Jonas Crow najlepiej sprawdza się wtedy, gdy western przestaje być tylko opowieścią o rewolwerach, pościgach i trupach, a zaczyna mówić o tym, co społeczność robi z własnym strachem. Siódmy tom Undertakera bardzo dobrze korzysta z tej właściwości serii. Xavier Dorison i Ralph Meyer nie potrzebują tu rozbudowanego pejzażu przygodowego, by zbudować napięcie. Wystarcza zamknięta przestrzeń miasteczka, kilka nierozliczonych emocji, religijna gorączka i bohater, który jak zwykle przybywa tam, gdzie ktoś wkrótce będzie potrzebował trumny.
To album wyraźnie bardziej społeczny niż awanturniczy. Owszem, nadal mamy charakterystyczny dla serii rytm, cięte dialogi, ponury humor i atmosferę świata, w którym przemoc jest codziennym narzędziem rozwiązywania sporów. Tym razem jednak Dorison interesuje się przede wszystkim mechanizmem zbiorowego osądu. Pokazuje, jak szybko moralna pewność może zamienić się w agresję, a religijny język w wygodne usprawiedliwienie przemocy. Najmocniej działa tu nie sama groźba śmierci, lecz moment, w którym ludzie zaczynają wierzyć, że cudze cierpienie jest konieczne, bo stoi po ich stronie Bóg, prawo albo tradycja.
W tym sensie Undertaker 7 brzmi zaskakująco współcześnie. Dorison sięga po temat trudny, obciążony emocjonalnie i politycznie, ale nie zamienia komiksu w publicystyczny wykład. Zamiast wygłaszać tezy, wpisuje konflikt w westernową strukturę, gdzie każdy spór bardzo szybko nabiera fizycznego ciężaru. W tym świecie przekonania nie pozostają w sferze słów. Prowadzą do krzyku, oblężenia, wykluczenia, przemocy. Western okazuje się tu nie kostiumem, lecz idealnym narzędziem do opowiadania o tym, jak łatwo społeczność potrafi uznać okrucieństwo za cnotę.
Jonas Crow pozostaje centralnym punktem tej opowieści, ale nie dominuje jej w prosty sposób. To wciąż bohater z przeszłością, która nie daje się zamknąć, i z moralnym instynktem silniejszym niż jego deklarowany cynizm. Dorison dobrze wie, że Crow najciekawszy jest nie wtedy, gdy strzela, lecz wtedy, gdy musi zdecydować, czy zachować dystans, czy wejść w cudzy dramat. Jego zawód czyni go kimś stojącym na granicy świata żywych i martwych, ale kolejne tomy pokazują, że największym problemem Jonasa nie są zmarli. Są nim żywi, przekonani o własnej racji.
Bardzo dobrze wypada antagonistyczna energia tomu. Nie opiera się ona na klasycznym czarnym charakterze w kapeluszu, lecz na fanatyzmie, który zaraża otoczenie. To znacznie ciekawsze, bo mniej wygodne. Łatwo potępić jednostkowego złoczyńcę. Trudniej patrzeć na ludzi, którzy krok po kroku pozwalają, by cudze przekonanie zdjęło z nich odpowiedzialność za własne wybory. Dorison pokazuje fanatyzm jako chorobę wspólnoty, nie wyłącznie cechę jednej postaci.
Ralph Meyer kolejny raz udowadnia, że jest jednym z największych atutów serii. Jego rysunki mają filmową płynność, świetne wyczucie przestrzeni i doskonałą pracę twarzą. W tym tomie szczególnie ważne są spojrzenia, napięte sylwetki, gesty wykonane pół kroku przed wybuchem. Meyer potrafi narysować miasteczko tak, by wyglądało nie jak dekoracja westernu, ale jak organizm powoli ogarniany gorączką. Kolorystyka wzmacnia to wrażenie: ciepła, pylista, jesienna, a jednocześnie pozbawiona kojącego romantyzmu.
To nie jest album, który najlepiej działa jako zamknięta całość. Siódmy tom wyraźnie rozpoczyna większy łuk fabularny i kończy się w momencie, który zostawia czytelnika z celowo podkręconym napięciem. Można odczuć niedosyt, bo Dorison bardziej rozstawia siły, niż domyka konflikt. Z drugiej strony seria od dawna korzysta z takiej konstrukcji, a tutaj poczucie przerwania jest dość skuteczne. Album nie udaje pełnego finału. Ma rozpalić sytuację do punktu, w którym dalszy ciąg staje się koniecznością.
Najważniejsze, że Undertaker 7 potwierdza żywotność tej serii. Dorison i Meyer nie powtarzają tylko sprawdzonych chwytów westernu, ale stale sprawdzają, ile można przez ten gatunek powiedzieć o przemocy, winie, religii, pożądaniu władzy i granicach współczucia. To western nowoczesny nie dlatego, że odcina się od tradycji, lecz dlatego, że potrafi użyć jej języka do rozmowy o sprawach, które wcale nie należą do przeszłości.
Siódmy tom nie jest najbardziej samodzielną odsłoną Undertakera, ale jako początek nowego konfliktu wypada bardzo mocno. Ma świetny klimat, wyrazisty temat i znakomitą oprawę graficzną. Przede wszystkim zaś przypomina, że w tym cyklu śmierć rzadko bywa końcem historii. Częściej jest momentem, w którym wszyscy żywi muszą pokazać, kim naprawdę są. Jonas Crow znów przyjeżdża z trumną, lecz tym razem najcięższe okazuje się nie ciało, które trzeba będzie pochować, ale przekonania ludzi gotowych podpalić całe miasteczko w imię własnej definicji dobra.

