Przez prawie siedem lat Gwiezdne Wojny nie pojawiły się na dużym ekranie. W międzyczasie marka rozrosła się o seriale, spin-offy, animacje, własne mikrouniversa i kolejne nostalgiczne odwołania, ale jednocześnie gdzieś po drodze zgubiła poczucie kierunku. Mandalorian i Grogu miał być symbolicznym powrotem do kin. Problem polega na tym, że film Jona Favreau kompletnie nie sprawia wrażenia projektu stworzonego z myślą o kinowym powrocie jednej z największych marek w historii popkultury. To nie jest nowe otwarcie. To nie jest wielkie wydarzenie. To nawet nie jest próba zdefiniowania nowego etapu dla Star Wars. To po prostu kolejny sezon The Mandalorian, tylko sklejony w formę filmu i wrzucony do multipleksów.
I może właśnie dlatego reakcje na ten film będą tak dziwnie letnie. Bo z jednej strony trudno powiedzieć, że to produkcja zła. Ogląda się ją całkiem lekko, momentami nawet przyjemnie. Favreau nadal rozumie rytm tej serialowej przygodówki, potrafi budować dynamiczne sceny akcji i wie, jak bardzo ludzie kochają Grogu. Z drugiej jednak strony trudno uciec od myśli, że jako kinowe widowisko ten film jest zaskakująco mały. Nie skalą efektów specjalnych czy budżetu, tylko ambicją. To film, który od początku do końca gra absurdalnie bezpiecznie.
I chyba nikt nie spodziewał się po nim wielkiej rewolucji. To nie ten typ projektu. Już sam punkt wyjścia sugerował raczej prezent dla fanów serialu niż próbę przyciągnięcia nowej publiczności. Problem polega na tym, że film praktycznie niczego więcej nie oferuje. Jeśli ktoś nie oglądał The Mandalorian, nie ma tu za bardzo czego szukać. A jeśli oglądał, dostanie dokładnie to samo co wcześniej, tylko w większym formacie.
Din Djarin i Grogu wykonują kolejną misję dla Nowej Republiki. Trzeba odnaleźć konkretne osoby, polecieć na kolejne planety, spotkać kolejnych zbirów, wpakować się w następną strzelaninę i ruszyć dalej. Fabuła działa właściwie wyłącznie jako pretekst do kolejnych scen akcji oraz fanserwisowych momentów. Nie ma tu żadnego większego zwrotu emocjonalnego, żadnego przełomu dla bohaterów ani nawet poczucia, że oglądamy historię, która zostawi po sobie trwały ślad w tym uniwersum.
I to chyba najbardziej boli. Bo kiedyś kino Star Wars miało w sobie poczucie wydarzenia. Nawet jeśli poszczególne filmy bywały nierówne, czuć było, że próbują opowiedzieć coś większego. Tymczasem Mandalorian i Grogu bardzo często przypomina serialowy filler z budżetem premium. Taki odcinek środka sezonu, który ogląda się bez bólu, ale po kilku tygodniach trudno przypomnieć sobie większość wydarzeń.

Najlepiej widać to po samej konstrukcji filmu. Historia praktycznie nie ma dramaturgicznego ciężaru. Bohaterowie przechodzą od jednej misji do drugiej bez większego napięcia. Antagoniści są kompletnie nijacy, a konflikt nigdy nie wydaje się szczególnie istotny. Nawet sceny akcji, choć dynamiczne i momentami całkiem efektowne, cierpią przez brak realnej stawki. Beskarowy pancerz Mando stał się już praktycznie fabularnym kodem na nieśmiertelność. Facet może zostać zgnieciony, wybuchnąć razem z połową pomieszczenia albo przelecieć przez ścianę i film nawet przez sekundę nie próbuje udawać, że grozi mu prawdziwe niebezpieczeństwo.
W efekcie całość zaczyna przypominać bardzo ugrzecznionego Johna Wicka w kosmosie. Dużo chodzenia od punktu A do punktu B, dużo sprawnie zrealizowanych walk, ale bardzo mało emocjonalnego ciężaru.
A jednak mimo wszystkich tych problemów film ma jedną rzecz, która nadal działa zaskakująco dobrze: relację Dina i Grogu. To właśnie ona od początku była sercem serialu i nadal pozostaje jego najmocniejszym elementem. Pedro Pascal po raz kolejny wyciąga z tej postaci więcej, niż sugerowałby scenariusz. Nawet schowany pod hełmem potrafi sprzedać zmęczenie, frustrację i rodzicielską troskę samym głosem oraz sposobem poruszania się. Din coraz mniej przypomina chłodnego łowcę nagród, a coraz bardziej kosmicznego ojca, który po prostu próbuje wychować dziecko posiadające nadnaturalne moce i permanentną skłonność do chaosu.
I właśnie w tych spokojniejszych momentach film naprawdę żyje. Środkowa część, gdy Grogu opiekuje się rannym Mando, ma więcej emocjonalnej prawdy niż cała główna intryga razem wzięta. Favreau nagle zwalnia, wycisza narrację i przypomina sobie, że największą siłą tej historii nigdy nie były wybuchy ani imperialne resztki, tylko relacja dwóch bohaterów uczących się funkcjonować razem. Grogu nadal jest chodzącą machiną do generowania reakcji „aww”, ale trzeba oddać twórcom jedno: oni naprawdę wiedzą, jak wykorzystywać tę postać bez całkowitego zamieniania filmu w mem.
Choć momentami są już bardzo blisko tej granicy. Największe rozczarowanie przynosi natomiast warstwa wizualna. I nie chodzi nawet o samą skalę świata, bo planety, statki i część lokacji nadal potrafią wyglądać bardzo dobrze. Problem w tym, że CGI bywa zaskakująco nierówne jak na kinowe Star Wars. Szczególnie cierpią na tym projekty obcych ras. Niektóre postacie wyglądają wręcz dziwnie plastikowo i momentami przypominają bardziej drogie cutscenki z gry niż pełnoprawne widowisko za setki milionów dolarów.
Dlatego paradoksalnie najlepiej wypadają elementy bardziej praktyczne. Grogu nadal wygląda świetnie właśnie dlatego, że pozostaje fizyczną kukłą obecną realnie na planie. Ma ciężar, fakturę, obecność. Obok niego część cyfrowych postaci wypada wręcz nienaturalnie sterylnie.
Na plus można natomiast zaliczyć próbę pokazania czegoś więcej z otoczenia Huttów. I choć trudno mówić jeszcze o pełnoprawnym rozwinięciu ich kultury czy cywilizacji, dobrze w końcu zobaczyć ten fragment galaktyki w trochę szerszym kontekście niż „gruby gangster siedzący na tronie”. Umięśniony Hutt jest jednocześnie absurdalny i zaskakująco odświeżający, bo przynajmniej próbuje przełamać wieloletni schemat związany z tą rasą.

Tylko że takich momentów jest tu zdecydowanie za mało. Największym problemem Mandalorian i Grogu pozostaje poczucie kompletnej kreatywnej stagnacji. Film wygląda tak, jakby Lucasfilm panicznie bało się zrobić cokolwiek, co mogłoby podzielić widzów. Nie ma ryzyka. Nie ma odwagi. Nie ma nawet większej potrzeby rozwijania bohaterów. Jest tylko bardzo bezpieczne „więcej tego samego”.
A przecież właśnie to doprowadziło Gwiezdne Wojny do obecnego miejsca. Do uniwersum, które coraz częściej sprawia wrażenie marki żyjącej głównie własną rozpoznawalnością.
I może dlatego najuczciwiej byłoby powiedzieć tak: jeśli kochacie serial, prawdopodobnie będziecie się tu dobrze bawić. To nadal sympatyczna kosmiczna przygodówka z uroczym Grogu i charyzmatycznym Mando. Ale jeśli ktoś oczekiwał, że pierwszy kinowy Star Wars od siedmiu lat przypomni, dlaczego ta marka kiedyś definiowała blockbusterowe kino przygodowe, to raczej wyjdzie z seansu z poczuciem dziwnej pustki.
Bo Mandalorian i Grogu nie jest katastrofą. To nawet całkiem sprawnie zrobiony produkt. Tylko że od Gwiezdnych Wojen chciałoby się jednak czegoś więcej niż po prostu produktu.


