Monte Cassino w polskiej pamięci ma bardzo wyraźny obraz: klasztor, biało-czerwona flaga, żołnierze Andersa i finał, który aż prosi się o zamknięcie w jednej symbolicznej scenie. James Holland robi coś znacznie mniej wygodnego. Rozciąga tę scenę na pięć miesięcy i przypomina, że zanim 18 maja 1944 roku Polacy weszli do ruin opactwa, tysiące ludzi zdążyło już zginąć nad Rapido, pod Anzio, w Cassino, na wzgórzach, drogach i w dolinach, o których narodowe legendy wspominają znacznie rzadziej. Monte Cassino 1944 jest więc nie tyle książką o zdobyciu klasztoru, ile o długim procesie wyczerpywania ludzi, sprzętu i planów. Po kilkuset stronach staje się jasne, że pod Cassino prawie wszystko było trudniejsze, niż wyglądało na mapie, a strzałki sztabowe miały tę przykrą wadę, że nie musiały wspinać się pod ostrzałem.
Holland prowadzi narrację szerzej niż sugerowałby sam tytuł. Cassino, masyw klasztorny, Anzio, dolina Liri, Linia Gustawa i późniejsza droga na Rzym nie funkcjonują jako osobne epizody, lecz części tego samego problemu strategicznego. Bardzo dobrze działa tu pokazanie włoskiego frontu w cieniu przygotowań do operacji Overlord. Włochy były ważne, ale nie na tyle, żeby dostać wszystko, czego domagali się dowódcy. Brakowało odpowiednich jednostek, okrętów desantowych, środków transportu i rezerw, a wymagania pozostawały wysokie. Holland nie wykorzystuje jednak tego argumentu do prostego uniewinniania alianckiego dowództwa. Raczej pokazuje, że wojna koalicyjna jest sztuką wyboru między kilkoma pilnymi problemami, z których każdy uważa się za najważniejszy. Generałowie we Włoszech mieli zdobywać teren, wiązać niemieckie siły, zabezpieczać lotniska, wspierać presję na Rzeszę i przy okazji pamiętać, że najlepsze zabawki wojenne są właśnie pakowane z myślą o Normandii.
Najważniejszym bohaterem książki okazuje się jednak teren. Holland wraca do niego tak często, że momentami czytelnik zaczyna podejrzewać góry wokół Cassino o osobistą niechęć wobec aliantów. Mechanizacja, lotnictwo i przewaga artyleryjska dawały ogromne możliwości, dopóki pogoda pozwalała samolotom wystartować, droga nie zamieniała się w bagno, a czołg miał po czym przejechać. W górach wiele z tych przewag gwałtownie malało. Zaopatrzenie trzeba było przenosić na plecach albo przewozić mułami, rannych ściągać ze zboczy, a zdobycie jednego punktu często odsłaniało tylko następny, równie dobrze przygotowany do obrony. Holland świetnie pokazuje, jak wielka wojna przemysłowa potrafi nagle zmienić się w bardzo starą historię piechura, który ma wejść pod górę z karabinem i nadzieją, że artyleria rzeczywiście trafiła tam, gdzie miała.
Właśnie tutaj ujawnia się największa zaleta jego metody. Obok Clarka, Alexandra, Kesselringa i Andersa pojawiają się szeregowcy, lekarze, pielęgniarki, włoscy cywile, mnisi, saperzy i ludzie, którzy w klasycznej historii operacyjnej staliby się najwyżej liczbą w przypisie. Holland prowadzi ich przez książkę równolegle do wielkich decyzji, dzięki czemu strata batalionu przestaje wyglądać jak elegancko pomniejszona wartość w tabeli. Czytelnik widzi zmęczenie, choroby, wilgoć, błoto, smród i stopniowe ścieranie psychiki. Ta technika potrafi jednak także przeciążyć książkę. Po kilkuset stronach część nazwisk zaczyna wracać niczym znajomi spotkani kiedyś na zatłoczonym dworcu i trzeba chwilę, by przypomnieć sobie, skąd właściwie ich znamy. Holland płaci za szerokość perspektywy pewnym chaosem pamięciowym, lecz trudno uznać tę cenę za całkiem niepotrzebną. Gdy opisuje wojnę wielu narodów, armii i cywilnych społeczności, przesadna prostota byłaby wręcz podejrzana.
Jednym z najmocniejszych fragmentów pozostaje analiza bombardowania klasztoru. Holland nie sprowadza tej decyzji do prostego aktu barbarzyństwa ani do łatwej obrony dowódców, którzy chcieli oszczędzić własnych ludzi. Pokazuje za to, jak pod presją zaczęto utożsamiać monumentalny obiekt z problemem militarnym, choć sam klasztor nie był obsadzony przez niemieckich żołnierzy. Zniszczono go ogromnym wysiłkiem, zabito znajdujących się tam cywilów, a powstałe ruiny bardzo dobrze nadawały się później do obrony. Jeszcze bardziej wymowne okazuje się marcowe bombardowanie Cassino. Setki dział, ogromny tonaż bomb i miażdżąca przewaga ogniowa miały zamienić niemieckie pozycje w coś, przez co piechota po prostu przejdzie. Problem w tym, że gruz ma fatalny zwyczaj pozostawania na miejscu, a dobrze wyszkolony obrońca potrafi się w nim całkiem wygodnie urządzić. Holland znakomicie punktuje tutaj różnicę między możliwością zniszczenia celu a zdolnością zdobycia terenu po jego zniszczeniu.
Polski czytelnik prawdopodobnie najwięcej uwagi poświęci oczywiście 2 Korpusowi i tutaj Holland wybiera perspektywę znacznie ciekawszą niż budowanie kolejnej narodowej laurki. Polacy pojawiają się wtedy, kiedy rzeczywiście stają się jednym z głównych elementów operacji, a ich wysiłek zostaje wpisany w szerszą ofensywę Diadem. Holland nie odbiera im znaczenia, ale pokazuje, że niemiecki system obrony pękał jednocześnie w wielu miejscach. Francuzi przełamywali teren w górach Aurunci, Brytyjczycy i Hindusi naciskali w dolinie Liri, a 2 Korpus walczył na masywie. Z punktu widzenia pamięci narodowej może to brzmieć mniej efektownie niż opowieść o samotnym zdobyciu twierdzy, lecz historycznie jest znacznie ciekawsze. Zwycięstwo nie traci wartości dlatego, że ktoś obok również robił swoją robotę. Wręcz przeciwnie, dopiero wtedy widać, jak trudne zadanie wykonali Polacy.
Holland dobrze wykorzystuje też postać Władysława Rubnikowicza, przez którego los można spojrzeć na drogę żołnierzy Andersa do Włoch nie jako na dekoracyjne tło, lecz ciąg doświadczeń nadających samej bitwie dodatkowy wymiar. Sowieckie więzienie, gułag, ewakuacja, wieloletnia tułaczka i późniejsze wejście do walki tworzą kontekst znacznie większy niż sam cel taktyczny. Anders również rozumiał, że sukces pod Monte Cassino będzie miał znaczenie polityczne, zwłaszcza dla narodu, którego przyszłość rozstrzygała się bez jego udziału. Holland nie mitologizuje tej motywacji, ale też jej nie pomniejsza. Dzięki temu polska część książki wypada bardzo dobrze właśnie dlatego, że nie próbuje udowadniać, iż cała kampania czekała na pojawienie się 2 Korpusu.
Znacznie bardziej dyskusyjna jest ocena najwyższych dowódców, szczególnie Marka Clarka. Holland konsekwentnie pokazuje go jako człowieka ambitnego, próżnego, ale jednocześnie zdolnego organizatora, który działał w trudnych warunkach i nie zasługuje na wszystkie oskarżenia, jakie później na niego spadły. Szczególnie mocno broni decyzji związanych z końcową fazą walk i marszem na Rzym. Taka rewizja ma wartość, bo Clark przez lata bywał przedstawiany niemal jako człowiek gotowy poświęcić operacyjny sukces dla zdjęcia na tle Koloseum. Holland przekonująco przypomina, że sytuacja terenowa, możliwości manewru i niemieckie drogi odwrotu były bardziej skomplikowane. Nie oznacza to jednak, że całkowicie rozbraja krytykę. Właśnie tutaj jego wyrozumiałość chwilami wydaje się zbyt szeroka. Argument, że generał działał pod presją i przy ograniczonych zasobach, tłumaczy wiele, ale nie każdą decyzję. Historia wojskowa byłaby zresztą znacznie prostsza, gdyby każdy błąd dało się ostatecznie wpisać w rubrykę „trudne warunki”.
Podobnie interesująco wypada jego stosunek do Niemców. Holland nie odbiera im wysokiej skuteczności taktycznej, ale zdecydowanie nie zamierza podtrzymywać mitu Wehrmachtu jako organizacji, która na każdym szczeblu działała z niemal nadprzyrodzoną kompetencją. 1. Dywizja Strzelców Spadochronowych była groźnym przeciwnikiem, ale jej skuteczność wynikała nie tylko z jakości żołnierzy. Niemcy korzystali z doskonałych pozycji, obserwacji, przygotowanej obrony i warunków wyjątkowo sprzyjających stronie broniącej się. Holland punktuje również strategiczne koszty polityki Kesselringa. Obrona Włoch wiązała formacje potrzebne gdzie indziej, a niemieckie dowództwo nie mogło uzupełniać strat z taką swobodą jak alianci. Z tej perspektywy uporczywe utrzymywanie kolejnych pozycji wygląda mniej jak mistrzowska obrona Europy, a bardziej jak bardzo sprawne przedłużanie wojny, której Niemcy i tak nie mieli już środków wygrać.
Bardzo ważne jest również to, że Holland nie ogranicza się do mundurów. Włoscy cywile regularnie wchodzą do narracji, a ich doświadczenie potrafi całkowicie odwrócić sens takich słów jak „wyzwolenie”, „bombardowanie przygotowawcze” czy „przesunięcie frontu”. W języku wojskowym można przełamać linię, zneutralizować punkt oporu i oczyścić teren. Dla ludzi mieszkających na tym terenie może to oznaczać utratę domu, rodziny i całego dotychczasowego życia. Holland nie czyni z tego głównego tematu książki, ale wystarczająco często sprowadza wielkie operacje do poziomu pojedynczego człowieka, żeby czytelnik nie mógł wygodnie wrócić do mapy i udawać, że czerwone oraz niebieskie strzałki przesuwają się po pustym kraju.
Objętość pozostaje jednocześnie siłą i największą wadą Monte Cassino 1944. Holland chce zmieścić historię operacyjną, logistykę, lotnictwo, politykę, doświadczenia cywilów, portrety dowódców i dziesiątki mikrohistorii. Przez większość książki kontroluje ten materiał imponująco, lecz w pewnym momencie zaczyna się odczuwać zmęczenie podobne do tego, które stanowi jeden z tematów samej kampanii. Kolejne wzgórze, kolejna dywizja, kolejne nieudane natarcie i następny człowiek, którego poznajemy na kilkanaście stron, tworzą ciężar. Nie jestem przekonany, czy każda z tych historii była równie potrzebna, ale trudno też nie zauważyć, że właśnie przez ich nagromadzenie Holland osiąga coś ważnego. Monte Cassino przestaje być pojedynczą bitwą, którą można zamknąć w kilku datach i nazwach. Staje się długim procesem ścierania armii.
I dlatego Monte Cassino 1944 szczególnie dobrze działa tam, gdzie odbiera czytelnikowi komfort prostych ocen. Nie ma jednego genialnego dowódcy, jednego winowajcy ani jednego narodu, który samodzielnie przesądził wynik kampanii. Są złe decyzje, które czasem przynoszą przypadkiem dobre skutki, rozsądne plany rozbijające się o pogodę, ogromna przewaga technologiczna bezradna wobec górskiego zbocza i bardzo dzielni żołnierze po obu stronach, co samo w sobie nie mówi jeszcze niczego o moralności sprawy, za którą walczyli. Holland pokazuje wojnę jako system, w którym strategia, logistyka, teren i ludzkie ciało stale próbują sobie wzajemnie przeszkodzić. Dla polskiego czytelnika najważniejsze może być jednak coś innego. Ta książka nie odbiera Monte Cassino żołnierzom Andersa. Odbiera im jedynie samotność w legendzie. A dzięki temu ich zwycięstwo wcale nie staje się mniejsze, tylko bardziej prawdziwe.

