Są twórcy, których filmy ogląda się jak piękne sny, a potem budzi się człowiek i przez chwilę ma wrażenie, że świat jest uboższy, bo nie ma w nim tej miękkiej magii. Hayao Miyazaki należy do tej kategorii. Jego animacje nie starzeją się, nie bledną, nie osuwają w muzealną gablotę nostalgii. One wciąż działają. Wciąż potrafią przytulić i jednocześnie uderzyć w czuły punkt. I właśnie dlatego książka Susan Napier, Miyazaki. Świat w animacji, trafia w moment, w którym wielu widzów od dawna było gotowych na coś więcej niż kolejne wzdychanie do Totoro, zachwyt nad Spirited Away: W krainie bogów czy powroty do Ruchomego zamku Hauru. To nie jest broszurka dla fanów. To próba zrozumienia, dlaczego te historie w ogóle nas obchodzą.
Napier nie pisze klasycznej biografii. Kto szuka liniowej opowieści o życiu, dat, anegdot, listy sukcesów i punktów zwrotnych, może się zdziwić. Autorka wybiera inną drogę i to jest wybór bardzo sensowny. U niej zamiast suchych faktów mówią filmy. To one stają się pamiętnikiem, mapą emocji, zapisem doświadczeń, czasem nawet wyznaniem, które w normalnym wywiadzie ugrzęzłoby w milczeniu albo w zbyt ostrej, publicznej pozie Miyazakiego. Napier pokazuje go jako artystę sprzeczności. Perfekcjonistę i pracoholika. Marzyciela, który jednocześnie potrafi być bezlitosny wobec świata i wobec samego siebie. Człowieka, który publicznie bywa twardy, a w swoich opowieściach przemyca melancholię i kruchość.
To, co szczególnie mocno wybrzmiewa, to dzieciństwo w cieniu wojny i jego długie echo. Napier potrafi połączyć biografię z analizą bez wrażenia, że rozkłada magię na części jak zabawkę. Nie zabiera czaru, tylko pokazuje, skąd się bierze. Wojna, lęk, pamięć, poczucie winy, ale też zachwyt nad naturą i świadomość, że cywilizacja potrafi być piękna i potworna jednocześnie, wracają w tych filmach konsekwentnie. W Księżniczce Mononoke natura nie jest pocztówką, jest siłą, która odpłaca za ludzką pychę. W Zrywa się wiatr piękno tworzenia splata się z przemocą historii. W Moim sąsiedzie Totoro bezpieczeństwo jest delikatne, podszyte strachem o to, co może się wydarzyć.
Napier ma lekkość wykładowczyni, która naprawdę lubi swój temat i potrafi nim zarazić. Wchodzi w japońskie konteksty, symbole, kulturowe napięcia, ale nie robi z tego muru dla czytelnika. Czyta się to jak wędrówkę po znanych krainach, tylko tym razem z przewodniczką, która nagle wskazuje detale, których wcześniej nie widzieliśmy. Dlaczego bohaterki Miyazakiego są tak wyraziste, tak sprawcze, tak niezależne, a jednocześnie tak ludzkie. Dlaczego jego opowieści są antywojenne, ale nie prostackie. Dlaczego jego świat jest proekologiczny, ale nie zamienia się w moralitet.
Bardzo mocno działa też to, że Napier nie próbuje z Miyazakiego zrobić świętego. Nie jest to hagiografia. To portret człowieka, który potrafi być trudny, wymagający, uparty, czasem wręcz nieprzyjemny w swojej bezkompromisowości, ale jednocześnie jest kimś, kto umie dać widzowi coś rzadkiego. Poczucie, że wrażliwość jest siłą, a nie wstydem. Że wyobraźnia nie jest eskapizmem, tylko narzędziem przetrwania. Że cud może być zwyczajny, jeśli umiesz patrzeć.
Największym atutem książki jest jej konstrukcja. To jednocześnie biografia, przewodnik i analiza, ale te warstwy nie gryzą się ze sobą. Dla fanów Studia Ghibli to lektura, która pogłębia zachwyt. Dla tych, którzy dopiero chcą zrozumieć fenomen Miyazakiego, to świetny punkt startu, bo pokazuje, że za puchatym duchem lasu i latającymi zamkami stoją pytania o świat, o człowieka, o pamięć, o stratę, o odpowiedzialność.
Czy są minusy. Jeśli ktoś potrzebuje bardziej kronikarskiej biografii, może poczuć niedosyt faktografii. Napier wybiera selekcję. Bierze te momenty życia i twórczości, które pomagają zrozumieć sens całości. Ale w tej konkretnej historii to działa, bo Miyazaki najlepiej opowiada o sobie nie w datach, tylko w obrazach.
Miyazaki. Świat w animacji to książka dla tych, którzy kochają jego filmy i chcą wejść głębiej, ale też dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak popkultura potrafi być sztuką, a sztuka potrafi być ratunkiem. To lektura, po której ma się ochotę wrócić do tych animacji natychmiast. I obejrzeć je jeszcze raz, wolniej, uważniej, z myślą, że w każdej scenie ukryte jest coś więcej niż tylko piękny kadr.
Bo Miyazaki nie zrobił nam świata lepszego. Ale nauczył nas, jak szukać w nim cudów.


