Komiksy

RECENZJA: Przeznaczeniem złoczyńców jest śmierć 3-4 | Łowy, na których polują także na ciebie

W pierwszych tomach Penelope Eckhart uczyła się zasad nowej gry, testowała granice systemu i sprawdzała, czy da się przeżyć, kiedy fabuła od początku chce cię zabić. Tomy trzeciu i czwarty podkręcają stawkę. To już nie jest tylko walka o punkty sympatii i wybór właściwej odpowiedzi w okienku dialogowym. To etap, w którym Penelope zaczyna głośno mówić, co ją boli, i płaci za to realną cenę. Wchodzi na salony, gdzie każdy uśmiech jest nożem, a potem ląduje w lesie, gdzie noże są dosłownie nożami, strzały lecą znikąd, a niedźwiedź nie pyta o wersję wydarzeń.

Tom trzeci otwiera scena, na którą ta opowieść pracowała od dawna. Penelope wraca na strych, miejsce sklejone z upokorzeń i przemilczeń, i zderza się z Reynoldem. Kłótnia nie jest tu ozdobnikiem, tylko pęknięciem tamy. Wreszcie pada to, co powinno paść dużo wcześniej, i brzmi jak wyrok dla całej tej rodziny, która przez lata nauczyła się traktować ją jak kłopotliwy dodatek do właściwej córki. Penelope nie mówi tego po to, żeby ktoś ją przytulił i przeprosił. Mówi, bo nie chce już żyć wyłącznie po to, by znosić pogardę. To emocjonalny nokaut, ale też moment, w którym bohaterka przestaje być tylko graczką próbującą przechytrzyć system. Staje się osobą, która domaga się prawa do własnego gniewu.

I ledwo zdąży zaczerpnąć powietrza, przychodzi Callisto. Zaproszenie na turniej łowiecki jest w praktyce wezwaniem na kolejną arenę. Udział jest obowiązkowy, odpoczynku nie ma, a pałac cesarski okazuje się przestrzenią znacznie bardziej niebezpieczną niż wcześniejsze domowe piekło. Ta część serii jest mocno pałacowa, wystawna, pełna kwiatowych motywów i kadrów, które przypominają wizualną powieść, z tą różnicą, że tu nikt nie gwarantuje szczęśliwego zakończenia. Penelope próbuje dalej grać, odblokowywać, sprawdzać, budować przewagę, ale coraz mocniej czuć, że system nie jest stabilną planszą. Raczej polem minowym, które przestawia się pod stopami.

Tom czwarty bierze ten niepokój i zamienia go w akcję. Wreszcie zaczyna się turniej łowiecki, a wraz z nim seria sytuacji, w których Penelope nie jest w stanie kontrolować niczego poza własnym oddechem. Najpierw próbuje znaleźć idealną zdobycz dla Ecklesa, jakby wciąż dało się zdobyć bezpieczeństwo punktami i dobrze wykonanym zadaniem. Potem błąka się po lesie, a fabuła robi to, co w tej historii umie najlepiej, czyli doprowadza ją na skraj śmierci. Niedźwiedź jest morderczo konkretny, deszcz przychodzi w złą porę, a kiedy pojawia się Callisto i ratuje ją, napięcie nie spada ani na chwilę, bo zaraz w jego stronę leci strzała. Łowy stają się polowaniem na następcę tronu, na Penelope, na każdego, kto akurat znalazł się w kadrze.

Największa zmiana tych tomów dotyczy relacji. Penelope ma kontakt z niemal wszystkimi kluczowymi postaciami i widać, jak dynamicznie przesuwają się linie sympatii, niechęci i nieufności. Eckles pozostaje dla niej ważny jako potencjalna ścieżka ratunku, ale im bardziej próbuje go uczynić swoim wybawieniem, tym mocniej wybrzmiewa pytanie, czy to nie jest kolejna iluzja kontroli. Winter dalej jest zagadką, a jego obecność działa jak przypomnienie, że w tej grze są sekrety, których Penelope nie zna, choć myślała, że zna wszystko. Relacje rodzinne nie znikają, przeciwnie, w tle wciąż pracuje trauma domu diuka, a pojedyncze gesty czy słowa potrafią zaboleć mocniej niż atak w lesie. Jeśli gdzieś pojawia się cień poprawy, to nigdy w formie cudownego uzdrowienia, tylko w formie niepewnego, kruchego przesunięcia, które równie łatwo może się cofnąć.

Callisto natomiast wychodzi tu na pierwszy plan z hukiem. Penelope sama zauważa, że niezależnie od tych cholernych questów, on ocalił ją już kilka razy. I to jest istotne, bo jego obecność nie sprowadza się do roli kolejnego adoratora. Jest w nim chaos, ostrość, nieprzewidywalność, ale też coś, co sprawia, że sceny z nim przyciągają wzrok i budują emocje inaczej niż wszystkie dotychczasowe interakcje. To postać, która potrafi być jednocześnie ratunkiem i zagrożeniem, a taka mieszanka w tej serii zawsze oznacza kłopoty.

Nie da się też nie pochwalić strony wizualnej. SUOL nadal robi rzeczy piękne i precyzyjne. Pałacowy przepych, stroje, światło, kolorystyka, mimika, a potem kontrastowy, mokry, nieprzyjazny las. Każdy tom wygląda jak dopracowane widowisko, ale nie gubi emocji. Wręcz przeciwnie, potrafi je podkreślić jednym ujęciem twarzy, jednym kadrem dłoni, jednym spojrzeniem, które mówi więcej niż kolejne okno dialogowe.

Jeśli w tomach 1-2 największą siłą była bezwzględna gra o przetrwanie i psychiczne obciążenie życia w roli czarnego charakteru, to tomy 3-4 dokładają do tego dojrzałe pęknięcia w relacjach, polityczną groźbę i fizyczne zagrożenie, które przestaje być abstrakcją. A na końcu zostaje to, co ta seria lubi najbardziej, czyli głód dalszego ciągu. Bo kiedy tom urywa się w środku ataku, a ty masz w głowie tylko jedno pytanie, kto jeszcze okaże się wrogiem, to znaczy, że ta gra nadal działa. I nadal nie wybacza błędów.

Magdalena Sardyńska-Ferenc

Idąc w ciemny szlak nieznany,
Od złych duchów opętany,
Z krain, kędy bóstwo Noc
Samowładną dzierży moc