewnego huku, więcej napięcia ukrytego w rozmowach, rytuałach, dworskich układach i duchowych zobowiązaniach. To nie jest tom słabszy dlatego, że mniej w nim wojny. To tom inny, bo pokazuje, że Meekhan nie stoi wyłącznie na mieczu. Stoi także na wierze, pamięci i lęku przed tym, co starsze od imperiów.
Altsin rusza na poszukiwanie wiedźmy, która może pomóc mu pozbyć się boskiego pasożyta z własnej głowy. Ten wątek ma w sobie coś z wyprawy ratunkowej, ale też z opowieści o człowieku, który stopniowo traci pełną pewność, gdzie kończy się jego własna wola, a zaczyna wpływ czegoś większego. Wegner dobrze wykorzystuje tę sytuację. Altsin pozostaje uparty, sprytny i miejscami bezczelny, ale nie jest już tylko złodziejem próbującym wyjść cało z kolejnych tarapatów. Widać na nim ciężar wcześniejszych wydarzeń. Widać strach, zmęczenie i desperację człowieka, który wie, że problemu nie da się zwyczajnie przechytrzyć.
Równolegle Deana, siostra Yatecha, wyrusza na pielgrzymkę mającą być formą odkupienia. Ona z kolei trafia w świat, do którego z pozoru zupełnie nie pasuje. Wychowana w twardych zasadach, przywiązana do honoru, walki i własnej tradycji, zostaje wrzucona w przestrzeń dworskich intryg, politycznych gier, religijnych napięć i manipulacji. To bardzo wdzięczny kontrast. Deana potrafi walczyć, ale nie zawsze potrafi rozpoznać przeciwnika, jeśli ten nie stoi przed nią z mieczem. Jej siła nie znosi jej ograniczeń, a Wegner nie robi z niej bezbłędnej wojowniczki. Pozwala jej błądzić, ulegać emocjom, źle odczytywać sytuacje i mierzyć się z tym, że same zasady wyniesione z domu nie wystarczą w miejscu, gdzie każdy gest ma drugie dno.

Najbardziej wciągające jest jednak to, jak oba wątki pokazują bohaterów poza bezpiecznymi ramami własnych światów. Altsin trafia na Amonerię, w przestrzeń nieprzyjazną, plemienną, pełną obcości i lokalnych praw, których nie da się zrozumieć od razu. Deana poznaje Białe Konoweryn, miasto przepychu, religijnej hierarchii i politycznego napięcia. Wegner znów robi to, w czym jest naprawdę mocny: tworzy miejsca, które mają własny smak, język, historię, system wartości i ciężar obyczaju. U niego świat nie jest dekoracją dla przygody. Świat jest mechanizmem, który nieustannie sprawdza, kim naprawdę są bohaterowie.
W Pamięci wszystkich słów bardzo wyraźnie widać, że autor ma ogromną przyjemność z rozbudowywania uniwersum. Pojawiają się nowe kultury, nazwy, wierzenia, rody, plemiona, miasta, rytuały i teologiczne zasady. Dla jednych będzie to największa zaleta tomu, dla innych pewne obciążenie. Wegner nie spieszy się z wyjaśnianiem wszystkiego najprostszą drogą. Potrafi zatrzymać opowieść, by pokazać lokalny zwyczaj, polityczne tło, zapomnianą historię albo sens jakiegoś religijnego gestu. Ta obfitość buduje wiarygodność świata, ale bywa też wymagająca. Czasem można poczuć, że akcja ustępuje miejsca wielkiemu rozrostowi tła.
Nie odbiera to jednak książce siły, bo tym razem właśnie tło jest częścią głównej stawki. Wątki boskie, interludia i narastające poczucie, że za ludzkimi decyzjami kryje się większa rozgrywka, nadają powieści ciężar, którego wcześniej cykl tylko dotykał. Wegner odsłania więcej kart związanych z dawnymi konfliktami, Losem, bóstwami i regułami rządzącymi światem. Nie odpowiada na wszystko, oczywiście. Wręcz przeciwnie, jak zwykle dorzuca nowe pytania. Ale po tym tomie czytelnik wie znacznie lepiej, że Meekhan nie jest tylko polityczną potęgą w świecie fantasy. To kraina osadzona na ruinach dawnych wojen, boskich decyzji i pamięci, której nie da się wymazać.
W porównaniu z Niebem ze stali tempo jest inne. Mniej tu szeroko zakrojonej akcji, więcej wędrówki, rozmów, obserwacji i napięcia rozłożonego na dłuższych odcinkach. Niektórym początek może wydać się spokojniejszy, nawet rozwlekły, bo powieść potrzebuje czasu, by rozstawić swoje nowe figury. Ale kiedy poszczególne wątki zaczynają się zazębiać, a stawka robi się wyraźniejsza, Pamięć wszystkich słów nabiera własnego rytmu. To nie jest rytm szarży. Raczej powolnego zacieśniania pętli.
Dobrze sprawdza się także kontrast między Deaną i Altsinem. Oboje są na swój sposób wygnańcami z dawnego życia. Oboje idą drogą, której nie wybrali z pełną swobodą. Oboje muszą zmierzyć się z czymś większym niż własny spryt albo umiejętność posługiwania się bronią. Różni ich prawie wszystko: pochodzenie, doświadczenie, temperament, stosunek do tradycji i sposób reagowania na zagrożenie. Łączy świadomość, że przeszłość nie zostawia człowieka w spokoju. Wegner świetnie pisze bohaterów wtedy, gdy każe im płacić za cudze przysięgi, rodzinne winy i decyzje podjęte dawno wcześniej.
Yatech i Kanayoness działają w tej powieści trochę inaczej. Ich obecność wprowadza perspektywę szerszą, bardziej metafizyczną i zarazem bardziej tajemniczą. Yatech, dawniej wojownik wykluczony ze swojej wspólnoty, teraz coraz mocniej funkcjonuje jako ktoś zawieszony między tym, czym był, a tym, czego jeszcze nie rozumie. Kanayoness pozostaje jedną z najbardziej intrygujących postaci cyklu, bo wprowadza do niego zarówno wiedzę, jak i niepokój. Każda jej obecność sugeruje, że prawdziwa gra toczy się na poziomie, którego zwykli bohaterowie dopiero się domyślają.
Warto docenić, że Wegner nie rezygnuje całkowicie z dynamiki. Walki są rzadsze, ale bardziej osobiste. Nie ma tu takiego militarnego rozmachu jak wcześniej, za to pojedynki i starcia mają wyraźniejszy ciężar dla konkretnych postaci. Miecz nie jest tylko narzędziem efektownej sceny. Bywa sprawdzianem wiary, honoru, desperacji albo ostatnim argumentem w świecie, w którym słowa i tak zostały już wykorzystane przeciwko bohaterowi.
Największym ryzykiem tej części jest jej rozmiar i gęstość. Wegner pisze z rozmachem, ale czasem pozwala sobie na bardzo długie zanurzenie w opisie świata. Dla czytelników, którzy najbardziej kochają w Meekhanie żołnierską energię, Czerwone Szóstki, czaardan Laskolnyka i bitewny rytm, ten tom może być mniej bezpośrednio satysfakcjonujący. To bardziej powieść dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak działa zaplecze religijne, społeczne i metafizyczne uniwersum. Nie tyle kolejny marsz przez pole bitwy, ile wyprawa w głąb fundamentów świata.
Mimo tych zastrzeżeń Pamięć wszystkich słów potwierdza, że Opowieści z meekhańskiego pogranicza są jednym z najciekawszych projektów polskiej fantasy. Wegner nie tworzy świata przez samo mnożenie nazw. Jego kultury mają własne napięcia, jego religie wpływają na politykę, jego bohaterowie są związani z tradycją mocniej, niż sami czasem chcieliby przyznać. To sprawia, że Meekhan pozostaje wiarygodny. Nawet jeśli korzysta z rozpoznawalnych tropów fantasy, układa je po swojemu i nadaje im ciężar.
Najważniejsze, że po zamknięciu tego tomu nie ma się poczucia postoju. Owszem, wielka fabuła nadal nie daje wszystkich odpowiedzi, a autor wciąż wyraźnie rozstawia elementy przed czymś większym. Ale stan wiedzy czytelnika zmienia się znacząco. Bogowie przestają być odległymi imionami. Dawne wojny zaczynają rzucać cień na teraźniejszość. Los przestaje być abstrakcją. A wybory pojedynczych ludzi coraz mocniej wyglądają jak drobne ruchy w grze, której plansza jest znacznie większa, niż ktokolwiek chciałby przyznać.
Pamięć wszystkich słów to tom mniej militarny, bardziej mistyczny, polityczny i introspektywny. Nie zawsze tak porywający w tempie jak wcześniejsze części, ale bardzo ważny dla całej sagi. Wegner pokazuje w nim, że potrafi nie tylko opisywać bitwy i żołnierskie więzi, lecz także budować napięcie wokół religii, tradycji, winy i boskiej ingerencji. Jeśli Niebo ze stali było opowieścią o wojnie widzianej z ziemi, to Pamięć wszystkich słów patrzy wyżej. Tam, gdzie śmiertelnicy wciąż jeszcze wierzą, że sami wybierają drogę, a bogowie już dawno zaczęli rzucać kośćmi.

