Komiksy

RECENZJA: The Promised Neverland tomy 4–8 | Poza murami nie ma końca koszmaru

Po trzech pierwszych tomach The Promised Neverland trudno było nie mieć wrażenia, że autorzy już wykorzystali „największą bombę” i teraz będą tylko stopniowo dokręcać śrubę. A jednak tomy 4–8 pokazują, że ta seria nie opiera się na jednym zwrocie akcji, tylko na konsekwencji. To opowieść, która działa jak mechanizm zegarka. Im bardziej bohaterowie próbują go zatrzymać, tym wyraźniej słychać tykanie.


W tomie czwartym wszystko skupia się na czasie. Norman ma trafić do „dostawy”, a to słowo, pozornie techniczne, uderza tu jak policzek. Shirai nie pozwala czytelnikowi wziąć oddechu, bo jego bohaterowie też go nie mają. Plan ucieczki, dotąd rozpisywany jak szachowa rozgrywka, nagle zaczyna się kruszyć. Do tego dochodzi choroba Emmy, która w takim świecie brzmi niemal jak wyrok, bo tu nie ma miejsca na słabość. Czwórka i piątka to momenty, w których seria świadomie przestaje być tylko thrillerem o sprytnych dzieciach. To jest już historia o tym, jak wygląda desperacja, kiedy nie da się zrobić nic „czysto”, a każda decyzja zostawia na dłoniach ślady.

W tomie czwartym szczególnie mocno wybrzmiewa Izabella. Wciąż pozostaje przeciwniczką, ale jej rola nabiera odcieni. Nie robi się z niej nagle „dobrej osoby”, natomiast widać pęknięcie w masce. Najciekawsze jest właśnie to napięcie: kobieta, która buduje system, a jednocześnie jest jego produktem. Ten tom ma w sobie coś z dusznego dramatu, w którym wszyscy wiedzą, że nadchodzi noc, tylko nie wszyscy przyznają to na głos. I Demizu gra tu emocjami bezlitośnie. Mimika dzieci jest jak mapa, na której można czytać strach, rezygnację, wściekłość, a czasem coś gorszego niż strach, pogodzenie się.

Tom piąty przynosi ucieczkę, ale nie tę „wyzwalającą”, jaką zwykle obiecuje podobna fabuła. To ucieczka, która nie zamyka etapu, tylko otwiera kolejny. Zamiast ulgi dostajemy survival, zamiast ścian sierocińca dostajemy świat, który jest obcy, agresywny i nieprzewidywalny. Rośliny, teren, pułapki, pościg. W tym tomie tempo wyraźnie przyspiesza, a manga robi zwrot w stronę przygodowo-survivalowej narracji, ale co ważne, nie gubi przy tym ciężaru. To nie jest „teraz będzie akcja, a trauma poczeka”. Trauma biegnie razem z bohaterami.

Najmocniejszy element piątego tomu to fakt, że „po drugiej stronie muru” nie czeka żadna normalność. Jest tylko inne piekło, mniej uporządkowane, bardziej dzikie. I to działa, bo nagle uświadamiasz sobie, że cały ich dotychczasowy koszmar był przynajmniej przewidywalny. Miał reguły. Teraz nie ma nawet tego.

Tom szósty robi coś, czego ta seria potrzebowała w idealnym momencie. Zamiast ciągle podkręcać pościg, otwiera świat i dokłada do niego moralną niejednoznaczność. Pojawiają się nowe postacie i wreszcie robi się jasne, że „demon” to nie tylko potwór do zabicia, a „człowiek” to nie tylko ktoś, komu można ufać. Wątek Musiki i Sung-Joo jest ciekawy nie dlatego, że „odwraca oczekiwania”, tylko dlatego, że wprowadza do tej historii coś bardzo dojrzałego. To pytanie o to, czy etyka jest luksusem, czy koniecznością. I czy da się przeżyć, nie stając się tym, przed czym się ucieka.

Jednocześnie tom szósty jest wizualnym popisem. Demizu potrafi narysować las tak, żeby wyglądał jak baśń i jak koszmar w tej samej sekundzie. Podziemia mają w sobie coś z fantastycznej scenografii, ale nie tej „przygodowej”, tylko tej, która podpowiada, że w każdej chwili coś może wyskoczyć z ciemności. A twarze dzieci, kiedy wreszcie mogą usiąść i rozmawiać, nadal nie są twarzami spokojnych bohaterów. To jest cisza po ucieczce, nie spokój.

Tom siódmy jest momentem, w którym seria zaczyna pracować na nowym typie napięcia. Bohaterowie docierają do celu, który miał być „bezpiecznym punktem”, a okazuje się, że bezpieczeństwo to w tym świecie słowo bardzo względne. Wchodzi postać, która szybko przestaje być tylko „tajemniczym mężczyzną” i zaczyna ciągnąć za sobą cały worek konsekwencji. Wujaszek, bo o nim mowa, jest postacią ciekawą, bo jest żywą odpowiedzią na pytanie, co robi z człowiekiem przetrwanie w takiej rzeczywistości. To nie mentor z serii przygodowej, który wprowadza dzieci w świat. To ktoś, kto przeżył i zapłacił za to głową.

I tu The Promised Neverland robi ważną rzecz. Nie idealizuje „twardości”. Nie mówi: przetrwał, więc wie lepiej. Pokazuje raczej, że przetrwanie potrafi człowieka wykrzywić, a później każe mu spotkać dzieci, które mimo wszystko nie chcą stać się cyniczne. Ta konfrontacja jest mocna, bo jest psychologiczna, a nie tylko fabularna. To jest zderzenie dwóch sposobów istnienia: życia po traumie i życia wbrew traumie.

Tom ósmy natomiast otwiera drzwi do arku, na który seria długo pracowała i który dla wielu czytelników jest jednym z najmocniejszych etapów. Goldy Pond. Nowa lokacja, nowi wrogowie, nowe reguły. I nagle okazuje się, że świat demonów ma też swoją wersję „rozrywki”, a człowiek w tej rozrywce jest tylko elementem gry. Motyw polowania, motyw „miasteczka” i motyw żywej areny działają tu szczególnie dobrze, bo to nie jest po prostu krwawy twist. To jest komentarz. O tym, jak łatwo zorganizować cierpienie w formę zabawy, kiedy ofiara nie jest już postrzegana jako osoba.

Tom ósmy ma też świetny rytm. Z jednej strony jest akcja, z drugiej rośnie poczucie, że bohaterowie nie tylko uciekają, ale są wciągani w system większy niż Grace Field. Farmy nie są wyjątkiem, są elementem struktury. A Emma, która w pierwszych tomach była sercem grupy i moralnym kompasem, tu musi skonfrontować się z rzeczywistością, w której serce może być równie niebezpieczne jak naiwność. Jej decyzje zaczynają ważyć inaczej. Nie dlatego, że nagle staje się kimś innym, ale dlatego, że stawka przestaje być „ucieknijmy”. Stawka brzmi „jakim kosztem”.

Tomy 4–8 są więc przejściem. Z historii zamkniętej w sierocińcu do historii o świecie, który jest wielką pułapką. Z pojedynku intelektualnego z Izabellą do walki z rzeczywistością, która nie ma twarzy jednej antagonistki. I co najważniejsze, ta zmiana nie rozmywa serii. Ona ją rozbudowuje.

Jeśli pierwsze tomy były perfekcyjnie skrojonym thrillerem psychologicznym, to te kolejne dokładają do niego nowe paliwo: survival, moralne dylematy, niejednoznacznych sojuszników, traumę, która nie znika po przekroczeniu muru. A przy tym Demizu cały czas pilnuje, żebyśmy pamiętali, że to nadal opowieść o dzieciach. Genialnych, twardych, walczących, ale jednak dzieciach. I właśnie dlatego boli to bardziej.

 

 

 

Agata Miałek

Kot, kubek kawy, książka albo serial. Czego chcieć więcej? Może spokoju od dwóch szalonych maluchów!