To jest dokładnie ten moment, w którym Eden przestaje być po prostu bardzo dobrą mangą science fiction. Po szóstym tomie trudno już mówić o klasycznej opowieści z bohaterem prowadzącym czytelnika przez kolejne wydarzenia. Hiroki Endo świadomie odbiera odbiorcy ten komfort. Rozsadza własną konstrukcję od środka i zaczyna budować historię, w której najważniejszą postacią nie jest Elijah, lecz cały świat. Świat znajdujący się na granicy biologicznej, politycznej i moralnej katastrofy. To bardzo ryzykowny zabieg, bo wiele serii w takim momencie zwyczajnie się rozpada. Eden robi coś odwrotnego. Im bardziej oddala się od klasycznej narracji, tym staje się ciekawszy.
Najbardziej imponuje to, że Endo ani przez chwilę nie próbuje przypodobać się czytelnikowi. Dzisiejsza popkultura przyzwyczaiła nas do historii, które prowadzą za rękę, przypominają najważniejsze informacje i pilnują, by nikt nie zgubił się po drodze. Tutaj niczego takiego nie ma. Autor ufa, że odbiorca nadąży. Nie tłumaczy wszystkiego po raz drugi, nie zatrzymuje akcji, by wyjaśnić zależności polityczne, nie streszcza wcześniejszych wydarzeń. Jeśli przez chwilę stracimy koncentrację, bardzo łatwo wypaść z rytmu tej opowieści. Paradoksalnie właśnie dlatego czyta się ją z tak ogromnym zaangażowaniem.
Piąty tom jest pod tym względem wręcz przewrotny. Elijah, który przez kilka poprzednich części wydawał się osią całej historii, schodzi na dalszy plan. Zamiast tego Endo kieruje uwagę na konflikt ujgurskich separatystów i funkcjonowanie państwa, które w imię stabilizacji gotowe jest przekroczyć każdą granicę. Nie jest to jednak polityczny manifest ani próba prostego komentowania współczesności. Mangaka znacznie bardziej interesuje mechanizm przemocy. Pokazuje, jak łatwo ofiara staje się katem i jak cienka granica oddziela walkę o wolność od terroryzmu.
Najciekawsze jest jednak to, że żadna ze stron nie zostaje tutaj wybielona. Nie ma ludzi jednoznacznie dobrych ani jednoznacznie złych. Są jedynie osoby uwikłane w system, który od dawna wymknął się spod kontroli. Endo bardzo konsekwentnie pokazuje, że przemoc ma tendencję do reprodukowania samej siebie. Każdy kolejny akt odwetu rodzi następny, a ideologia bardzo szybko staje się wygodnym usprawiedliwieniem dla okrucieństwa.
To zresztą jeden z najważniejszych motywów całej serii. Wirus nie jest największym zagrożeniem tego świata. Najgroźniejszym wirusem pozostaje człowiek. Closure Virus od pierwszego tomu wisiał nad fabułą niczym apokaliptyczna przepowiednia. W piątym i szóstym tomie zaczyna jednak pełnić zupełnie inną funkcję. Przestaje być wyłącznie biologicznym zagrożeniem. Staje się lustrem, w którym odbija się cała ludzka cywilizacja. Endo zadaje pytanie, które wybrzmiewa coraz mocniej z każdą kolejną stroną. Czy gatunek, który dysponuje tak niewyobrażalnym potencjałem technologicznym, rzeczywiście dojrzał do tego, by z niego korzystać?
Nieprzypadkowo właśnie w tych tomach coraz większą rolę odgrywają rozmowy dotyczące genetyki, ewolucji i ingerencji w ludzkie ciało. U wielu twórców science fiction byłby to jedynie efektowny dodatek do fabuły. Endo traktuje naukę śmiertelnie poważnie. Widać, że zanim zaczął pisać tę historię, wykonał ogromny research. Biologia molekularna, nanotechnologia czy zagadnienia związane z funkcjonowaniem wirusów nie pojawiają się tutaj po to, by imponować terminologią. Stanowią logiczny fundament całego świata przedstawionego.
Jeszcze większe wrażenie robi jednak to, że wiedza naukowa nigdy nie dominuje nad człowiekiem. W centrum pozostają emocje. Bohaterowie Edenu należą do najbardziej skomplikowanych postaci, jakie pojawiły się w mandze science fiction. Nikt nie jest jednowymiarowy. Nawet osoby budzące początkowo odrazę z czasem odsłaniają własne pęknięcia, traumy i lęki. Endo nie usprawiedliwia ich czynów, ale próbuje zrozumieć, skąd się biorą.
Bardzo dobrze widać to również w sposobie prowadzenia Eliaha. To nie jest klasyczny protagonista dojrzewający od punktu A do punktu B. Jego rozwój przypomina raczej serię bolesnych deformacji. Każde kolejne doświadczenie odbiera mu część niewinności i zmusza do funkcjonowania w świecie, którego zasad nigdy nie chciał zaakceptować. Najciekawsze jest to, że autor nie próbuje robić z niego bohatera tragicznego w hollywoodzkim rozumieniu tego słowa. Elijah nie staje się symbolem dobra walczącego ze złem. Jest po prostu kolejnym człowiekiem próbującym zachować resztki własnej tożsamości.
Szósty tom jeszcze mocniej przesuwa ciężar całej historii z wydarzeń na idee. Coraz wyraźniej widać, że Endo interesuje się nie tyle przyszłością technologii, ile przyszłością człowieczeństwa. To zasadnicza różnica. Cyberpunk przez lata przyzwyczaił nas do fascynacji implantami, sztuczną inteligencją i korporacjami. Eden wykorzystuje wszystkie te elementy, ale nigdy nie czyni z nich głównego bohatera. One są jedynie narzędziami. Prawdziwym tematem pozostaje kondycja człowieka.
Właśnie dlatego tak dobrze starzeje się ta manga. Wiele cyberpunkowych historii z końca lat dziewięćdziesiątych dziś wygląda jak katalog futurystycznych gadżetów, które nigdy się nie wydarzyły. Endo znacznie rzadziej próbuje przewidywać przyszłość technologii. Zdecydowanie bardziej interesuje go natura ludzkich zachowań. A ta pozostaje zadziwiająco niezmienna.
Nie można też pominąć warstwy graficznej, bo właśnie w tych tomach osiąga ona poziom, który momentami dosłownie zapiera dech. Endo posiada niezwykłą umiejętność budowania przestrzeni. Jego miasta wyglądają jak organizmy. Nie są dekoracją dla bohaterów, lecz żyją własnym życiem. W jednym kadrze potrafi pokazać klaustrofobiczną ciasnotę slumsów, by kilka stron później otworzyć przed czytelnikiem ogromne panoramy futurystycznych metropolii. Wszystko jest pełne detali, ale nigdy nie sprawia wrażenia przesadnie przeładowanego.
Jeszcze większe uznanie należy się sposobowi kadrowania. Endo znakomicie operuje ciszą. W wielu scenach rezygnuje z dialogów, pozwalając obrazowi mówić samemu za siebie. Mimika bohaterów, ich postawa, sposób patrzenia czy nawet odległość pomiędzy postaciami często przekazują więcej niż całe strony tekstu. To jedna z tych mang, które warto oglądać równie uważnie, jak się je czyta.
Nie wszystko działa jednak idealnie. Momentami można odnieść wrażenie, że autor świadomie komplikuje narrację bardziej, niż jest to konieczne. Liczba organizacji, nazwisk i politycznych zależności potrafi przytłoczyć, zwłaszcza jeśli pomiędzy kolejnymi tomami robi się dłuższą przerwę. Są też fragmenty, w których Endo bardziej fascynuje się własnym światem niż tempem opowieści. Niektóre dialogi mogłyby być krótsze, a część ekspozycji dałoby się przekazać subtelniej.
To jednak drobiazgi wobec skali całego przedsięwzięcia. Piąty i szósty tom Edenu pokazują twórcę, który całkowicie ufa własnej wizji i ani przez moment nie próbuje iść na kompromisy z oczekiwaniami odbiorców. Hiroki Endo stworzył serię wymagającą, momentami bezlitosną, ale jednocześnie niezwykle inteligentną. Taką, która wykorzystuje science fiction nie do przewidywania przyszłości, lecz do zadawania pytań o teraźniejszość. I właśnie dlatego, mimo upływu lat, pozostaje zaskakująco aktualna. W świecie pełnym opowieści zachwyconych technologią Eden przypomina, że największym problemem nigdy nie były maszyny. Zawsze byli nim ludzie.
#wydawnictwokotori #mangastore_pl #współpracabarterowa
Manga otrzymana w ramach współpracy z wydawnictwem Kotori

