Komiksy

RECENZJA: Tokyo Revengers 19–21 | Kiedy przemoc przestaje wystarczać

W tomach 19–21 Tokyo Revengers wchodzi w taki etap, w którym sama skala starcia przestaje już być najważniejsza. Oczywiście wciąż dostajemy mnóstwo bójek, brutalnych konfrontacji i efektownych wejść kolejnych postaci, ale tym razem Ken Wakui coraz wyraźniej pokazuje, że za każdą z tych walk stoi coś więcej niż tylko chęć dominacji. To już nie jest zwykła gangsterska nawalanka o teren, dumę czy pozycję. To konflikt napędzany starymi ranami, wypaczoną potrzebą bliskości, żalem i poczuciem odrzucenia. I właśnie dlatego ten fragment serii wypada tak intensywnie, nawet jeśli momentami potrafi też sprawiać wrażenie przesadzonego.

Tom 19 skupia się na dalszym ciągu wielkiego starcia z Tenjiku i od początku czuć, że Toman walczy tu nie tylko z liczebną przewagą przeciwnika, ale też z własnym zmęczeniem, bólem i poczuciem beznadziei. Wakui znów stawia na dynamiczne pojedynki, w których bohaterowie pojawiają się niemal jeden po drugim, jakby każdy miał dostać swoją chwilę na scenie. Bywa to odrobinę schematyczne, zwłaszcza na początku, ale całość broni się energią i emocjonalnym ciężarem. W centrum tomu stoją Hakkai i Angry, którzy jako ci młodsi, zwykle pozostający gdzieś w cieniu silniejszych i głośniejszych, nagle muszą udźwignąć coś znacznie większego. Motyw najmłodszych braci, którzy wreszcie przestają być tylko tłem dla cudzej siły, wypada naprawdę dobrze, a przemiana Angry, choć mocno przerysowana, ma w sobie ten charakterystyczny dla tej serii ładunek desperacji i gniewu, który trudno zignorować.

Tom 20 idzie krok dalej i zamiast skupiać się wyłącznie na widowisku, zaczyna coraz mocniej rozbierać konflikt na poziomie emocji. Najważniejszym punktem staje się tu relacja Mikeya i Izany, czyli dwóch chłopaków połączonych czymś, co miało być więzią, a zamieniło się w źródło katastrofy. To właśnie tutaj Wakui pokazuje, że jego seria najlepiej działa wtedy, gdy przemoc jest tylko zewnętrzną warstwą czegoś znacznie smutniejszego. Izana nie jest jedynie kolejnym silnym przeciwnikiem do pokonania. To postać ulepiona z odrzucenia, samotności i źle ukierunkowanego głodu miłości. Jego wątek wypada zaskakująco mocno, bo nagle za całą brutalnością zaczyna stać chłopak, który po prostu nigdy nie umiał poradzić sobie z tym, że nie był dla nikogo naprawdę najważniejszy. Mikey z kolei znów zostaje postawiony w sytuacji, w której jego siła nie wystarcza. Musi zmierzyć się nie tylko z przeciwnikiem, ale też z bólem, którego nie da się znokautować jednym ciosem.

Ten tom ma bardzo szybkie tempo, czasem wręcz za szybkie, bo niektóre retrospekcje i wyjaśnienia mogłyby dostać odrobinę więcej miejsca. Mimo to całość czyta się z ogromnym napięciem. Wakui dobrze wie, kiedy przycisnąć akcję, a kiedy na chwilę ją zatrzymać, żeby dać czytelnikowi wgląd w psychikę postaci. I właśnie dzięki temu starcie Mikeya z Izaną nie jest tylko kolejną obowiązkową kulminacją, ale czymś, co naprawdę angażuje.

Tom 21 to już zamknięcie całego tego piekła i bezpośrednie wejście w to, na co seria pracowała od dawna, czyli konfrontację Takemichiego z Kisakim. I trzeba przyznać, że to właśnie tutaj najmocniej widać zarówno siłę, jak i słabość Tokyo Revengers. Z jednej strony mamy bardzo satysfakcjonujący finał wielkiego konfliktu, ogromny ładunek emocjonalny, śmierć, chaos, rozpacz i poczucie, że coś naprawdę się kończy. Z drugiej strony sam wątek Kisakiego może wzbudzić dość mieszane uczucia. Przez długi czas urastał do rangi niemal demonicznego źródła całego zła, postaci chłodnej, wyrachowanej i niebezpiecznie inteligentnej. Gdy wreszcie poznajemy jego motywacje, można poczuć lekkie zaskoczenie, ale też pewien zgrzyt. To jest ten moment, w którym seria balansuje na granicy między dramatem a czymś niemal absurdalnym. Nie znaczy to, że ten finał nie działa. Działa, bo stoi za nim ogrom emocji i latami budowane napięcie. Ale nie da się ukryć, że rozwiązanie wątku Kisakiego nie dla każdego będzie równie przekonujące.

Najmocniejszą stroną tych tomów pozostaje Takemichi. I mówię to po raz kolejny, ale właśnie tutaj widać najlepiej, dlaczego ten bohater, mimo wszystkich swoich ograniczeń, działa tak dobrze. On nie wygrywa dlatego, że jest najsilniejszy. On wygrywa, bo w świecie pełnym chłopaków, którzy nauczyli się odpowiadać na wszystko przemocą, Takemichi wciąż uparcie odmawia poddania się rozpaczy. Jego siłą nie są pięści, tylko determinacja. I nawet jeśli momentami może irytować swoją impulsywnością czy naiwnością, to trudno mu odmówić emocjonalnej wiarygodności.

Warto też docenić, że tomy 19–21 dają sporo miejsca postaciom drugoplanowym. Hakkai, Angry, Kakucho, Izana, a nawet Mikey dostają tu momenty, które naprawdę coś znaczą. Dzięki temu bitwa z Tenjiku nie sprawia wrażenia pustego spektaklu, tylko konfliktu, w którym stawką są nie tylko losy gangu, ale też pamięć, więzi i dawne krzywdy. To właśnie dlatego nawet wtedy, gdy Wakui popada w przesadę, nadal trudno się od tej historii oderwać.

Graficznie seria trzyma poziom. Walki są dynamiczne, twarze pełne emocji, a kadry potrafią dobrze oddać zarówno brutalność starć, jak i momenty zawahania czy psychicznego pęknięcia. Wakui nie jest może najbardziej subtelnym rysownikiem świata, ale świetnie radzi sobie z energią scen i z budowaniem napięcia ruchem, spojrzeniem, układem postaci w kadrze. W tych tomach szczególnie dobrze wypadają momenty, w których akcja na chwilę zwalnia i pozwala wybrzmieć emocjom.

Tomy 19–21 to bardzo mocny fragment Tokyo Revengers, choć nie bez rys. Z jednej strony dostajemy ogromne emocje, brutalny finał konfliktu z Tenjiku, rozwinięcie ważnych postaci i kilka naprawdę dobrych scen. Z drugiej, seria nadal ma skłonność do przesady, przyspieszania niektórych wątków i rozwiązań, które nie zawsze są tak przekonujące, jak chciałoby się wierzyć. Mimo to trudno odmówić tym tomom siły rażenia. To etap, w którym Tokyo Revengers przestaje być tylko opowieścią o gangach, a staje się historią o chłopakach, których nikt nigdy nie nauczył, jak radzić sobie z bólem inaczej niż przez walkę.

I właśnie dlatego, mimo kilku potknięć, nadal czyta się to z przejęciem. Bo pod całą tą przemocą i krzykiem cały czas siedzi coś bardzo prostego i bardzo smutnego. Pragnienie, żeby ktoś został. Żeby ktoś zrozumiał. Żeby tym razem dało się jeszcze coś uratować.

Magdalena Sardyńska-Ferenc

Idąc w ciemny szlak nieznany,
Od złych duchów opętany,
Z krain, kędy bóstwo Noc
Samowładną dzierży moc