Komiksy

RECENZJA: Na jedno pub | Ostatni stolik po lewej

Są takie miejsca, które z zewnątrz wyglądają jak speluny do zamknięcia przez sanepid, ale dla swoich bywalców są ważniejsze niż własne mieszkanie. Na Jedno Pub właśnie o takim miejscu opowiada. O knajpie, w której lepi się od rozlanego piwa, ludzie mają więcej problemów niż pieniędzy, a każda rozmowa zaczyna się od „tylko na chwilę”, żeby kilka godzin później skończyć się kosmitami, trupami albo kompletnie idiotycznym planem ratowania biznesu.

KRL i Śledziu stworzyli komiks, który wygląda jak impreza wymykająca się spod kontroli już po pierwszych stronach. Początkowo wszystko wydaje się prostą historią o grupie stałych bywalców i ich ukochanej knajpie, ale bardzo szybko całość skręca w stronę totalnego chaosu. Pojawiają się gangsterskie porachunki, absurdalne akcje ratunkowe, kosmici, trupy, szemrane interesy i pomysły tak idiotyczne, że aż trudno uwierzyć, że ktokolwiek uznał je za dobre. A jednak ten świat działa. Ma własną logikę, własny rytm i własny pubowy kodeks honorowy.

Największą siłą albumu jest jego autentyczność. Nawet jeśli wszystko wokół ociera się o groteskę, bardzo łatwo uwierzyć, że podobne miejsca naprawdę istnieją. Każdy zna przecież taki lokal. Trochę obskurny, trochę śmierdzący, pełen dziwaków i ludzi, którzy od lat siedzą na tych samych stołkach. Tyle że właśnie tam najlepiej się rozmawia, najlepiej śmieje i najłatwiej zapomina o codzienności. Na Jedno Pub świetnie oddaje ten specyficzny klimat swojskości, która rodzi się między ludźmi regularnie spotykającymi się przy barze.

Galeria bohaterów to czyste złoto. Irys, właścicielka lokalu, próbuje utrzymać ten cały tonący okręt na powierzchni, podczas gdy jej stali bywalcy nieustannie komplikują sytuację jeszcze bardziej. Jest tu biedny Radek, wiecznie zagubiony Kamil, Wong, Dziobak i cała reszta pubowej menażerii. To bohaterowie mocno przerysowani, ale jednocześnie dziwnie prawdziwi. KRL bardzo dobrze wyczuwa ludzi żyjących trochę obok normalnego świata. Takich, którzy niekoniecznie odnaleźli się w dorosłości, ale stworzyli własną małą społeczność i trzymają się jej kurczowo.

Ogromną robotę robi warstwa wizualna. Śledziu dosłownie rozsadza kadry energią. Kreska jest agresywna, dynamiczna i momentami wręcz kreskówkowo szalona. Mimika bohaterów, przesadzone reakcje, chaos rozlewający się po planszach, wszystko to idealnie współgra z humorem historii. Komiks wygląda chwilami jak pijacka wersja starego Cartoon Network zmieszana z estetyką polskiego undergroundu komiksowego początku lat dwutysięcznych. I jest w tym masa uroku.

Co ważne, humor nie opiera się wyłącznie na prostych gagach o chlaniu. Jasne, jest tu sporo przaśności, grubych żartów i momentów kompletnie odklejonych od rzeczywistości, ale pod tym wszystkim kryje się coś więcej. To opowieść o ludziach próbujących zatrzymać miejsce, które daje im poczucie przynależności. O świecie wypieranym przez nowoczesność, sterylność i bezduszną konkurencję. Autorzy bardzo zręcznie mieszają absurd z melancholią. Najpierw śmieszą kompletnie idiotycznym pomysłem ratowania pubu, a chwilę później przypominają, że dla bohaterów stawka jest naprawdę wysoka.

Czuć też, że album wyrasta z ducha dawnego „Produktu” i całej tej bezczelnej, niepokornej sceny polskiego komiksu, która nie bała się przesady, chaosu i brudu. Na Jedno Pub jest trochę nostalgicznym powrotem do tamtej energii, ale nie zamienia się przy tym w odcinanie kuponów od przeszłości. To raczej szczery, bardzo żywy komiks o ludziach, którzy może nie mają wiele, ale za to mają swoje miejsce przy barze.

I chyba właśnie dlatego ten album działa tak dobrze. Bo pod całą warstwą pubowego wariactwa kryje się zwyczajnie bardzo ciepła historia o potrzebie bycia częścią czegoś własnego. Nawet jeśli tym „czymś” jest knajpa, w której regularnie dzieją się rzeczy absolutnie nielegalne i kompletnie idiotyczne.

Aiden z Tego Świata

Uwielbiam podróże. Z książką, z komiksem, z mangą.
Na łonie natury najlepiej się odbiera. Dodam, że filmem i grą też nie gardzę.
I też da się je użytkować w dziczy!