Po pierwszym tomie można było odnieść wrażenie, że Matt Dinniman wystrzelał już większość swoich najbardziej szalonych pomysłów. W końcu trudno przebić apokalipsę zamienioną w międzygalaktyczne reality show, gadającą kotkę z królewskim ego i bohatera, który ratuje świat, biegając po lochu bez spodni. A jednak Sądny Dzień Carla udowadnia, że autor dopiero się rozkręca. Zamiast powtarzać sprawdzony schemat, rozwija świat, podnosi stawkę i pokazuje, że za całą tą absurdalną otoczką kryje się naprawdę dobrze przemyślana seria.
Carl i Pączuś schodzą na trzeci poziom Lochu, gdzie kończy się okres ochronny. Pojawiają się questy, nowe mechaniki, bardziej złożone lokacje i przeciwnicy, którzy wymagają czegoś więcej niż tylko siły czy sprytu. Górne Miasto okazuje się miejscem znacznie ciekawszym od wcześniejszych poziomów. Zrujnowana metropolia skrywa własną historię, nawiedzony cyrk, tajemnicze morderstwa i coraz więcej śladów prowadzących do większej intrygi. Loch przestaje być jedynie planszą do gry. Zaczyna przypominać prawdziwy świat z własną przeszłością i regułami.
To właśnie rozwój uniwersum jest największą zaletą drugiego tomu. W pierwszej części najważniejsze było zrozumienie zasad gry. Teraz Dinniman może pozwolić sobie na znacznie więcej. Oprócz kolejnych potworów, klas postaci czy przedmiotów poznajemy galaktyczną politykę, mechanizmy rządzące programem telewizyjnym oraz relacje między organizatorami całego widowiska. Coraz wyraźniej widać, że Carl nie walczy wyłącznie o przeżycie. Mimowolnie staje się kimś, kto zaczyna podważać fundamenty systemu.
Podoba mi się również sposób, w jaki autor rozwija bohaterów. Carl nadal pozostaje zwyczajnym facetem wrzuconym w kompletnie absurdalną sytuację, ale coraz częściej daje się poznać jako człowiek kierujący się własnym kodeksem moralnym. Nawet gdy wszystko wokół zachęca do egoizmu, on uparcie próbuje pomagać innym. Z kolei Pączuś nie jest już tylko komediowym dodatkiem. Nadal potrafi rozbawić jednym dialogiem, lecz z tomu na tom staje się pełnoprawną bohaterką, której decyzje naprawdę mają znaczenie.
Nie zabrakło również nowych postaci, a część z nich od razu wnosi do historii sporo świeżej energii. Szczególnie dobrze wypada Mordecai, który przestaje być jedynie chodzącym podręcznikiem zasad gry. Dostaje więcej miejsca, własne motywacje i coraz wyraźniej sugerowaną przeszłość, która z pewnością odegra jeszcze istotną rolę.
Humor pozostaje znakiem rozpoznawczym serii. Nadal jest absurdalnie, momentami wręcz bezczelnie, ale Dinniman coraz częściej przeplata komedię z dużo cięższymi tematami. W tle pojawiają się kwestie wykorzystywania słabszych, manipulacji, przemocy czy zwyczajnego odczłowieczenia uczestników widowiska. Najciekawsze jest jednak to, że autor nie moralizuje. Pozwala, by te elementy naturalnie wynikały z fabuły, dzięki czemu kontrast między groteską a dramatem działa wyjątkowo mocno.
Mam jednak wrażenie, że drugi tom cierpi na coś, co można nazwać syndromem rozwijania systemu. Pojawia się znacznie więcej informacji o klasach, umiejętnościach, przedmiotach i mechanikach gry. Osoby lubiące LitRPG będą zachwycone, ale czytelników mniej zainteresowanych statystykami i rozwojem postaci niektóre fragmenty mogą zwyczajnie zmęczyć. Kilka razy złapałem się na tym, że bardziej czekałem na kolejną rozmowę Carla z Pączuś niż na opis następnych możliwości ulepszenia ekwipunku.
Da się też zauważyć, że tempo jest odrobinę spokojniejsze niż w pierwszym tomie. Dinniman świadomie poświęca więcej miejsca budowaniu świata i nowych zależności, przez co nie każda scena ma siłę rażenia znaną z początku serii. Nie oznacza to, że książka jest nudna. Po prostu zamiast nieustannej jazdy bez trzymanki dostajemy więcej momentów przygotowujących grunt pod kolejne części.
To jednak inwestycja, która szybko zaczyna się zwracać. Im bliżej finału, tym wyraźniej widać, że autor myśli o tej historii w znacznie większej skali niż tylko kolejnym poziomie lochu. Świat stale się rozrasta, liczba zależności rośnie, a Carl coraz częściej próbuje nie tylko grać według zasad, ale zwyczajnie je łamać. I właśnie wtedy Dungeon Crawler Carl pokazuje, dlaczego zdobył tak ogromną popularność.
Sądny Dzień Carla może nie robi aż tak piorunującego pierwszego wrażenia jak otwierający serię tom, ale nadrabia dojrzalszym prowadzeniem fabuły, lepszym budowaniem świata i coraz ciekawszymi bohaterami. Jeśli pierwszy tom był szaloną przejażdżką, drugi pokazuje, że za tym całym kontrolowanym chaosem stoi autor z bardzo konkretnym planem. A ja mam coraz większą ochotę sprawdzić, dokąd ta pokręcona podróż ostatecznie zaprowadzi Carla i jego niezwykle wygadaną kotkę.

