Książki

RECENZJA: Krew i stal | Martwa Ziemia nie zapomina, autor też już nie debiutuje

Są książki, które wracają po latach nie dlatego, że trzeba je ratować, ale dlatego, że wreszcie mogą wybrzmieć tak, jak powinny od początku. Krew i stal Jacka Łukawskiego w drugim, poprawionym i wzbogaconym wydaniu nie jest już tylko udanym debiutem. To świadomie domknięty pierwszy krok większej opowieści, napisany przez autora, który dokładnie wie, co zrobił dobrze i co należało doszlifować.

Warto to powiedzieć jasno, bo zmienia to perspektywę czytania. To nie jest książka młodego twórcy, który dopiero sprawdza, czy potrafi unieść świat fantasy. To powrót do tekstu, który od początku miał kręgosłup, klimat i ambicję, a teraz został doprowadzony do formy bliższej temu, czym Krew i stal chce być jako fundament całego cyklu Krainy Martwej Ziemi.

Punkt wyjścia nadal brzmi jak klasyczna wyprawa. Z granicznej twierdzy królestwa Wondettel wyrusza oddział żołnierzy pod dowództwem Dartora, starego, doświadczonego oficera, który widział już wystarczająco dużo śmierci, by nie zadawać zbędnych pytań. Mają przekroczyć Martwą Ziemię, skażoną krainę, która od stu pięćdziesięciu lat była synonimem absolutnego końca, i dotrzeć do klasztoru u podnóża Smoczych Gór. Tam ukryto artefakt, który musi wrócić do królestwa, zanim Zasłona Martwej Ziemi pęknie i zaniknie. Problem w tym, że prawdziwy cel misji zna tylko Arthorn, przysłany w ostatniej chwili przewodnik, a nawet on nie rozumie całej stawki.

To, co mogłoby być prostą historią drogi, bardzo szybko skręca w stronę gęstej intrygi. Łukawski nie spieszy się z odkrywaniem kart, ale też nie bawi się w tanie tajemnice. Każdy kolejny etap wyprawy dokłada nowe napięcie, nowe pytania i nowe rysy na obrazie świata, który z pozoru wydaje się stabilny. Martwa Ziemia nie jest tu tylko miejscem. Jest procesem, raną, która powoli się otwiera.

Jednym z największych atutów powieści pozostaje świat przedstawiony. To fantasy surowe, brutalne, pozbawione romantycznych filtrów, ale jednocześnie głęboko osadzone w słowiańskim imaginarium. Zamiast generycznych potworów mamy czarty, wiły, utopce i bóstwa, które nie są ozdobą, lecz integralną częścią rzeczywistości. Magia w Krwi i stali nie błyszczy. Ona ciąży, wypacza i budzi lęk. Granica między tym, co realne, a tym, co nadprzyrodzone, celowo się zaciera, co nadaje całości posmak realizmu magicznego, rzadko spotykanego w tak twardej odmianie fantasy.

Akcja jest dynamiczna, często brutalna i pozbawiona taryfy ulgowej dla bohaterów. Walki są częste, świat nie wybacza błędów, a śmierć pojawia się bez fanfar. Widać, że autor zna temat broni, wojskowości i fizyczności starć. Czasem opisy potyczek bywają techniczne, chwilami wręcz chłodne, ale to wpisuje się w ton opowieści. To nie są heroiczne pojedynki na legendę. To robota, która ma zostać wykonana.

Najbardziej dyskusyjnym elementem pozostają bohaterowie. Dartor jest solidnym filarem opowieści, postacią z krwi i blizn, wiarygodną w swojej zmęczonej twardości. Arthorn natomiast wciąż pozostaje figurą niejednoznaczną. Tajemniczy, zdystansowany, momentami wręcz bierny. Dla jednych będzie to wada, dla innych celowy zabieg. Arthorn nie jest bohaterem, który pcha historię siłą charakteru. Jest bohaterem, który pozwala, by historia go mieliła. W drugim wydaniu widać większą świadomość tej konstrukcji, choć nadal nie jest to postać, do której łatwo się emocjonalnie przywiązać.

Na uwagę zasługuje język. Styl Łukawskiego jest plastyczny, dynamiczny i zaskakująco dojrzały jak na książkę, która zaczynała życie jako debiut. Stylizacja na staropolszczyznę, różnicowanie mowy postaci, gwara i archaizmy są używane z wyczuciem. To język, który buduje świat, a nie próbuje go zagadać. Poprawki w drugim wydaniu sprawiają, że narracja jest bardziej spójna i płynniejsza, bez utraty swojej surowości.

Krew i stal nie jest fantasy dla każdego. To opowieść twarda, mroczna, często pozbawiona emocjonalnych punktów zaczepienia. Prym wiedzie tu napięcie, intryga, poczucie nadciągającego zagrożenia i nieustanna świadomość, że świat stoi na krawędzi. To książka, która bardziej niepokoi, niż zachwyca. I właśnie w tym tkwi jej siła.

Wznowienie tylko potwierdza, że nie mieliśmy do czynienia z jednorazowym strzałem. To solidnie wykuty fundament sagi, która ma własny charakter, własny język i własną wizję fantasy, daleką od bezpiecznych schematów. Jeśli szukasz opowieści, w której krew naprawdę coś znaczy, a stal nie jest tylko rekwizytem, Krew i stal pozostaje pozycją wartą uwagi. Nie jako ciekawostka debiutancka, lecz jako pełnoprawny początek mrocznej, konsekwentnej historii.

Możesz przekonać się, czy książka jest dla Ciebie, sięgając po fragment powieści

Nataniel Ferenc

Mogę powiedzieć, że gram, czytam, oglądam - jeszcze nie śpiewam. Ale pracuję nad tym.