Są takie komiksy, które najpierw biorą człowieka za oczy, a dopiero później za gardło. Oceanika, pierwszy tom Mechanicznej ziemi, właśnie tak działa. Na początku jest zachwyt. Kolor, ruch, fantazja, kawalkada dziwacznych postaci, retrofuturystyczny przepych, zwierzęta, ludzie, roboty, absurd i ten rodzaj wizualnej bezczelności, który mówi wprost: patrz, ile tu się dzieje. A potem przychodzi myśl znacznie mniej wygodna. Że ten cały bal na pokładzie Mekatonu może wcale nie być świętem. Że ta fiesta, która trwa bez końca, wygląda dziwnie niepokojąco. I że może wszyscy ci roześmiani pasażerowie wcale nie bawią się dlatego, że są wolni, tylko dlatego, że nie wolno im pomyśleć o niczym innym.
To jest najmocniejszy punkt wyjścia tego albumu. Wielki transatlantyk, na którym trwa nieustanne święto, właściwie sam w sobie jest już pomysłem podejrzanym. Nie ma codzienności, nie ma zwykłego życia, nie ma nudy, nie ma ciszy, nie ma świata poza. Jest zabawa, śpiew, taniec, uciechy i ten bardzo specyficzny rodzaj zbiorowego samozadowolenia, który w dobrych opowieściach zawsze pachnie katastrofą. Philéon, nosorożec, który chce uciec ze statku, nie jest więc tylko bohaterem inicjującym pościg. On jest rysą na systemie. Kimś, kto nagle robi rzecz niewybaczalną: zaczyna podejrzewać, że skoro istnieje pokład, to może istnieje też coś poza nim.
I właśnie wtedy Oceanika zaczyna pracować na dwóch poziomach. Z jednej strony to bardzo dynamiczna, chwilami wręcz szalona przygodówka, oparta na ucieczce, pościgach i kolejnych spotkaniach z galerią przedziwnych postaci. Z drugiej to historia o świecie, który utrzymuje się przy życiu dzięki permanentnemu rozproszeniu uwagi. Ten statek nie płynie przez ocean. On płynie przez zbiorowe wyparcie. Im dłużej patrzy się na tę opowieść, tym trudniej nie odnieść wrażenia, że Mekaton jest czymś pomiędzy luksusowym więzieniem, pływającym cyrkiem i miękką dyktaturą zbudowaną na rozrywce.
Scenariusz Patricka Fitou jest przy tym świadomie niejednoznaczny. I to może być dla części czytelników jednocześnie zaleta i źródło frustracji. Bo Oceanika nie daje jasnych odpowiedzi. Nie tłumaczy wszystkiego grzecznie i szybko. Raczej rzuca bohaterów i czytelnika w wir wydarzeń, z którego trzeba samemu wyławiać znaczenia. Pytania pojawiają się szybciej niż odpowiedzi. Gdzie właściwie płynie ten statek. Co jest poza nim. Dlaczego Siły Specjalne tak panicznie reagują na próbę ucieczki. Czym naprawdę jest ten świat. Ten pierwszy tom nie tyle buduje fabułę w klasyczny sposób, ile rozstawia scenę, zapala wszystkie reflektory i pozwala nam patrzeć na szaleństwo, które dopiero zaczyna odsłaniać sens.
To może drażnić, jeśli ktoś oczekuje od otwarcia serii mocnego fabularnego zakotwiczenia. Bo prawda jest taka, że Oceanika jest w dużej mierze prologiem. Bardzo efektownym, bardzo sugestywnym, ale jednak prologiem. Czuć, że autorzy przede wszystkim chcą nas wrzucić w ten świat, sprawić, żebyśmy poczuli jego rytm, jego temperaturę, jego obłęd. Mniej interesuje ich na tym etapie klarowne rozpisanie wszystkich reguł. I ja to kupuję, choć rozumiem zarzut, że momentami ta piętrząca się tajemnica zaczyna przypominać pięknie opakowane odwlekanie konkretu. Ten komiks bardziej uwodzi atmosferą niż prowadzi za rękę.
Ale nawet jeśli fabularnie można tu mówić o pewnym zawieszeniu, to wizualnie jest to absolutny popis. Jean Baptiste Andréae robi rzeczy, od których naprawdę trudno oderwać wzrok. Po Azymucie wiadomo było, że potrafi budować światy jednocześnie bajkowe i niepokojące, ale tutaj znów wchodzi na poziom, przy którym człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ten rysownik nie ma przypadkiem osobnego kanału do wyobraźni. Jego plansze są bogate, ale nie przeładowane. Fantazyjne, ale nie chaotyczne. Przerysowane, ale nie puste. Każda postać ma charakter, każda twarz coś opowiada, każdy kostium i każdy mechaniczny detal dopisuje kolejną warstwę do tej pokręconej rzeczywistości.
Najlepsze jest to, że Andréae nie idzie na skróty. Tła nie są tu przypadkowym mazaniem, przestrzeń ma ciężar i logikę, perspektywa jest konsekwentna, ruch ma swój rytm. Widać ogrom pracy włożonej w to, żeby ten świat był nie tylko efektowny, ale też wiarygodny na własnych zasadach. A ponieważ są to zasady z pogranicza absurdu, snu i satyry, efekt bywa naprawdę oszałamiający. To jest komiks, który można czytać dla samej przyjemności patrzenia. I nie ma w tym żadnej przesady.
Sama estetyka również robi swoje. Retrofuturyzm w Oceanice nie jest pustym kostiumem, tylko częścią sensu. Ten świat wygląda jak wizja przyszłości śniona przez epokę, która jeszcze wierzyła, że maszyny będą eleganckie, a katastrofa będzie miała dobrą oprawę. Wszystko tu jest jednocześnie zabawne i trochę upiorne. Urocze i podejrzane. Kreskówkowe, ale podszyte czymś bardzo niepokojącym. Właśnie dlatego porównania do Blacksada czy Azymutu nie biorą się znikąd, ale Mechaniczna ziemia ma własny ton. Bardziej rozbawiony na powierzchni, bardziej gorzki pod spodem.
Bohaterowie też spełniają swoją funkcję, choć nie wszyscy z równą siłą. Najbardziej intrygujący jest oczywiście Philéon, bo to wokół niego zawiązuje się cała tajemnica i to on wydaje się jedyną postacią, która naprawdę chce wyrwać się z tej szalonej, zamkniętej pętli. Dobrze wypadają też postacie bardziej groteskowe, przerysowane, wpisane w absurd tego świata. Nieco słabiej na ich tle prezentują się Edmée i Bruno, którzy chwilami sprawiają wrażenie bardziej nośników fabuły niż pełnokrwistych figur. Ale być może to jeszcze się zmieni, bo ten tom wyraźnie dopiero ustawia pionki.
No i właśnie dlatego najuczciwiej będzie powiedzieć tak: Oceanika nie jest komiksem, który zachwyca pełnią fabularnego spełnienia. To nie ten etap. To jest tom, który ma cię złapać za wyobraźnię, uruchomić ciekawość i sprawić, że będziesz chciał natychmiast sięgnąć po ciąg dalszy. Pod tym względem działa znakomicie. Bo nawet jeśli momentami człowiek chciałby już, teraz, natychmiast dostać więcej odpowiedzi, to jednocześnie trudno nie dać się porwać temu przedziwnemu, pływającemu widowisku.
Statek w Oceanice tańczy, śpiewa i świeci, ale wszystko wskazuje na to, że płynie prosto w jakąś formę prawdy, której nikt na pokładzie nie chce zobaczyć. I właśnie to napięcie między karnawałem a grozą, między absurdalnym humorem a poczuciem, że coś tu jest bardzo nie tak, stanowi największą siłę tego albumu.
Jeśli lubicie komiksy, które najpierw oszałamiają formą, a potem powoli zaczynają podgryzać sens rzeczywistości, Mechaniczna ziemia to bardzo mocne otwarcie serii. Nie bez wad, nie bez fabularnych niedosytów, ale z wyobraźnią tak dużą, że naprawdę trudno przejść obok niej obojętnie.


