W Światłach Amalou najważniejsze nie jest to, że ktoś spada z nieba, tylko to, że spada akurat tutaj. Eksperymentalny aeroplan rozbija się na odległej wyspie na rzece Amalou, a wraz z nim na ziemię lecą dwie pewności, które zwykle trzymają przy życiu klasyczną opowieść przygodową: że świat jest do poznania i że porządek, choćby kruchy, daje się utrzymać. Andrea i jego kamerdyner Elwood trafiają między społeczności, które od dawna uczą się żyć w stanie permanentnego zawieszenia. Z jednej strony humanoidalne fretki, z drugiej ludzie zwani transparentnymi, dla których mrok nie jest metaforą, tylko dosłownym zagrożeniem, zdolnym ich pochłonąć. A ponad tym wszystkim legenda o wiecznym wygnaniu i koegzystencji, która brzmi jak wyrok, nie jak obietnica.
Na papierze wygląda to jak modelowa sytuacja, w której przybysze stają się katalizatorem zmian, ale Gibelin jest sprytniejszy. On nie buduje konfliktu z jednego wielkiego wydarzenia, tylko z drobnych przesunięć, z podejrzeń i narastającego dyskomfortu, który w pewnym momencie staje się już nie do zignorowania. Pokój między dwoma klanami nie przypomina porozumienia, raczej rozejm podpisany drżącą ręką, z tuszem jeszcze mokrym od strachu. Gdy fretki zaczynają zachowywać się dziwnie, ten rozejm przestaje być nawet fasadą. To opowieść o równowadze tak chwiejnej, że wystarczy jedno pytanie za dużo, by runęła.
Narracja ma w sobie coś z onirycznej wędrówki. Fabuła chwilami sprawia wrażenie improwizowanej, jakby prowadził ją kaprys wyspy, a nie mechanika scenariusza. I w tym tkwi jej siła, bo Amalou działa jak kraina, która nie lubi, kiedy ją nazywasz, klasyfikujesz i objaśniasz. Tu rządzą legendy, księgi, w których zapisano losy świata, choć nawet one nie mają władzy absolutnej. Pojawiają się elementy natury obdarzone ciężarem mitu, w tym motyw magicznego drzewa, które potrafi wypuścić w świat istoty zdolne rozchwiać i tak już wątłą konstrukcję współistnienia. Ten komiks wciąż gra na granicy łagodności i okrucieństwa, ale nigdy nie robi z tego taniej sztuczki. Najbardziej niepokojące jest to, jak czułość i groza wchodzą tu w ten sam kadr, jakby były jednym językiem.
Andrea i Elwood są duetem pozornie znanym, ale ich funkcja nie sprowadza się do bycia przewodnikami po świecie. Elwood, bardziej przyziemny, ostrożny, bywa nośnikiem komizmu, ale to nie jest komizm rozładowujący napięcie, raczej taki, który podkreśla bezradność wobec sytuacji. Andrea wnosi wiedzę, techniczny umysł, pewność człowieka, który wierzy, że jeśli zrozumie zasady, będzie bezpieczny. Tyle że Amalou nie działa według zasad, które da się opisać instrukcją. Im dalej w historię, tym wyraźniej widać, że ich role się komplikują, a sympatia czytelnika przestaje podążać za oczywistym podziałem. I wtedy wchodzi ona, Orana, transparentna, postać, która z czasem przestaje być tylko elementem egzotyki i staje się osią emocjonalną opowieści. To na jej barkach najmocniej czuć ciężar świata, który wymaga poświęceń, ale nie zawsze umie za nie podziękować.
Osobnym bohaterem jest tu sama rzeczywistość przedstawiona, dziwnie znajoma i obca jednocześnie. W tle pobrzmiewa alternatywna Europa pierwszych dekad XX wieku, z automobilami i samolotami, lecz rozwój techniki idzie inną ścieżką. Fretki konstruują roboty, transparentni korzystają z rozwiązań opartych o energię solarną, a obok tego funkcjonuje magia rozumiana nie jako czarowanie z formułek, tylko jako siła natury, żywioł, który przenika przedmioty, miejsca i ludzi. To nie steampunk w sensie dekoracyjnych trybików, tylko świat, w którym technika i mit stoją obok siebie i obie strony potrafią być równie niebezpieczne.
Wendling natomiast robi coś, co udaje się nielicznym. Rysuje tak, że komiks staje się doświadczeniem, a nie tylko lekturą. Jej styl jest jednocześnie zwiewny i sugestywny. Postacie oddychają, zwierzęta mają charakter, tła niosą bogactwo szczegółów, w których można utknąć wzrokiem na dłużej niż wypada, a kolory potrafią delikatnie zmienić temperaturę sceny, zanim fabuła powie wprost, że robi się źle. Wraz z narastającym chaosem barwy ciemnieją, gęstnieją, a mrok zaczyna „brudzić” nie tylko świat, ale i odbiór czytelnika. To rysunek, który uwodzi łagodnością, po czym przypomina, że łagodność nie jest tu gwarancją bezpieczeństwa.
Nie wszystko jest gładkie. W opowieści zdarzają się przeskoki, momenty, gdy coś zostaje pominięte i trzeba dopowiedzieć sobie fragment drogi z dialogów albo z kontekstu. Dla jednych będzie to wada, dla innych element snu, w którym sceny nie łączą się szwami, tylko intuicją. Podobnie z niedopowiedzeniami świata. Amalou nie odsłania wszystkich kart, czasem zostawia tylko sugestię, napomknięcie, cień znaczenia. I właśnie przez to komiks zostaje w głowie dłużej, niż powinien, jak bajka zasłyszana w dzieciństwie, z której pamiętasz nie fabułę, tylko uczucie.
Światła Amalou nie są albumem do szybkiego przewrócenia stron. To powolna, melancholijna podróż po krainie na granicy snu, gdzie światło i mrok nie walczą ze sobą, tylko współistnieją w niepokojącej symbiozie. Dla czytelnika, który szuka fantasy starszego, bardziej onirycznego, pełnego kontrastów, w którym szczęście finału ma smak wypracowany, nie podany na tacy, to będzie spotkanie warte czasu. A po zamknięciu albumu zostaje ta najlepsza rzecz, jaką może zostawić baśń: poczucie, że wróciło się z miejsca, które istnieje tylko trochę mniej realnie niż nasze.


