Większość buntowników w literaturze krzyczy. Wygłaszają płomienne przemowy, rzucają wyzwania systemowi, stają na barykadach albo przynajmniej trzaskają drzwiami. Bartleby robi coś znacznie bardziej niepokojącego. Kiedy świat oczekuje od niego działania, odpowiada jedynie: „Wolałbym nie”.
I właśnie z tego prostego zdania Herman Melville stworzył jedną z najbardziej fascynujących literackich zagadek XIX wieku. José-Luis Munuera, podejmując się adaptacji Kopisty Bartleby’ego, nie próbuje jej rozwiązywać. Wręcz przeciwnie. Jeszcze mocniej podkreśla wszystko to, co w tej historii pozostaje niewygodne, niejednoznaczne i niepokojące.
Na pierwszy rzut oka fabuła wydaje się niezwykle prosta. Wall Street połowy XIX wieku. Kancelaria prawna. Rutyna, dokumenty, kopiowanie akt i monotonia pracy biurowej. Właściciel kancelarii zatrudnia nowego kopistę. Bartleby okazuje się pracownikiem idealnym, sumiennym, cichym, wydajnym, wręcz niewiarygodnie oddanym obowiązkom. Pracuje więcej niż inni, nie narzeka, nie sprawia problemów.
Aż pewnego dnia odmawia wykonania drobnego polecenia. Nie agresywnie. Nie buntowniczo. Nie z gniewem. Po prostu mówi: „Wolałbym nie”. Od tej chwili wszystko zaczyna się rozpadać. Największą siłą tej historii pozostaje fakt, że Bartleby właściwie niczego nie robi. Nie organizuje rewolucji. Nie walczy z pracodawcą. Nie próbuje nikogo przekonać do swoich racji. Jego opór jest bierny, niemal niewidzialny. A jednak okazuje się potężniejszy od otwartego buntu.
To właśnie dlatego opowiadanie Melville’a od ponad półtora wieku nie przestaje prowokować kolejnych interpretacji. Można czytać je jako historię człowieka zmiażdżonego przez kapitalistyczny system. Można widzieć w Bartlebym symbol depresji, alienacji lub wypalenia zawodowego. Można traktować go jako filozoficzny manifest odmowy uczestnictwa w świecie opartym na przymusie produktywności. Można nawet uznać go za figurę absolutnej wolności.
Munuera pozostawia wszystkie te tropy otwarte. I robi to bardzo świadomie. Autor nie próbuje uwspółcześniać historii na siłę ani dopisywać jej nowych znaczeń. Zamiast tego skupia się na atmosferze. Powolnym narastaniu dezorientacji. Na tym szczególnym rodzaju frustracji, który pojawia się wtedy, gdy napotykamy człowieka całkowicie wymykającego się naszym kategoriom myślenia.
Bo prawdziwym bohaterem tej opowieści nie jest wyłącznie Bartleby. Równie ważny pozostaje jego pracodawca. To właśnie on przez większość czasu próbuje zrozumieć sytuację. Szuka wyjaśnień, argumentów, sposobów rozwiązania problemu. Zachowuje się racjonalnie, logicznie, wręcz humanitarnie. A mimo to przegrywa każdą próbę konfrontacji z człowiekiem, który po prostu nie chce uczestniczyć w grze.
W tym sensie Kopista Bartleby okazuje się niezwykle aktualny. Dzisiaj, w epoce kultu produktywności, samorozwoju i nieustannego optymalizowania własnego życia, postawa Bartleby’ego wydaje się niemal rewolucyjna. To człowiek, który nie walczy o sukces. Nie zabiega o awans. Nie próbuje realizować społecznych oczekiwań. Nie chce być bardziej efektywny.
Po prostu woli nie. Ogromne wrażenie robi również warstwa graficzna. Munuera doskonale oddaje atmosferę XIX-wiecznego Nowego Jorku. Jego Wall Street nie przypomina współczesnego centrum finansowego świata, lecz labirynt ciasnych ulic, kancelarii i biur, w których człowiek powoli staje się częścią mechanizmu większego od siebie.
Szczególnie dobrze wypada sam Bartleby. Jest obecny niemal na każdej stronie, a jednocześnie pozostaje nieuchwytny. Munuera bardzo umiejętnie operuje mimiką i spojrzeniami bohatera, dzięki czemu czytelnik przez cały czas próbuje odczytać emocje ukryte pod jego spokojną powierzchnią. I podobnie jak bohaterowie komiksu, nigdy nie może mieć pewności, czy właściwie je rozumie. To nie jest historia oferująca łatwe odpowiedzi. Właściwie nie oferuje ich wcale. Dla części czytelników może to być źródłem frustracji. Zakończenie pozostawia więcej pytań niż wyjaśnień, a wiele interpretacji pozostaje równie prawdopodobnych.
Ale być może właśnie na tym polega siła Bartleby’ego. To jedna z tych opowieści, które nie kończą się wraz z ostatnią stroną. Zamiast zamknięcia dostajemy intelektualny niepokój. Potrzebę szukania własnych odpowiedzi.
I pytanie, które pozostaje aktualne niezależnie od epoki: Co się dzieje ze światem, kiedy człowiek przestaje mówić „tak”, ale nie mówi też „nie”? Bartleby zna odpowiedź. Tylko wolałby jej nie wyjaśniać.



