W świecie Kociołka nie ma czegoś takiego jak spokojny wieczór, a jeśli już się pojawia, to zwykle tylko po to, by za chwilę rozpaść się na kawałki wśród krzyków, kielichów i katastrof. Bal u Yanny bierze tę zasadę i podkręca ją formalnie, bo tym razem Mortka oddaje ster czytelnikowi. Jedziemy do księżnej Yanny, do Dymu, w sam środek uczty, gdzie polityka potrafi udawać flirt, a flirt potrafi zamienić się w wojnę. Sara jest obok, Żychłoń wygląda jakby coś knuł, Zwierzak znika w najmniej odpowiednim momencie, a w tle stoi obietnica, że to my zdecydujemy, czy wpakujemy bohaterów w kłopoty, czy tylko je elegancko pogłębimy.
Na papierze pomysł jest świetny. W praktyce też bywa świetny, bo Mortka umie pisać rubasznie, z rytmem, z humorem, z dialogiem, który jest żywy i soczysty. Jego świat nadal działa jak porządna karczma, w której zawsze ktoś się potknie, ktoś kogoś obrazi, a ktoś trzeci powie dokładnie to, czego powiedzieć nie powinien. Jako opowieść to jest czysta przyjemność, bo wracamy do bohaterów, których się pamięta, i dostajemy ten sam rodzaj energii, za który fani Mortki go lubią. Jest tu dużo śmiechu, sporo chaosu, sporo jedzenia, sporo alkoholu i cały zestaw sytuacji, które aż proszą się o czytanie z uśmiechem pod nosem.
Problem zaczyna się w momencie, gdy przestajemy patrzeć na tę książkę jak na kolejną historię o Kociołku, a zaczynamy traktować ją jak paragrafówkę. Bo paragrafówka to nie tylko wybór na końcu rozdziału. To konstrukcja, która powinna sprawiać wrażenie, że wchodzisz w inną opowieść, kiedy skręcasz w inną stronę. Że konsekwencje naprawdę zmieniają układ świata, relacje, stawkę, a nie tylko prowadzą cię innym korytarzem do podobnego pokoju. I tu
pojawia się kluczowa rysa. Mortka literacko jest w formie, ale jako autor paragrafówki dopiero uczy się tej formuły, bo rozgałęzienia są zbyt często pozorne, a różnice między ścieżkami nie zawsze są tak wyraziste, jak obiecuje sama idea.
To trochę tak, jakby ktoś przygotował świetną imprezę, ale drzwi do kolejnych sal były bardziej rekwizytem niż realnym wyborem. Jasne, idziesz inną stroną, łapiesz inne dialogi, wpadasz w inne żarty, ale w wielu momentach czuć, że to wciąż jedna opowieść opowiadana z kilku kątów, a nie kilka prawdziwie różnych historii wynikających z decyzji czytelnika. I to nie jest zarzut wobec samej fabuły, bo ona bawi, tylko wobec medium, które obiecuje więcej. Widać tu dokładnie to, co czasem dzieje się, gdy do paragrafówki siada autor prozy, który nie ma dużego doświadczenia w tej konstrukcji. Da się to zrobić dobrze, nawet bez lat praktyki, ale wymaga to przestawienia myślenia z narracji na projektowanie konsekwencji. I tutaj aż się prosi, by Mortka spojrzał na przykład Radka Raka i jego Dunder albo kot z zaświatu, gdzie również było czuć literacki temperament pisarza w nowym formacie, ale jednocześnie forma częściej pracowała na rzecz wyboru, a nie tylko udawała jego ciężar.
Jednocześnie to, co ratuje Bal u Yanny i sprawia, że mimo tych zastrzeżeń nadal chce się klikać w kolejne decyzje, to klimat samej imprezy. Yanna jest sobą, czyli chaosem w pięknej sukni. Dwór jest sobą, czyli miejscem, gdzie każdy uśmiech może być nożem, a każdy toast deklaracją wojny. Kociołek jest sobą, czyli facetem, który nawet jeśli chce tylko przeżyć wieczór, i tak wyląduje w samym środku zdarzeń. To książka, która ma w sobie bardzo dobrą zabawę i tę specyficzną mortkową czułość ukrytą pod grubą warstwą sarkazmu. Nawet jeśli głębi nie ma tu wiele, to i nie o głębię chodzi, tylko o rozrywkę w świecie, do którego chce się wracać.
Są też momenty, kiedy pod powierzchnią śmiechu przebija coś poważniejszego. Ten kontrast działa szczególnie dobrze, bo Mortka nie robi z trudniejszych tematów wielkiego transparentu, tylko pozwala im przemknąć w tle jak cień między żartami. I dzięki temu historia nie jest wyłącznie pijackim tańcem do upadłego, tylko czymś, co czasem potrafi zaskoczyć tonem.
Ostatecznie Bal u Yanny to udany eksperyment, ale nie do końca spełniona paragrafówka. Jako powrót do ekipy Kociołka działa świetnie, jako zabawa w wybieranie ścieżek bywa wciągająca, ale jako konstrukcja interaktywna mogłaby mieć więcej odwagi w różnicowaniu konsekwencji. Jeśli kochasz Mortkę, weźmiesz to bez marudzenia, bo sam język i klimat zrobią swoje. Jeśli szukasz paragrafówki, która za każdym wyborem otwiera zupełnie inne drzwi, możesz poczuć lekki niedosyt. Tylko jedno pozostaje pewne. Bigos i tak wystygnie, zanim uda się przejść wszystko do końca.


