Książki

RECENZJA: Wola Żmija | Gdzie kończy się porządek, a zaczyna coś znacznie starszego

Są takie kontynuacje, które po prostu „są”, bo pierwsza część się przyjęła. I są takie, które faktycznie coś rozwijają, pogłębiają, dokładają nowe warstwy. Wola Żmija zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To nie jest powrót do znanego świata na zasadzie powtórki z rozrywki, tylko krok dalej, w stronę czegoś bardziej gęstego, bardziej niepokojącego i wyraźnie dojrzalszego. 

Punktem wyjścia znów jest brak. Zniknięcie Żmija nie tylko burzy porządek, ale zostawia po sobie pustkę, która zaczyna się rozlewać na wszystko wokół. Jego synowie próbują ogarnąć rzeczywistość, ale szybko okazuje się, że problem nie polega wyłącznie na tym, że ktoś zniknął. Coś w świecie zaczyna się przesuwać, jakby zasady przestały działać tak, jak powinny.

Świetnie widać to w Piotrkowie, który staje się główną sceną wydarzeń. To miejsce ma w sobie coś niepokojącego już od pierwszych stron. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale jednocześnie nic nie do końca pasuje. Ludzie zachowują się dziwnie, wydarzenia mają w sobie jakiś fałsz, a nad całością unosi się ciężka, wilgotna atmosfera. Nawet diabeł, którego pojmano na rynku, nie daje poczucia zagrożenia, raczej wrażenie, że to tylko fragment czegoś większego.

I właśnie klimat robi tu największą robotę. To nie jest słowiańskość wrzucona jako ozdoba czy modny dodatek. Czuć ziemię, błoto, zapach wilgoci, coś starego i nie do końca oswojonego. Magia nie jest efektowna ani „ładna”, tylko raczej niepokojąca i momentami niewygodna. Bardziej przypomina coś, co istnieje obok ludzi, niż coś, co można kontrolować.

Sama historia też wyraźnie się rozrasta. Jest więcej wątków, więcej tajemnic, więcej momentów, w których nie do końca wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. I to działa na plus, bo książka nie stoi w miejscu. Czuć, że autorka ma pomysł na rozwój tego świata i nie boi się go komplikować.

Bohaterowie również dostają więcej przestrzeni. Wojmir zaczyna być kimś więcej niż tylko osobą reagującą na wydarzenia, widać u niego większą odpowiedzialność i ciężar decyzji. Żywia zyskuje trochę więcej ludzkiego wymiaru, Stefa rozwija się emocjonalnie, a Radzanowa wprowadza sporo energii i często rozbija napięcie w dobrym momencie. Ich relacje są naturalne, momentami chaotyczne, ale dzięki temu wiarygodne.

Fajnie wypada też balans między mrokiem a lżejszymi momentami. Humor się pojawia, ale nie rozwala klimatu, tylko daje chwilę oddechu. Dzięki temu książka nie przytłacza, nawet jeśli tematami zahacza o rzeczy cięższe.

Nie wszystko jest jednak idealne. Przy większej liczbie wątków zdarzają się momenty, w których główny cel trochę się rozmywa i bohaterowie bardziej reagują na kolejne wydarzenia niż faktycznie pchają historię do przodu. Dla jednych to będzie zaleta, bo świat wydaje się żywy, dla innych może być lekkim problemem z tempem.

Najciekawsze jest jednak to, jak ta książka bawi się granicami. Między światem żywych i umarłych, między wiarą a dawnymi wierzeniami, między tym, co znane i tym, co wymyka się logice. Te granice cały czas się przesuwają i to właśnie wtedy historia działa najmocniej.

Wola Żmija to kontynuacja, która naprawdę rozwija skrzydła. Jest bardziej pewna siebie, bardziej mroczna i zwyczajnie ciekawsza niż pierwszy tom. Nie próbuje być dla wszystkich i dobrze na tym wychodzi. Jeśli ktoś lubi słowiańskie klimaty, ale bez plastikowej otoczki, tylko z czymś cięższym i bardziej „ziemistym”, to tutaj znajdzie dokładnie to, czego szuka.

Dorota "Dosia" Ciołek

Miłośniczka mangi, komiksów i książek, która z równym zapałem analizuje fabularne zawiłości, co spontanicznie angażuje się w cosplayowe przygody. Zawsze gotowa na literacką podróż, niezależnie od tego, czy prowadzi przez strony powieści, kadry komiksu czy mangi.