Alicudi nie przypomina miejsca stworzonego po to, by spełniać marzenia. Jest kamienista, biedna, odcięta od świata i podporządkowana rytmowi, którego nie da się łatwo zmienić. Ludzie pracują tu na cudzej ziemi, jedzą to, co uda się wyhodować albo wyłowić, a każda strata natychmiast odbija się na całej rodzinie. Marta Lamalfa osadza swoją powieść właśnie w takim miejscu i nie próbuje go upiększać. Piękno wyspy istnieje, ale jest surowe, niemal obojętne wobec tych, którzy na niej mieszkają. Morze błyszczy, słońce grzeje kamienie, wiatr przynosi zapach soli, a jednocześnie głód, żałoba i zależność od innych wyznaczają granice życia. W tej rzeczywistości opowieść o kobietach, które potrafią nocą wzlecieć nad wyspę, nie brzmi jak fantazja. Brzmi jak jedyna dostępna forma wolności.
Caterina traci siostrę bliźniaczkę i wraz z nią część własnej tożsamości. Śmierć nie kończy się w chwili pogrzebu. Zostaje w domu, w zachowaniu matki, w pamięci krewnych i w każdym momencie, gdy ktoś spogląda na ocalałą córkę, jakby nadal widział dwie dziewczynki. Matka pogrąża się w depresji, codzienne obowiązki nie znikają, a ciężar utrzymania rodziny stopniowo przesuwa się na Caterinę. Dziewczyna dojrzewa więc nie dlatego, że jest na to gotowa, lecz dlatego, że otoczenie nie daje jej innego wyboru.
Lamalfa dobrze pokazuje, jak śmierć jednego członka rodziny może zmienić pozycję wszystkich pozostałych. Żałoba nie jest tu wyłącznie przeżyciem osobistym. W biednej społeczności oznacza również brak pary rąk do pracy, rozpad ustalonego porządku i konieczność przejęcia cudzych ról. Caterina nie może pozwolić sobie na długie rozpamiętywanie, choć właśnie tego najbardziej potrzebuje. Musi pomagać, troszczyć się o bliskich i funkcjonować w świecie, w którym dziewczęce pragnienia ustępują przed rodzinnym obowiązkiem.
To napięcie pomiędzy powinnością a własnym życiem stanowi prawdziwy rdzeń powieści. Caterina dorasta w społeczności, która przygotowała dla niej bardzo wąską ścieżkę. Kobieta ma pracować, milczeć, rodzić dzieci i przyjmować decyzje podejmowane przez mężczyzn. Może być potrzebna, ale niekoniecznie wolna. Jej wysiłek utrzymuje rodzinę przy życiu, choć nie daje jej prawa do decydowania o sobie.
Właśnie dlatego majary tak mocno działają na wyobraźnię bohaterki. Według miejscowych opowieści są kobietami zdolnymi do nocnych lotów, rzucania uroków i przekraczania granic wyspy. Wracają o świcie z dobrami zdobytymi poza Alicudi, swobodne i niepodporządkowane nikomu. Dla części mieszkańców są niebezpiecznymi czarownicami, dla Cateriny stają się ucieleśnieniem możliwości, o której nie wolno jej nawet mówić.
Jej fascynacja majarami nie wynika z dziecięcej łatwowierności. Dziewczyna potrzebuje opowieści, która pozwoli jej uwierzyć, że narzucony los nie jest jedynym dostępnym wariantem. Nie marzy wyłącznie o lataniu. Marzy o tym, by móc odejść, wrócić z własnej woli, zdobyć coś dla siebie i przestać być zależną od decyzji innych ludzi. Lot jest tu jednocześnie baśniowym obrazem i bardzo konkretnym pragnieniem emancypacji.
Najciekawsze w Wyspie latających kobiet pozostaje to, że autorka nie zmusza czytelnika do wybrania jednej interpretacji. Majary mogą istnieć naprawdę. Mogą być pozostałością dawnych wierzeń, zbiorowym wyobrażeniem mieszkańców albo skutkiem halucynacji wywołanych trudnymi warunkami życia i skażonym pożywieniem. Powieść nie rozdziela tych możliwości grubą linią, ponieważ dla bohaterów wszystkie są równie realne.
Na Alicudi mit nie funkcjonuje obok codzienności. Jest jej częścią. Ludzie pracują, cierpią, rodzą dzieci i grzebią zmarłych, ale jednocześnie opowiadają o czarownicach, widziadłach i zjawiskach, których nie potrafią wyjaśnić. To, co współczesny czytelnik nazwałby przesądem albo halucynacją, dla wyspiarzy staje się sposobem na uporządkowanie rzeczywistości. W miejscu pozbawionym szkoły, wiedzy medycznej i dostępu do szerszego świata legendy wypełniają luki pozostawione przez niewiedzę.
Marta Lamalfa nie traktuje jednak tych wierzeń z pobłażaniem. Nie przedstawia mieszkańców jako naiwnych ludzi, którzy nie rozumieją własnego położenia. Przeciwnie, pokazuje, że opowieści pełnią realną funkcję. Pomagają nazwać lęk, cierpienie, pragnienie zemsty i tęsknotę za życiem poza wyspą. Gdy rzeczywistość nie daje żadnej nadziei, człowiek zaczyna budować ją z materiału dostępnego pod ręką. Czasem jest nim religia, czasem plotka, a czasem historia o kobietach wzlatujących nocą ku Sycylii.
Sama Alicudi została sportretowana z dużą wyrazistością. Nie stanowi malowniczego tła dla rodzinnego dramatu, lecz siłę kształtującą zachowania mieszkańców. Jej izolacja wpływa na relacje, podtrzymuje dawne hierarchie i ogranicza możliwość zmiany. Życie toczy się tu według reguł przekazywanych z pokolenia na pokolenie, ponieważ kontakt z innym modelem świata jest słaby albo nie istnieje.
Wyspa równocześnie daje i odbiera. Morze żywi, ale odcina. Ziemia pozwala coś wyhodować, lecz wymaga ogromnego wysiłku. Rodzina zapewnia przynależność, a zarazem może zamknąć człowieka w roli, której nigdy nie wybrał. Caterina jest związana z Alicudi przez pamięć, pokrewieństwo i odpowiedzialność, ale im dłużej obserwuje własne otoczenie, tym mocniej rozumie, że dom może stać się więzieniem nawet wtedy, gdy jest jedynym znanym miejscem.
Autorka umiejętnie pokazuje również biedę bez estetyzowania jej. W tej powieści ubóstwo nie jest dekoracją dodającą opowieści historycznego uroku. Oznacza głód, pracę ponad siły i ciągłe liczenie się z tym, że jeden nieudany połów albo słabe zbiory mogą zepchnąć rodzinę jeszcze niżej. Jedzenie ma ogromne znaczenie, bo nigdy nie jest oczywiste. Chleb, ryby, kapary czy owoce pojawiają się nie tylko jako element śródziemnomorskiego pejzażu, lecz jako dowód codziennej walki o przetrwanie.
Właśnie w takich warunkach rodzi się zbiorowe doświadczenie, które coraz wyraźniej odkształca rzeczywistość. Mieszkańcy zaczynają widzieć rzeczy niemożliwe, rozmawiać ze zmarłymi i dostrzegać majary. Sen, jawa, głód i lęk przenikają się do tego stopnia, że przestają tworzyć osobne porządki. Lamalfa nie buduje z tego klasycznej zagadki do rozwiązania. Bardziej interesuje ją, jak wspólnota reaguje na doświadczenie, którego nikt nie potrafi nazwać.
To ważne, ponieważ Wyspa latających kobiet nie jest powieścią napędzaną szybką akcją. Jej rytm pozostaje spokojny, chwilami wręcz senny. Autorka poświęca wiele uwagi pracy, rodzinie, zwyczajom i przemianom zachodzącym w Caterinie. Czytelnik musi zaakceptować, że napięcie nie będzie rosło poprzez serię gwałtownych wydarzeń. Budują je stopniowo poczucie zamknięcia, żałoba i coraz bardziej niepewna granica między tym, co widzialne, a tym, co wyobrażone.
Początkowo taki sposób narracji może sprawiać wrażenie zbyt powolnego. Historia długo osadza bohaterkę w jej codzienności, zanim magiczny wymiar opowieści zacznie wyraźniej dochodzić do głosu. Nie odbieram tego jednak jako zbędnego przeciągania. Bez dokładnego pokazania ciężaru życia na wyspie marzenie Cateriny o lataniu byłoby jedynie efektownym motywem. Dopiero wiedząc, od czego chce uciec, rozumiemy, dlaczego legenda staje się dla niej tak ważna.
W drugiej części powieści rzeczywistość coraz mocniej przypomina sen. Wizje stają się intensywniejsze, postacie zachowują się tak, jakby dawne opowieści nagle wkroczyły w ich życie, a Caterina próbuje odnaleźć własne miejsce pomiędzy wiarą a zwątpieniem. Autorka pozostawia w tej przestrzeni odpowiednio dużo niedopowiedzeń. Nie tłumaczy każdej sceny i nie odbiera obrazom ich wieloznaczności.
Nie wszystkie elementy mają jednak identyczną siłę. Część rodzinnych i społecznych wątków zostaje zarysowana szerzej, niż pozwala na to późniejszy rozwój. Wokół Cateriny funkcjonuje liczna rodzina, a każdy jej członek niesie własny żal, niespełnione ambicje albo sposób radzenia sobie z biedą. To tworzy wiarygodny portret wspólnoty, lecz chwilami rozprasza uwagę. Nie każda postać otrzymuje finał na miarę początkowego znaczenia.
Najmocniej zapadają w pamięć kobiety. Nie dlatego, że wszystkie tworzą wspólnotę opartą na solidarności. Przeciwnie, bywają wobec siebie surowe, powielają przemoc i pilnują zasad, które same je ograniczają. Jednocześnie to właśnie pomiędzy nimi pojawiają się drobne gesty pomocy, przekazywana szeptem wiedza i rozpoznanie wspólnego losu. Lamalfa nie upraszcza kobiecego doświadczenia do łatwego hasła o sile. Pokazuje, że przetrwanie może oznaczać zarówno wsparcie, jak i podporządkowanie się systemowi.
Caterina pozostaje przy tym bohaterką bardzo cielesną. Dorastanie oznacza dla niej nie tylko zmianę pozycji w rodzinie, ale również nowe spojrzenie na własne ciało. Pierwsza miesiączka, nagość, poród i seksualność zostają powiązane z kontrolą, wstydem oraz oczekiwaniami społeczności. Dziewczyna zaczyna rozumieć, że jej ciało wkrótce przestanie być traktowane jako wyłącznie jej własne. Stanie się przedmiotem rodzinnych planów, małżeństwa i macierzyństwa.
To dodatkowo wzmacnia symbolikę majar. Są nagie, niepodporządkowane i zdolne do ruchu bez pozwolenia. W oczach społeczności ich wolność musi więc zostać uznana za niebezpieczną, niemoralną albo diabelską. Kobieta, której nie kontroluje ojciec, mąż ani lokalny obyczaj, może być wyjaśniona tylko jako czarownica. Powieść nie mówi tego wprost przy każdej okazji, ale konsekwentnie buduje takie skojarzenie.
Jednym z ciekawszych tematów jest również prawo do edukacji i wyjazdu. Możliwość opuszczenia Alicudi nie jest rozdzielana równo. Mężczyźni, a szczególnie synowie, mogą otrzymać szansę na naukę albo pracę poza wyspą. Dla dziewczyny podobne pragnienie niemal automatycznie oznacza egoizm i odrzucenie rodziny. Caterina szybko odkrywa, że nawet marzenie o innym życiu może zostać potraktowane jako wykroczenie przeciwko wspólnocie.
W tym sensie Wyspa latających kobiet jest nie tylko opowieścią o realizmie magicznym, lecz również o klasie społecznej. Bieda ogranicza wyobraźnię, bo sprawia, że każda decyzja musi być podporządkowana przeżyciu następnego dnia. Wolność staje się przywilejem ludzi, których stać na ryzyko. Caterina nie może po prostu odejść, nawet jeśli bardzo tego chce. Jej wybór zawsze oznacza koszt ponoszony przez innych.
Lamalfa pisze obrazowo, lecz nie przeciąża języka ozdobnikami. Najlepiej wypadają opisy natury oraz codziennych czynności. Kamień, sól, pot i zapach jedzenia tworzą zmysłowe tło, ale nie zmieniają wyspy w pocztówkową Sycylię. Piękno krajobrazu pozostaje obojętne na biedę ludzi. Można zachwycić się morzem i jednocześnie wiedzieć, że za chwilę ktoś będzie musiał wejść do niego z nadzieją na połów decydujący o tym, czy rodzina zje kolację.
Posłowie wyraźnie zmienia odbiór całej historii. Informacja, że powieść została oparta na rzeczywistych przekazach o zbiorowych halucynacjach mieszkańców Alicudi, porządkuje wiele wcześniejszych scen i nadaje im dodatkowy ciężar. Rozumiem opinie, że historyczny kontekst mógłby pojawić się na początku. Czytelnik łatwiej rozpoznawałby wtedy znaczenie niektórych wydarzeń. Uważam jednak, że umieszczenie go na końcu było trafną decyzją.
Gdyby wyjaśnienie pojawiło się przed powieścią, od początku czytalibyśmy ją jak literacką rekonstrukcję konkretnego przypadku. Wiedza o prawdopodobnej przyczynie wizji natychmiast porządkowałaby niejasność. Tymczasem Lamalfa pozwala najpierw doświadczyć świata w taki sposób, w jaki mogli odbierać go bohaterowie. Dopiero później oferuje racjonalny kontekst. Nie unieważnia on wcześniejszej magii, ale zmusza do ponownego przemyślenia tego, co się wydarzyło.
To rozwiązanie dobrze współgra z najważniejszą cechą książki. Wyspa latających kobiet nie stawia prostego pytania o to, czy czarownice istnieją. Pyta raczej, co dzieje się z ludźmi, którzy tak bardzo potrzebują cudu, że zaczynają go wspólnie widzieć. W przypadku Cateriny odpowiedź jest szczególnie bolesna. Dziewczyna nie szuka niezwykłości dla samej przygody. Potrzebuje jej, ponieważ zwykłe życie nie oferuje jej niemal niczego.
Nie wszystkie fragmenty są równie przejmujące, a wolne tempo może wystawić cierpliwość części czytelników na próbę. To nie jest powieść dla osób oczekujących dynamicznej historii o czarownicach ani dla tych, którzy chcieliby jednoznacznych odpowiedzi. Magia pozostaje tu dyskretna, chwilami nieuchwytna, i służy przede wszystkim opowieści o biedzie, stracie oraz kobiecym pragnieniu samostanowienia.
Najbardziej podoba mi się to, że Lamalfa nie redukuje wolności do prostego opuszczenia wyspy. Caterina może marzyć o innym miejscu, ale Alicudi pozostaje częścią niej. Jej rodzina, wspomnienie siostry i lokalne opowieści tworzą tożsamość, od której nie da się całkowicie uciec. Wyzwolenie nie polega więc na odcięciu przeszłości. Wymaga znalezienia sposobu, by nie pozwolić jej decydować o całej przyszłości.
Wyspa latających kobiet jest spokojną, melancholijną powieścią, która bardziej osadza się w pamięci obrazami niż gwałtownymi zwrotami fabuły. Pozostają po niej kamienne ścieżki, mocno splecione warkocze, czarny chleb, nocne niebo i kobiety unoszące się nad miejscem, które za dnia nie pozwala im nawet swobodnie oddychać. To historia o tym, że czasami legenda nie musi być prawdziwa, by uratować człowieka. Wystarczy, że daje mu język do nazwania pragnienia, którego wcześniej nie wolno było wypowiedzieć.

