Książki

RECENZJA: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ – Południe | Góry, pustynia i opowieść, która zostaje pod skórą

Pod nieco ceremonialnym tytułem Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ i Południe kryje się książka, która do dziś działa jak przypomnienie, że polska fantastyka potrafi być jednocześnie rozrywkowa, ambitna i poważna bez napinania muskułów. To debiut książkowy Roberta M. Wegnera, ale debiut w sensie formalnym, bo w środku czuć autora, który już wie, jak prowadzić czytelnika przez emocje, jak dawkować informacje o świecie i jak budować opowieść tak, by miała smak legendy, a nie suchej kroniki. To tom, który nie tyle opowiada o imperium, ile pokazuje, jak rodzi się mit imperium.

Nowe wydanie dodatkowo podbija wrażenie obcowania z czymś dopieszczonym. Okładka zilustrowana przez Jakuba Rebelkę jest po prostu olśniewająca, malarska, gęsta od znaczeń i na tyle charakterystyczna, że sama potrafi ustawić ton lektury jeszcze zanim padnie pierwsze zdanie. A jednak pozostaje w tym wszystkim drobna zadrga złości, bo trudno nie odnieść wrażenia, że wydawca sam sobie podciął skrzydła. Wydanie wyłącznie miękkookładkowe to grzech, zwłaszcza przy takiej ilustracji, która aż prosi się o twardą oprawę i status książki, którą stawia się na półce jak trofeum. Na plus należy za to zapisać zmianę papieru, bo lektura zyskuje na komforcie, a całość sprawia wrażenie bardziej szlachetnej niż wcześniejsze edycje. 

Konstrukcja tomu jest prosta i zarazem sprytna. Osiem opowiadań podzielonych na dwie części, które można czytać jak dwie różne książki, a jednocześnie jak dwa lustra ustawione naprzeciw siebie. Północ jest opowieścią o zbiorowości, służbie i granicy, Południe jest opowieścią o jednostce, honorze i cenie, jaką płaci się za tożsamość. W pierwszej połowie poznajemy Szóstą Kompanię Straży Górskiej, formację z pogranicza imperium i pogranicza mitu, ludzi, którzy żyją w rytmie rozkazów, zimna, marszu i braterstwa. W drugiej połowie trafiamy na pustynne południe i w historię Yatecha, wojownika Issaram, którego życie rozpięte jest między tradycją, przemocą i uczuciem, które w tej kulturze brzmi jak bluźnierstwo.

Największą siłą północnego cyklu, tego z toporem i skałą, jest surowość. Wegner świetnie rozumie, że militarna fantastyka nie polega na tym, by mnożyć potwory, tylko na tym, by pokazać, jak człowiek staje się narzędziem i jak mimo to próbuje zachować resztki człowieczeństwa. Opowiadania są oszczędne, twarde, a jednocześnie potrafią uderzyć w ton niemal pieśniowy, kiedy trzeba. W tych tekstach czuć majestat gór i ciężar lojalności, która bywa piękna, ale nigdy nie jest darmowa. Najmocniej zapadają w pamięć momenty, w których opowieść nagle odrywa się od konkretu i staje się historią o historii, budowaniem legendy na oczach czytelnika, tak jak w przypadku opowiadania o heroicznej obronie, które działa jednocześnie jako scena, komentarz i element większej mitologii świata.

Południowy cykl, miecz i żar, zmienia temperaturę prozy. Jest w nim mniej wojskowej dyscypliny, a więcej intymności. Mniej wspólnoty, a więcej samotności. Wegner przenosi punkt ciężkości z oddziału na człowieka i jego wewnętrzne pęknięcie. Yatech jest postacią wyrazistą, tragiczną, chwilami irytującą w swojej skrajności, ale przez to prawdziwą. To nie bohater do podziwiania, tylko bohater do śledzenia, bo jego decyzje uruchamiają konsekwencje, które mają smak nieuchronności. W tej części więcej jest także obyczaju, więcej kultury, więcej tarcia między tym, co własne i tym, co obce. I chociaż da się wskazać momenty, w których patos podchodzi pod samą krawędź, to zwykle zostaje uratowany przez konkret, przez fizyczność świata i przez to, że autor potrafi pisać o emocjach bez sentymentalnej mgły.

Warto też docenić sposób prowadzenia świata przedstawionego. Wegner nie zasypuje czytelnika encyklopedią. On przemyca informacje, wkłada je w dialogi, w drobne rytuały, w nazwy, w odruchy postaci. Imperium Meekhańskie poznaje się tu nie jak mapę, tylko jak pamięć, warstwami, przez niedopowiedzenia i konsekwencje. Są tu oczywiście echa znanych rozwiązań gatunkowych, bo północ bywa górska i surowa, a południe pustynne i rozgrzane do białości, ale na tym poziomie to nie jest wada. To rama, w której autor może bezpiecznie grać szczegółem, językiem i napięciem między kulturami.

Jeśli w tym tomie coś zgrzyta, to nie jakość pojedynczych opowiadań, tylko moment, w którym książka próbuje spinać się klamrą większej intrygi. Finałowe wiązanie wątków bywa odrobinę naciągane i zostawia bardziej wrażenie sugestii niż satysfakcji. Dla jednych będzie to obietnica, dla innych lekki dysonans, jakby elegancka struktura dwóch osobnych opowieści musiała na siłę zasugerować przyszłą epicką całość. Ale nawet wtedy trudno mówić o poważnej skazie, bo to raczej kwestia proporcji niż błędu.

W efekcie Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ i Południe pozostają znakomitym wejściem w cykl i jednym z tych tomów, które potrafią zadowolić różne typy czytelników. Jedni dostaną twardą, żołnierską opowieść o granicy, lojalności i cenie braterstwa. Drudzy dostaną historię o honorze i miłości, która w zderzeniu z kulturą nie jest wyborem, tylko wyrokiem. A wszyscy dostaną coś jeszcze, rzecz najważniejszą, czyli poczucie, że świat jest większy niż te osiem historii, ale jednocześnie każda z nich ma własny ciężar i własną puentę.

I może dlatego to wydanie, mimo żalu o brak twardej oprawy, działa tak dobrze. Bo przypomina, że w fantastyce liczy się nie tylko rozmach, ale też umiejętność opowiedzenia konkretnego losu tak, by zabrzmiał jak echo czegoś większego. Wegner na tym etapie kariery już potrafił snuć opowieści, które smakują jak legenda, a jednocześnie bolą jak rzeczywistość.

Radek Czech

Film. Komiks. Książka.
Szukam kontekstów.
Dziękuję za przeczytanie powyższego.