Książki

RECENZJA: Blackwater. Powódź oraz Blackwater. Groble | Rzeka pamięta wszystko

W Perdido woda nie jest żywiołem, który po prostu przychodzi i odchodzi. Jest pamięcią miasta, jego oddechem, jego ukrytą wolą. Przelewa się przez ulice, wdziera do domów, zabiera to, co kruche, a potem zostawia po sobie coś znacznie bardziej niepokojącego niż muł i zniszczone meble. Zostawia Elinor Dammert. I od tej chwili nic w rodzinie Caskeyów ani w całym miasteczku nie może już wrócić do dawnego porządku.

Blackwater. Powódź zaczyna się jak opowieść katastroficzna, ale bardzo szybko okazuje się, że Michael McDowell nie jest zainteresowany samą katastrofą. Powódź jest tu początkiem mitu, momentem narodzin nowej siły w świecie, który do tej pory wydawał się zastygły w hierarchiach, przyzwyczajeniach i rodzinnych rytuałach. Perdido w Alabamie to miejsce, gdzie wszyscy wiedzą, kto ma pieniądze, kto ma nazwisko, kto ma głos i kto powinien milczeć. A potem pojawia się kobieta z rzeki i cały ten porządek zaczyna powoli gnić od środka.

Elinor Dammert zostaje odnaleziona w zalanym hotelu Osceola, jakby czekała tam na kogoś, kto ją wyprowadzi z wody prosto do życia mieszkańców. Jest piękna, opanowana, wykształcona i dziwnie spokojna. Nie tłumaczy się zbyt wiele, ale mówi wystarczająco, by ludzie chcieli jej wierzyć. Oscar Caskey ulega jej niemal natychmiast, a wraz z nim czytelnik zaczyna rozumieć, że Elinor nie musi krzyczeć, grozić ani uwodzić w oczywisty sposób. Jej siła polega na cierpliwości. To postać, która nie wchodzi do rodziny Caskeyów jak intruz. Ona wpływa do niej jak rzeka.

Największym zderzeniem pierwszego tomu nie jest więc pojedynek człowieka z potworem, lecz konflikt dwóch kobiet. Mary Love Caskey, matka Oscara i nieformalna władczyni rodzinnego świata, od razu wyczuwa w Elinor zagrożenie. To znakomity układ sił. Z jednej strony matriarchini zakorzeniona w tradycji, kontroli i społecznej pozycji. Z drugiej przybyszka, która nie ma przeszłości, ale zdaje się mieć dostęp do czegoś starszego niż wszystkie rodowe przywileje. Ich cicha wojna jest ciekawsza niż niejeden krwawy pojedynek w klasycznym horrorze.

Właśnie dlatego osoby oczekujące horroru rozumianego jako ciąg mocnych scen mogą poczuć się zaskoczone. Powódź nie straszy wprost. Nie wyskakuje zza rogu. Nie buduje napięcia seriami makabrycznych obrazów. McDowell wybiera inną metodę. Rozsadza codzienność drobnym niepokojem. Pozwala, by czytelnik przyzwyczaił się do salonów, obiadów, rozmów rodzinnych i miejskich zależności, a potem przypomina, że pod spodem płynie coś zimnego. To bardziej saga obyczajowa z żyłą grozy niż klasyczny horror, ale ta żyła jest ciemna i pulsująca.

Drugi tom, Blackwater. Groble, jeszcze mocniej przesuwa akcent w stronę rodzinnej i społecznej panoramy. Miasto próbuje zabezpieczyć się przed kolejną powodzią, więc pojawia się pomysł budowy grobli. Dla mieszkańców Perdido to rozsądna inwestycja, sposób na ochronę domów, tartaków i pieniędzy. Dla Elinor to niemal zamach na naturalny porządek. Rzeka nie jest dla niej problemem do ujarzmienia. Jest czymś bliskim, żywym, koniecznym. I właśnie tutaj McDowell bardzo dobrze pokazuje, że konflikt w tej sadze nie przebiega jedynie między ludźmi. To także spór między ludzką potrzebą kontroli a siłą, której kontrolować się nie da.

Groble są tomem spokojniejszym, bardziej obyczajowym, ale nie mniej ważnym. Autor rozbudowuje relacje, pokazuje kolejne napięcia, wprowadza nowe postaci i pozwala czytelnikowi głębiej wejść w życie Perdido. Coraz lepiej widać, że Caskeyowie są rodziną nie tylko bogatą, ale też uwięzioną w systemie zależności. Każdy gest, każdy ślub, każda decyzja finansowa i każda rozmowa przy stole mają znaczenie. To świat, w którym mężczyźni formalnie pracują i zarządzają interesami, ale prawdziwa władza bardzo często należy do kobiet. McDowell pisze sagę rodzinną, w której matriarchat ma pazury.

Najciekawsze jest to, jak naturalnie autor splata grozę z codziennością. Elinor może być troskliwa, rozsądna, niemal godna podziwu, a jednocześnie pozostaje kimś, komu nie sposób w pełni zaufać. Jej więź z wodą jest jednocześnie metaforyczna i dosłowna. Rzeka staje się przedłużeniem jej obecności, a każda próba jej poskromienia wygląda jak osobista zniewaga. W tej serii natura nie jest tłem. Natura obserwuje, czeka i upomina się o swoje.

Trzeba jednak powiedzieć jasno, że tempo tych dwóch tomów jest niespieszne. Bardzo niespieszne. McDowell nie prowadzi fabuły jak thrilleru. Raczej snuje historię, jakby opowiadał ją komuś na werandzie w upalny wieczór, kiedy powietrze stoi nieruchomo, a z oddali słychać wodę. Dla jednych będzie to największa zaleta. Dla innych przeszkoda. Jeśli ktoś chce grozy intensywnej, dynamicznej i natychmiastowej, może poczuć niedosyt. Ale jeśli lubi mrok wrośnięty w obyczaj, rodzinne napięcia i atmosferę, która powoli osiada na skórze, Blackwater potrafi zahipnotyzować.

Warto też docenić, jak mocno działa tu sceneria amerykańskiego Południa. Alabama początku dwudziestego wieku zostaje pokazana bez nachalnego egzotyzowania, ale z wyczuciem społecznych hierarchii, rasowych podziałów, lokalnych układów i ekonomicznej zależności. To świat piękny i duszny, pełen elegancji, plotek, uprzejmości i przemocy ukrytej pod obyczajem. Perdido jest małe, ale McDowell sprawia, że wydaje się całym światem.

Pierwsze dwa tomy są więc przede wszystkim wprowadzeniem. Ustawiają figury na planszy, pokazują siłę Elinor, budują konflikt z Mary Love i uczą czytelnika rytmu tej sagi. Horror pojawia się rzadko, ale kiedy już wychyla głowę spod tafli wody, robi to z odpowiednią siłą. Nie chodzi tu o ilość grozy, tylko o jej pochodzenie. Ona nie przychodzi z zewnątrz. Ona była tu zawsze, tylko czekała, aż rzeka opadnie.

Ogromne znaczenie ma też samo wydanie. Niewielki format, ilustracje, stylizowana oprawa i edytorska elegancja sprawiają, że Blackwater działa jak seria przedmiotów znalezionych w starej biblioteczce, trochę zakurzonych, trochę przeklętych, bardzo kuszących. To jeden z tych przypadków, gdy forma wspiera treść. Książki są piękne, poręczne i aż proszą się o czytanie tom po tomie, powoli, bez pośpiechu, jakby cała saga naprawdę była rzeką.

Powódź i Groble nie są jeszcze pełnym uderzeniem. To raczej zanurzenie dłoni w ciemnej wodzie. Czytelnik czuje chłód, ale nie wie jeszcze, co poruszyło się pod powierzchnią. McDowell nie spieszy się z odpowiedziami, bo wie, że najciekawsze tajemnice rodzinne nie wybuchają od razu. One puchną latami.

I właśnie dlatego chce się płynąć dalej. Bo choć grozy jest tu mniej, niż sugeruje hasło o arcydziele horroru, atmosfera robi swoje. Caskeyowie zaczynają obchodzić czytelnika, Elinor fascynuje i niepokoi, Mary Love budzi respekt, a rzeka Blackwater zdaje się szeptać, że to dopiero początek. To saga dla tych, którzy lubią, gdy strach nie stoi w progu z nożem, tylko siedzi przy rodzinnym stole, uśmiecha się uprzejmie i czeka, aż ktoś poda herbatę.

Miautopsja

Sekcja literatury (i nie tylko). Prowadzi kot. Z rękawiczkami, ale bez znieczulenia. Analiza i sekcja: czy literatura, komiks, manga, mają serce? I czy nie przestało bić?