Kęs Historii Książki

RECENZJA: Kartagina. Nowa historia starożytnego imperium | Historia napisana przez zwycięzców

Problem z Kartaginą polega na tym, że większość ludzi zna ją wyłącznie jako przeciwnika Rzymu. Miasto Hannibala, słoni bojowych i spektakularnej klęski. Cywilizacja, która w szkolnej narracji istnieje głównie po to, żeby ostatecznie przegrać. Rzym ma swoich bohaterów, swoje mity i własną wielką opowieść o budowaniu imperium. Kartagina przez wieki funkcjonowała raczej jako czarny charakter tej historii. Bogate, podejrzane mocarstwo kupców, które trzeba było zniszczyć. I właśnie od tego punktu wychodzi Eve MacDonald. Z prostego, ale bardzo ważnego pytania: co właściwie wiemy o Kartaginie poza tym, co napisali jej wrogowie? 

To pytanie okazuje się dużo ciekawsze, niż może się wydawać. Bo kiedy zaczyna się rozmontowywać rzymską narrację, nagle okazuje się, że spod znanej historii wyłania się zupełnie inny świat. Kartagina. Nowa historia starożytnego imperium nie próbuje robić taniej rewizji dziejów ani odwracać ról na zasadzie „Rzym był zły, Kartagina dobra”. MacDonald robi coś znacznie rozsądniejszego i przez to ciekawszego. Próbuje odzyskać dla Kartaginy podmiotowość. Pokazać ją nie jako dodatek do historii Rzymu, ale jako pełnoprawne centrum śródziemnomorskiego świata.

Największa siła tej książki leży właśnie w tym przesunięciu perspektywy. Nagle wojny punickie przestają być wyłącznie opowieścią o rzymskim bohaterstwie. Stają się starciem dwóch gigantycznych organizmów politycznych, dwóch modeli ekspansji i dwóch wizji dominacji nad Morzem Śródziemnym. MacDonald bardzo dobrze pokazuje, że Kartagina przez stulecia była potęgą nie dlatego, że miała szczęście, ale dlatego, że stworzyła niezwykle sprawny system handlu, administracji i wpływów politycznych. Bez Kartaginy nie byłoby Rzymu w formie, którą znamy. I ta książka przekonująco to udowadnia.

Bardzo dobrze wypada też sposób, w jaki autorka korzysta z archeologii. To nie jest książka oparta wyłącznie na przepisywaniu starożytnych źródeł z nowym komentarzem. MacDonald stale zestawia rzymskie i greckie relacje z materialnymi śladami pozostawionymi przez samych Kartagińczyków. Monety, porty, grobowce, handel, infrastruktura, analiza DNA czy badania archeologiczne nagle zaczynają mówić rzeczy, których literatura antyczna nie chciała albo nie potrafiła powiedzieć. Szczególnie interesujące są momenty, kiedy autorka pokazuje, jak bardzo propaganda zwycięzców wpłynęła na nasze wyobrażenie Kartaginy.

Dobrym przykładem jest kwestia religii i słynnego tophetu, czyli miejsca z urnami zawierającymi szczątki dzieci. Rzymianie chętnie przedstawiali Kartagińczyków jako barbarzyńców składających ofiary z niemowląt. MacDonald podchodzi do tego znacznie ostrożniej. Nie próbuje wybielać Kartaginy, ale też nie przyjmuje bezrefleksyjnie rzymskich oskarżeń. I właśnie ta ostrożność działa na korzyść książki. Autorka bardzo często uczciwie przyznaje: „tego po prostu nie wiemy”. W książkach historycznych to wbrew pozorom ogromna zaleta.

Jednocześnie nie jest to publikacja pozbawiona wad. Paradoksalnie największy problem pojawia się tam, gdzie książka jest najbardziej ambitna. MacDonald chce opowiedzieć historię całej cywilizacji na przestrzeni kilku stuleci, więc momentami narracja zaczyna pędzić trochę za szybko. Szczególnie wojny punickie, które dla wielu czytelników będą zapewne głównym punktem zainteresowania, bywają przedstawione bardziej skrótowo, niż można by oczekiwać. Autorka wyraźnie bardziej fascynuje się samą Kartaginą jako organizmem kulturowym i politycznym niż militarną kroniką konfliktów z Rzymem.

Czasami brakuje też głębszego wejścia w codzienne życie Kartagińczyków. Jak wyglądała ich kultura? Jak funkcjonowały rodziny? Jak wyglądała religijność poza oficjalnymi rytuałami? Jak wyglądało zwykłe życie mieszkańców miasta? Archeologia pojawia się często, ale momentami chciałoby się, żeby autorka jeszcze mocniej wykorzystała jej potencjał do odtwarzania samej tkanki społecznej Kartaginy, a nie tylko politycznej historii państwa.

Mimo tego książkę czyta się naprawdę świetnie. MacDonald pisze bardzo przystępnie i ma talent do tłumaczenia skomplikowanych procesów bez akademickiego zadęcia. To jedna z tych publikacji historycznych, które potrafią jednocześnie edukować i autentycznie wciągać. Szczególnie dobrze wypadają fragmenty pokazujące Kartaginę jako centrum ogromnej sieci zależności handlowych, kulturowych i politycznych. Nagle okazuje się, że historia antyku wygląda zupełnie inaczej, kiedy przestaje się patrzeć na nią wyłącznie z perspektywy Rzymu.

I chyba właśnie to zostaje po lekturze najmocniej. Poczucie, że przez setki lat oglądaliśmy Kartaginę głównie oczami jej niszczycieli. Że jedno z największych państw starożytnego świata zostało zredukowane do kilku symboli, stereotypów i roli przegranego przeciwnika w rzymskiej opowieści o własnej wielkości. Eve MacDonald tej narracji nie wywraca całkowicie, bo nie da się cofnąć dwóch tysięcy lat dominacji rzymskich źródeł. Ale bardzo skutecznie pokazuje, jak wiele historii znika razem z tymi, którzy przegrywają wojny.

Maciej Ornitowski

Lubię kino. Tak po prostu.
Kilka innych rzeczy też.