Książki

RECENZJA: Lot Ikara | Eddie Munson, zanim spadł

Nie każdy upadek zaczyna się od lotu. Czasem najpierw jest Hawkins, szkolny korytarz, spojrzenia ludzi, którzy dawno wydali na ciebie wyrok, i nazwisko, które ciągnie się za tobą jak policyjna kartoteka. Eddie Munson w Locie Ikara nie jest jeszcze męczennikiem czwartego sezonu Stranger Things, nie jest ikoną z gitarą na tle apokalipsy, nie jest legendą Hellfire Club. Jest chłopakiem, który za wszelką cenę chce wyrwać się z miasta traktującego go jak problem do usunięcia. 

Caitlin Schneiderhan pisze prequel kameralny, bez Drugiej Strony, bez potworów i bez wielkiej mitologii serialu. I to akurat działa. Lot Ikara najlepiej wypada wtedy, gdy nie udaje dodatkowego odcinka Netfliksa, tylko opowieść o outsiderze, który próbuje uwierzyć, że jeszcze może zmienić własne życie. Eddie pracuje, gra w Trupiej Trumnie, prowadzi sesje Dungeons & Dragons, powtarza klasę i żyje z łatką lokalnego dziwaka. W Hawkins wszystko jest przeciwko niemu: szkoła, policja, plotki, rodzinna historia i ta okrutna małomiasteczkowa pewność, że jeśli ktoś wygląda inaczej, słucha innej muzyki i nie pasuje do obrazka, to na pewno jest winny.

Największą siłą książki jest sam Eddie. Schneiderhan dobrze łapie jego ton: zgrywę, teatralność, cięty język, ale też wstyd, zmęczenie i potrzebę bycia kimś więcej niż chłopakiem od straszenia porządnych obywateli. To nie jest historia o narodzinach bohatera, tylko o człowieku, który bardzo chciałby przestać przegrywać. I właśnie dlatego czyta się ją z pewnym ciężarem w gardle. Znając serialowy finał Eddiego, trudno traktować jego marzenia o Los Angeles, muzyce i ucieczce z Hawkins jak zwykłą młodzieżową fantazję. Każda iskra nadziei jest tu podszyta świadomością, że przyszłość już zaciska pięść.

Sama intryga jest prosta. Eddie poznaje Paige, dziewczynę z muzycznego świata, która może dać Trupiej Trumnie szansę na coś większego. Potrzebne jest demo, potrzebne są pieniądze, a wtedy na scenę wraca ojciec Eddiego z propozycją pachnącą kłopotami. Ten układ nie jest szczególnie odkrywczy, ale spełnia swoją funkcję. Stawia Munsona między marzeniem a moralnym kompromisem, między tym, kim chce być, a tym, kim wszyscy od dawna go nazywają.

Słabiej wypadają postacie drugoplanowe. Wayne ma ciężar i ciepło, ojciec Eddiego wnosi potrzebny cień, ale Paige jest bardziej fabularnym zapalnikiem niż pełnokrwistą bohaterką. Wątek romantyczny działa połowicznie, chwilami zbyt wygodnie i zbyt szybko, jakby książka potrzebowała impulsu do akcji, ale nie zawsze wiedziała, co zrobić z emocjonalnymi konsekwencjami. Zakończenie również może zostawić niedosyt, bo momentami za bardzo czuć, że całość musi doprowadzić Eddiego dokładnie tam, gdzie zastaniemy go w serialu.

Mimo tego Lot Ikara broni się atmosferą i sercem. To powieść lekka w czytaniu, ale podszyta smutkiem. Nie rozwala uniwersum Stranger Things, nie dopisuje wielkich sekretów, nie próbuje na siłę wyjaśniać wszystkiego. Zamiast tego daje fanom chwilę więcej z bohaterem, którego los bolał bardziej, niż powinien boleć los postaci wprowadzonej tak późno.

Najlepiej czytać tę książkę jako opowieść o chłopaku, który miał talent, hałas w głowie, dobre serce i fatalne warunki startu. O kimś, kto chciał wzlecieć, choć wszyscy wokół podcinali mu skrzydła jeszcze przed startem.

Lot Ikara nie jest najmocniejszą książką ze świata Stranger Things, ale ma coś, czego nie da się łatwo podrobić: Eddiego Munsona. A czasem to wystarczy, żeby zostać do ostatniej strony.

Nataniel Ferenc

Mogę powiedzieć, że gram, czytam, oglądam - jeszcze nie śpiewam. Ale pracuję nad tym.