Książki

RECENZJA: Blackwater. Dom oraz Blackwater. Wojna | Dziedzictwo, które wypływa z głębin

W połowie sagi Blackwater rzeka przestaje być tylko tajemnicą, a zaczyna przypominać cierpliwego świadka rodzinnych zbrodni, przemilczeń i układów. Michael McDowell prowadzi tę historię tak, jakby opowiadał o zwyczajnej rodzinie z południowego miasteczka, ale wystarczy jedna scena, jeden pokój, jedno spojrzenie Elinor, by przypomnieć sobie, że pod powierzchnią tej obyczajowej opowieści coś od dawna oddycha w ciemnej wodzie.

Dom jest zdecydowanie jednym z najważniejszych punktów całej sagi. To tutaj konflikt Elinor i Mary Love osiąga najostrzejszy kształt. Ich relacja od początku była czymś więcej niż niechęcią teściowej do synowej. To była walka o władzę, o dom, o dzieci, o nazwisko i o to, kto będzie naprawdę decydował o przyszłości Caskeyów. Mary Love, przyzwyczajona do bezwzględnej kontroli, nie potrafi zaakceptować kobiety, której nie da się zastraszyć ani podporządkować. Elinor natomiast nie musi podnosić głosu, by wygrać. Jej siła polega na tym, że potrafi czekać dłużej niż inni.

Tytułowy dom jest tu znacznie ważniejszy niż zwykła przestrzeń rodzinna. To miejsce pozornie bezpieczne, eleganckie, stworzone jako dowód społecznej pozycji, a jednocześnie przesiąknięte napięciem. McDowell świetnie rozumie gotycką zasadę, że dom nigdy nie jest tylko domem. Może być klatką, grobem, polem bitwy i organizmem pamiętającym wszystko, czego jego mieszkańcy woleliby nie wypowiadać na głos. W trzecim tomie groza wreszcie mocniej wychodzi z tła i zaczyna pełzać po ścianach.

Dużą zmianą jest też przesunięcie uwagi na młodsze pokolenie. Frances, córka Elinor i Oscara, staje się jedną z najbardziej fascynujących postaci tej części. Delikatniejsza, bardziej wycofana, a przy tym coraz mocniej związana z tajemnicą matki, wprowadza do sagi nowy rodzaj wrażliwości. Obok niej pojawia się Miriam, wychowywana pod wpływem Mary Love, chłodna, wyniosła i boleśnie podobna do kobiety, która próbowała ukształtować ją na własny obraz. Dziewczynki nieświadomie dziedziczą nie tylko majątek Caskeyów, ale też ich konflikty. 

Dom działa szczególnie dobrze, bo jest tomem przełomu. Wcześniejsze części budowały atmosferę, przedstawiały Perdido, ród Caskeyów i osobliwą pozycję Elinor. Tutaj napięcie wreszcie znajduje ujście. Nie jest to jeszcze horror gwałtowny, ale już wyraźnie bardziej drapieżny. McDowell nadal najchętniej pisze o obiadach, wizytach, rodzinnych decyzjach i społecznych rytuałach, lecz pod tą codziennością pojawia się coraz więcej chłodu. Groza w Blackwater nie polega na tym, że coś nagle wyskakuje z ciemności. Polega na tym, że ciemność od dawna siedzi z rodziną przy stole.

Wojna z kolei jest tomem innym, bardziej przejściowym, ale potrzebnym. Po wydarzeniach z Domu układ sił w rodzinie ulega zmianie. Nieobecność Mary Love sprawia, że saga traci jedną z najpotężniejszych osi konfliktu, a jednocześnie zyskuje miejsce na nowe relacje. Młodsze pokolenie wchodzi na pierwszy plan, Frances i Miriam zaczynają istnieć nie tylko jako córki i wnuczki, lecz jako osoby, które będą musiały same zdecydować, co zrobią z odziedziczonym światem.

Tło historyczne, czyli nadciągająca druga wojna światowa, działa tu bardziej jako cień niż główny temat. Perdido nie staje się nagle powieścią wojenną. Wojna dociera do miasteczka przez ekonomię, nowych przybyszów, wojskowych, niepokój i zmiany w układzie społecznym. Można mieć poczucie, że tytuł obiecuje więcej, niż fabuła ostatecznie pokazuje, bo prawdziwe bitwy nadal rozgrywają się w domach, sypialniach, salonach i przy rzece. U McDowella wojna światowa jest ważna, ale wojna rodzinna pozostaje ważniejsza.

Najciekawiej wypadają sceny związane z Frances i Elinor. Ich relacja nabiera większego znaczenia, bo córka zaczyna przeczuwać, że matka nie jest tylko niezwykłą kobietą o silnej woli. Jest kimś lub czymś znacznie bardziej pierwotnym. Te fragmenty mają w sobie subtelny niepokój, bo McDowell nie odsłania tajemnicy Elinor jednym ruchem. Pozwala jej wypływać powoli, jak coś spod powierzchni mętnej wody. Frances staje się pomostem między światem Caskeyów a tym, co w rodzinie nigdy nie było do końca ludzkie.

W Wojnie grozy nadal nie ma tyle, ile mogliby oczekiwać czytelnicy zwabieni hasłem o arcydziele horroru. To trzeba powiedzieć uczciwie. Saga pozostaje przede wszystkim opowieścią obyczajową z nadnaturalnym cieniem. Ale kiedy Elinor pozwala swojej naturze dojść do głosu, McDowell potrafi być bezlitosny. Nie epatuje makabrą, raczej pokazuje, że potworność może iść w parze z troską, opiekuńczością i bardzo praktycznym rozwiązywaniem problemów. Elinor przeraża właśnie dlatego, że często trudno nie przyznać jej racji.

Czwarty tom może sprawiać wrażenie spokojniejszego po intensywności Domu. Brakuje w nim tej ostrej energii pojedynku Elinor i Mary Love, przez co momentami historia traci część dawnego napięcia. Przemiany niektórych postaci, zwłaszcza Miriam, mogą wydawać się zbyt szybkie lub nie w pełni przekonujące. A jednak Wojna ma własną wartość. Pokazuje, że saga naprawdę obejmuje pokolenia, że czas w Perdido płynie, a dawne konflikty nie znikają, tylko zmieniają nosicieli.

Największą siłą obu tomów pozostaje atmosfera. Duszne Południe, rodzinne domy, tartaki, rzeki, społeczne rytuały i pieniądze, które nieustannie decydują o tym, kto może mówić głośniej. McDowell pisze w sposób gawędziarski, ale nie leniwy. Potrafi przeskakiwać przez lata, a mimo to zostawić poczucie ciągłości. Czytelnik ma wrażenie, że zna tych ludzi, że siedział już w ich salonach, słuchał ich uprzejmych rozmów i widział, co naprawdę kryło się pod ich uśmiechami.

Dom jest mocniejszy, bardziej gęsty i bardziej satysfakcjonujący jako punkt kulminacyjny rodzinnej wojny. Wojna jest spokojniejsza, chwilami bardziej przygotowawcza, ale ważna dla rozwoju młodszego pokolenia i dla coraz wyraźniejszego odsłaniania tajemnicy Elinor. Razem tworzą środkową część sagi, w której Blackwater z rodzinnej kroniki zaczyna coraz mocniej przechodzić w opowieść o dziedziczeniu potworności.

To nadal nie jest horror dla tych, którzy szukają ciągłego strachu. To horror dla tych, którzy rozumieją, że najgorsze rzeczy często dzieją się powoli, w rodzinie, przy pełnej zastawie i z zachowaniem wszystkich pozorów przyzwoitości. I właśnie dlatego ta saga wciąga tak skutecznie. Nie jak gwałtowny nurt, lecz jak bagno, które najpierw pozwala postawić krok, a potem nie chce już puścić.

Miautopsja

Sekcja literatury (i nie tylko). Prowadzi kot. Z rękawiczkami, ale bez znieczulenia. Analiza i sekcja: czy literatura, komiks, manga, mają serce? I czy nie przestało bić?