Superbohaterskie uniwersa mają pewien problem. Prędzej czy później większość z nich zaczyna kręcić się wokół tych samych schematów. Coraz większe zagrożenia, coraz potężniejsi przeciwnicy, coraz bardziej widowiskowe bitwy. Kyle Higgins od początku próbował iść trochę inną drogą. Dlatego właśnie Radiant Black działa tak dobrze. Owszem, są tu kosmiczne moce, gigantyczne roboty i zagrożenie dla całej planety, ale równie ważne pozostają rachunki do zapłacenia, niespełnione ambicje i pytanie, jak pogodzić ratowanie świata z próbą ułożenia sobie własnego życia.
Czwarty tom serii rozwija jeden z najciekawszych pomysłów wprowadzonych wcześniej. Nathan i Marshall nie są już po prostu dwoma bohaterami walczącymi ramię w ramię. Teraz dosłownie dzielą między sobą moc Radianta. Problem w tym, że kosmiczny pancerz nie działa dla obu jednocześnie. Gdy jeden korzysta z mocy, drugi zostaje zwykłym człowiekiem. Na papierze brzmi to jak prosty patent fabularny, ale Higgins bardzo szybko pokazuje, że konsekwencje takiego układu są znacznie bardziej skomplikowane.
Najciekawsze okazuje się to, że konflikt nie wynika z wielkiej zdrady czy dramatycznych wydarzeń. Nathan i Marshall zwyczajnie próbują żyć własnym życiem. Nathan nadal marzy o karierze scenarzysty i pisarza. Próbuje odbudować przyszłość, która praktycznie rozpadła się podczas jego śpiączki. Marshall z kolei coraz mocniej odnajduje się w roli bohatera. Obaj mają swoje racje, swoje marzenia i własne priorytety. Dzięki temu ich relacja pozostaje wiarygodna i autentyczna. To właśnie te bardziej przyziemne elementy od początku stanowią siłę Radiant Black.
Oczywiście nie oznacza to braku widowiska. Na horyzoncie pojawia się nowe kosmiczne zagrożenie, a lądujące na Ziemi gigantyczne maszyny wyraźnie sugerują, że Massive-Verse przygotowuje grunt pod coś znacznie większego. Czwarty tom pełni więc rolę zarówno samodzielnej historii, jak i rozbudowanego wstępu do nadchodzących wydarzeń. Momentami można wręcz odnieść wrażenie, że Higgins świadomie zwalnia tempo, ustawiając pionki przed kolejnym wielkim ruchem.
I właśnie tutaj pojawia się jedna z największych zalet tej serii. Autor nie próbuje przykrywać wszystkiego nieustanną akcją. Walk jest mniej niż można by oczekiwać po klasycznym komiksie superbohaterskim, ale kiedy już się pojawiają, robią odpowiednie wrażenie. Są czytelne, dynamiczne i świetnie rozpisane wizualnie. Nie ma tu chaosu typowego dla wielu współczesnych historii superhero, gdzie po kilku stronach trudno stwierdzić, kto właściwie kogo uderza.
Ogromna w tym zasługa Marcelo Costy. Jego prace od początku były jednym z największych atutów serii i czwarty tom tylko to potwierdza. Kadry pełne energii, świetne operowanie skalą oraz bardzo efektowne przedstawienie mocy Radiantów sprawiają, że komiks zwyczajnie dobrze się ogląda. Szczególnie mocno wypadają sceny związane z kosmiczną technologią oraz gigantycznymi konstrukcjami pojawiającymi się na Ziemi. To ten rodzaj rysunków, który potrafi sprzedać nawet prostą rozmowę bohaterów.
Jednocześnie warto zaznaczyć, że Radiant Black 4 nie jest najlepszym punktem wejścia do serii. Higgins coraz śmielej rozbudowuje Massive-Verse, wprowadzając kolejne postacie i rozwijając wątki z poprzednich tomów oraz spin-offów. Czytelnicy śledzący serię od początku będą zachwyceni, ale osoby wskakujące dopiero teraz mogą momentami poczuć się zagubione.
Najbardziej imponuje jednak fakt, że po czterech tomach seria nadal zachowuje własną tożsamość. Widać inspiracje klasyką gatunku, szczególnie Spider-Manem czy współczesnymi historiami młodych bohaterów, ale Radiant Black nigdy nie sprawia wrażenia kopii Marvela czy DC. Higgins bierze znane elementy i składa je po swojemu. Dzięki temu opowieść pozostaje świeża, nawet jeśli korzysta z dobrze znanych motywów.
Czwarty tom nie jest najbardziej widowiskową odsłoną cyklu, ale może być jedną z najważniejszych. To historia bardziej skupiona na bohaterach niż na eksplozjach, bardziej zainteresowana konsekwencjami niż samym efektem specjalnym.
Jeżeli wcześniejsze tomy przekonały was do Massive-Verse, „Radiant Black 4” tylko utwierdzi was w przekonaniu, że Higgins buduje jedno z najciekawszych współczesnych uniwersów superbohaterskich poza Marvelem i DC. A jeśli jeszcze nie daliście tej serii szansy, naprawdę warto nadrobić zaległości.



