W horrorze bardzo łatwo pomylić obsesję z miłością. Kino robi to od lat. Toksyczne relacje bywają romantyzowane, zazdrość przedstawiana jako dowód uczucia, a emocjonalne uzależnienie jako coś intensywnego i „prawdziwego”. Obsesja Curry’ego Barkera bierze ten cały zestaw romantycznych złudzeń i przepuszcza go przez maszynkę do mięsa. Dosłownie. To film, który zaczyna się jak historia o chłopaku zbyt nieśmiałym, żeby wyznać uczucia swojej przyjaciółce, a kończy jako wyjątkowo nieprzyjemny koszmar o potrzebie kontroli, emocjonalnym zawłaszczeniu i ludziach, którzy mylą pragnienie bycia kochanym z prawem do posiadania drugiej osoby.
Premisa jest bardzo prosta i właśnie dlatego działa tak dobrze. Bear, grany przez Michaela Johnstona, od dawna kocha swoją przyjaciółkę Nikki. Nie potrafi jednak zrobić kroku dalej. W końcu trafia na absurdalnie tanią zabawkę spełniającą życzenia, One Wish Willow, i wypowiada klasyczne życzenie człowieka, który bardziej kocha własną fantazję niż rzeczywistość: chce, żeby Nikki pokochała go bardziej niż kogokolwiek innego na świecie. Problem polega na tym, że życzenie naprawdę się spełnia.

I od tego momentu Barker bardzo świadomie przestaje opowiadać historię romantyczną, a zaczyna filmować emocjonalny horror o utracie autonomii. Nikki nie staje się „idealną dziewczyną”. Staje się kimś uwięzionym we własnym umyśle. Kimś, kto nie potrafi istnieć poza obsesyjną potrzebą bycia przy Bearze. Film jest przy tym bardzo sprytny, bo nie potrzebuje wielkiej mitologii ani dziesiątek wyjaśnień dotyczących działania samej zabawki. One Wish Willow działa, bo działa. I tyle. Barker rozumie coś, czego współczesne kino grozy często nie rozumie kompletnie: nie wszystko wymaga rozpisanej mitologii i trzydziestu scen tłumaczenia zasad świata.
To zresztą jedna z najlepszych rzeczy w Obsesji. Film działa jak współczesna nowela grozy. Bierze jeden pomysł i rozwija go konsekwentnie zamiast rozdmuchiwać uniwersum na siłę. Można oczywiście zacząć zadawać pytania w stylu: skoro taka zabawka istnieje, dlaczego świat nie pogrążył się w chaosie? Dlaczego nie latają smoki, skoro życzenia się spełniają? Ale Barker bardzo słusznie ignoruje ten typ myślenia. To nie jest fantasy o systemie magicznym. To horror o emocjonalnej katastrofie. Widz naturalnie zawiesza niewiarę, bo film skupia się dokładnie tam, gdzie powinien.
Największą siłą filmu okazuje się jednak duet Michael Johnston i Inde Navarrette. I serio, dawno nie widziałem tak dobrego młodego aktorstwa w horrorze. Oni tutaj grają twarzami, spojrzeniami, mikroreakcjami, napięciem ciała. Johnston świetnie buduje Beara jako chłopaka, którego łatwo jednocześnie rozumieć i oceniać. To nie jest klasyczny sympatyczny nerd z komedii romantycznej. Bear bywa żałosny, bierny, sfrustrowany i emocjonalnie egoistyczny. Barker bardzo długo trzyma go w szarej strefie moralnej, dzięki czemu film robi się jeszcze bardziej niewygodny.


Ale prawdziwym objawieniem jest Inde Navarrette. Jej Nikki jest jednocześnie przerażająca i tragiczna. Aktorka wykonuje tutaj fizycznie absurdalnie trudną robotę. Jej ruchy potrafią być nienaturalne, poszarpane, niemal glitchujące, jakby ciało próbowało funkcjonować pod kontrolą czegoś obcego. Są sceny, w których Nikki stoi nieruchomo w ciemności albo patrzy na Beara w kompletnym bezruchu, a napięcie robi się wręcz nieznośne. Barker bardzo umiejętnie wykorzystuje uncanny valley. Człowiek niby nadal widzi Nikki, ale podskórnie czuje, że coś jest potwornie nie tak.
Co ważne, film nie sprowadza Nikki do stereotypowego „szalonego potwora”. I to odróżnia Obsesję od wielu podobnych historii. Nikki jest tu zarówno zagrożeniem, jak i ofiarą. Film bardzo mocno podkreśla, że w chwili wypowiedzenia życzenia Bear de facto odebrał jej możliwość wyboru. To nie jest historia o „toksycznej dziewczynie”. To historia o przemocy ukrytej pod romantyczną fantazją. O potrzebie bycia kochanym tak mocno, że druga osoba przestaje być człowiekiem, a staje się projekcją własnych braków.

Barker świetnie rozumie też tempo budowania grozy. Obsesja przez sporą część czasu nie bazuje na ciągłych jumpscare’ach ani hektolitrach krwi. Horror rodzi się z napięcia, z ciszy, z poczucia emocjonalnego duszenia się we własnym związku. A kiedy film już zaczyna skręcać w brutalniejsze rejony, robi to bez zahamowań. Gore pojawia się nagle i potrafi naprawdę uderzyć. Najlepsze jest jednak to, że przemoc nigdy nie wydaje się przypadkowa. Ona wynika z emocjonalnego rozpadu bohaterów.
Bardzo dobrze działa też warstwa wizualna. Film ma lekko analogowy klimat, momentami wręcz przypominający kino grozy z przełomu lat 90. i 2000., ale bez taniego retrofetyszu. Zdjęcia nocne, gra cieniem, duszne wnętrza i muzyka budują atmosferę ciągłego niepokoju. Barker ma też świetne wyczucie rytmu scen. Wie, kiedy przeciągnąć ciszę o kilka sekund za długo. Wie, kiedy zostawić bohatera samego w kadrze. Wie też, jak wykorzystać dźwięk, żeby widz podświadomie zaczął się spinać jeszcze zanim wydarzy się coś złego.
Najciekawsze jest jednak to, że pod całym tym horrorem siedzi bardzo celny komentarz o samotności, emocjonalnym uzależnieniu i współczesnym romantyzowaniu obsesji. Obsesja jest momentami wręcz brutalnie szczera wobec kultury „nice guyów”, przekonanych, że uczucie samo w sobie daje im prawo do czyjejś wzajemności. Film pokazuje, jak łatwo pragnienie bliskości może zamienić się w potrzebę kontroli. I robi to bez moralizowania czy łopatologicznych monologów.
A najlepsze? Barker ma dopiero 26 lat i już kręci horror z pewnością siebie, której wielu dużo starszych twórców mogłoby mu zazdrościć. Obsesja nie jest perfekcyjna. Dałoby się skrócić kilka scen, momentami czuć też niski budżet i drobne szorstkości produkcyjne. Ale kompletnie mi to nie przeszkadzało, bo film ma coś znacznie ważniejszego: własną osobowość.
I właśnie dlatego to jeden z najmocniejszych horrorów roku. Nie dlatego, że jest najkrwawszy czy najbardziej szokujący. Tylko dlatego, że bierze coś bardzo ludzkiego i bardzo codziennego, a potem pokazuje, jak cienka granica oddziela miłość od emocjonalnego koszmaru.


