Wanda ma władzę, tylko nie wszyscy zamierzają uznać, że naprawdę należy do niej. Po śmierci Lecha zasiada na książęcym tronie, podejmuje decyzje, próbuje trzymać możnych w ryzach i zabezpieczyć przyszłość Wiślan. Dla części otoczenia pozostaje jednak przede wszystkim wdową. Kobietą zajmującą miejsce, które prędzej czy później powinien przejąć jakiś mężczyzna. Najlepiej odpowiednio urodzony, silny i oczywiście przekonany, że wie lepiej. Krzysztof Jagiełło nie musi długo tłumaczyć, dlaczego sytuacja robi się paskudna. Wystarczy, że pozwoli kilku osobom usiąść przy jednym stole.
Jesteśmy pod koniec IX wieku, kilka lat po śmierci księcia Lecha. Wokół ziem Wiślan robi się coraz mniej spokojnie, a Wanda dobrze wie, że sama ambicja nie zatrzyma wrogów. Potrzebuje ludzi, wojska, układów. Potrzebuje przede wszystkim czasu, którego nikt specjalnie nie zamierza jej dawać. Wysyła więc wierną Rościsławę do wojewody, którego poparcie mogłoby trochę poprawić jej sytuację. Brzmi jak stosunkowo prosta misja dyplomatyczna. Oczywiście prostą nie pozostaje długo. W świecie Jagiełły właściwie każdy ma jakiś interes, a człowiek deklarujący przyjaźń niekoniecznie rozumie ją tak samo jak druga strona.
Wanda szybko stała się dla mnie ciekawsza od samej walki o gród Kraka. Nie dlatego, że Jagiełło robi z niej nieomylną władczynię wyprzedzającą epokę o tysiąc lat. Na szczęście nie. Bywa pewna siebie, kalkuluje, ryzykuje i musi kombinować z tym, co akurat ma pod ręką. Jej pozycja dodatkowo sprawia, że każdy błąd może ważyć trochę więcej. Mężczyzna przegrywający polityczne starcie jest w tym świecie mężczyzną, który źle rozegrał partię. Kobieta robiąca to samo daje swoim przeciwnikom kolejny argument, dlaczego w ogóle nie powinna siedzieć na tronie.
Nie jest przy tym wojowniczką z XXI wieku przebraną w historyczny kostium. I dobrze, bo takie bohaterki potrafią momentalnie rozwalić wiarygodność opowieści osadzonej w dawnych czasach. Wanda rozumie zasady swojego świata, nawet jeśli nie ma zamiaru grzecznie się im podporządkować. Wie, kiedy nacisnąć, kiedy pozwolić komuś poczuć się ważnym, kiedy obiecać więcej, niż chciałaby oddać. Polityka w Siewczyni pożogi nie polega przecież wyłącznie na wielkich naradach. Czasem więcej można ugrać odpowiednio połechtanym ego niż mieczem przy gardle.
Zresztą właśnie te momenty podobały mi się bardziej od bitew. Jagiełło ewidentnie lubi wojenne rzemiosło i trudno tego nie zauważyć. Potrafi rozpisać starcie, interesuje go strategia, uzbrojenie, ruch wojsk i to, dlaczego jedna decyzja kończy się powodzeniem, a inna krwią. Jeżeli ktoś lubi w historycznych powieściach poczuć ciężar tarczy i wiedzieć, kto kogo obszedł od której strony, będzie zadowolony. Ja częściej czekałem, aż bohaterowie odłożą broń i znowu zaczną sobie kłamać prosto w oczy. Tam robiło się ciekawiej.
Rościsława wprowadza do tego wszystkiego zupełnie inną energię. Nie siedzi na tronie, nie może jednym rozkazem zmienić sytuacji, a jednak od jej powodzenia zaczyna zależeć bardzo dużo. Jest lojalna wobec Wandy i ma dość rozumu, żeby nie pozostawać jedynie wykonawczynią cudzych poleceń. Dzięki niej opuszczamy też najbliższe otoczenie księżnej. Świat trochę się rozszerza, polityka przestaje być sprawą kilku osób w grodzie, a decyzje podejmowane gdzieś wysoko zaczynają mieć znacznie bardziej osobiste konsekwencje.
Tym bardziej szkoda, że akurat jej relacja z Björnem pozostawiła mi największy zgrzyt. Nie przeszkadza mi jej brutalny punkt wyjścia. Byłoby wręcz dziwne, gdyby Jagiełło próbował wygładzać podobne realia. Kłopot zaczyna się później, gdy perspektywa Rościsławy dość szybko łagodzi to, co ją spotkało. Pojawia się coś, co trudno odbierać inaczej niż próbę nadania tej więzi romantycznego odcienia, choć układ między bohaterami jest mocno nierówny. Dałoby się z tego zrobić naprawdę nieprzyjemną, skomplikowaną relację. Tutaj chwilami miałem raczej wrażenie, że książka chce mnie przekonać do niej szybciej, niż sama na to zapracowała.
Trochę gryzie się to również z tym, jak prowadzone są kobiety w pozostałych fragmentach. Wanda i Rościsława nie siedzą grzecznie w tle, czekając, aż mężczyźni skończą robić historię. Jedna rządzi, druga zostaje wysłana z misją mającą realne znaczenie dla przyszłości grodu. Jagiełło nie musi doklejać im deklaracji o kobiecej sile, bo ona wynika z sytuacji, w których je stawia. Tym bardziej wątek Björna prosił się o trochę więcej ostrożności.
Sama epoka została wybrana świetnie. Koniec IX wieku na ziemiach Wiślan to dla powieściopisarza niemal zaproszenie do zabawy. Wiemy dostatecznie dużo, żeby istniały jakieś ramy, i dostatecznie mało, żeby między nimi została ogromna przestrzeń. Jagiełło miesza postacie legendarne z historycznymi, pojawia się chociażby Świętopełk I, a gdzie źródła milczą, tam zaczyna pracować wyobraźnia. Nie czułem jednak, żeby autor próbował udawać podręcznik. Siewczyni pożogi ma przede wszystkim opowiadać historię. Tyle że osadzoną w miejscu, które nie wygląda jak anonimowe średniowiecze z dorzuconymi słowiańskimi imionami.
Stara wiara również nie służy wyłącznie do produkowania klimatu. To ważne, bo słowiańskość zrobiła się w ostatnich latach bardzo wygodną etykietą. Kilka bóstw, trochę ziół, obrzęd przy ognisku, może jakaś rusałka i można działać. Jagiełłę bardziej interesuje moment, w którym wiara zaczyna mieszać się z polityką. Chrześcijaństwo nadchodzi razem z konkretnymi wpływami, ludźmi i interesami. Przyjęcie nowej religii nie musi oznaczać tylko duchowego przełomu. Może zmieniać sojusze i ustawiać człowieka po konkretnej stronie znacznie większego konfliktu.
Nie nastawiałbym się przy tym na fantasy pełne bogów spacerujących między ludźmi i stworów wyskakujących z każdego lasu. Siewczyni pożogi znacznie mocniej stoi historią, polityką i przygodą. Dawne wierzenia są wszędzie, bo są wszędzie dla samych bohaterów. To ich sposób rozumienia rzeczywistości. I takie podejście odpowiada mi bardziej niż robienie z każdego słowiańskiego podania kolejnego systemu magii.
Początek może trochę przytłoczyć nazwami i zależnościami. Trzeba zapamiętać, kto z kim, przeciw komu i dlaczego za chwilę może zmienić zdanie. Nie wszystko od razu wpada na swoje miejsce. Po pewnym czasie człowiek zaczyna jednak rozpoznawać twarze przy tym politycznym stole i wtedy książka rusza znacznie sprawniej. Zaczyna też być jasne, że Jagiełło nie szykuje historii o jednym wielkim przeciwniku. Tutaj kłopotem jest cały układ. Sąsiedzi, możni, religia, małżeństwo, ambicje. Wanda może wygrać jedną rzecz i pięć minut później dostać następną do załatwienia.
Brakowało mi tylko paru naprawdę mocnych wybić z rytmu. Fabuła ma swoje zdrady, walki i zmiany sytuacji, ale czasem dość wyraźnie widać kierunek marszu. Od punktu do punktu, od problemu do następnego problemu. Nie nudziłem się, natomiast kilka razy miałem ochotę, żeby Jagiełło nagle kopnął całą planszę i zmusił mnie do ponownego układania tego, co już sobie założyłem. Szczególnie że bohaterowie i polityczne tło spokojnie udźwignęliby bardziej bezczelny zwrot. Podobne poczucie niedosytu pojawia się zresztą w opiniach o samej konstrukcji pierwszego tomu.
No właśnie, pierwszego tomu. To ważne, bo Siewczyni pożogi rozpoczyna Wybranki Starych Bogów i absolutnie tego nie ukrywa. Jagiełło nie sprząta przed napisami końcowymi wszystkich pionków do pudełka. Część rzeczy dopiero zaczyna nabierać znaczenia, a finał zostawia bohaterów z robotą na później. Normalnie takie zakończenia potrafią mnie zirytować, zwłaszcza gdy książka zachowuje się jak czterystustronicowy zwiastun następnej. Tutaj aż takiego problemu nie miałem. Dostajemy konkretny etap historii, a jednocześnie pozostaje parę spraw, dla których faktycznie chciałbym wrócić.
Najbardziej ciekawi mnie zresztą nie to, kto z kim stoczy następną bitwę. Chcę zobaczyć, co Jagiełło zrobi z Wandą, kiedy samo utrzymywanie się na tronie przestanie wystarczać. Bo na razie jej sytuacja jest dość absurdalna. Rządzi od kilku lat, podejmuje decyzje i dźwiga odpowiedzialność za ziemie Wiślan, a wciąż musi udowadniać, że wolno jej robić coś, co w przypadku mężczyzny uznano by po prostu za oczywiste.
I chyba dlatego Siewczyni pożogi najlepiej działa wtedy, kiedy na chwilę cichną miecze. Wojna jest efektowna, Jagiełło umie ją opisywać, słowiańskie tło ma smak, a dawne wierzenia dobrze siedzą w tej rzeczywistości. Tyle że najbardziej interesująca walka odbywa się przy stole. Wanda już siedzi na właściwym krześle. Teraz pół świata kombinuje, jak ją z niego podnieść. Ona zaś wygląda na kogoś, kto prędzej podpali stół.

