Robert Baratheon nie żyje, a Westeros natychmiast pokazuje, ile naprawdę było warte jego królestwo. Nie jedność, nie stabilność, nie porządek, lecz chwiejna konstrukcja utrzymywana przez strach, wygodę, pamięć dawnych przysiąg i ludzi, którzy czekali tylko na właściwy moment, by sięgnąć po własną koronę. W Starciu królów George R.R. Martin nie tyle kontynuuje Grę o tron, ile rozbija jej konsekwencje na całe Siedem Królestw. Jeśli pierwszy tom był opowieścią o tym, jak rozpada się iluzja honorowej polityki, drugi pokazuje już świat po tym pęknięciu. Brutalniejszy, bardziej rozproszony, gorączkowy i znacznie mniej skłonny do udawania, że władza ma cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością.
Tytuł nie kłamie, choć może być nieco przewrotny. Królów rzeczywiście przybywa, każdy ma własne roszczenia, własne sztandary, własnych doradców i własną wersję prawdy. Ale Martin szybko udowadnia, że monarchowie są tylko najbardziej widocznymi figurami w znacznie większej grze. Równie ważni okazują się ci, którzy stoją obok tronu, podsłuchują za drzwiami, przekupują strażników, wysyłają listy, dobierają małżeństwa, składają fałszywe obietnice i wiedzą, kiedy lepiej milczeć. W Westeros wojny nie wygrywa ten, kto najgłośniej mówi o prawie do korony, lecz ten, kto rozumie, że każda przysięga ma cenę, a każdy sojusz termin ważności.
Największą przyjemność z lektury daje obserwowanie, jak Martin rozszerza świat bez utraty kontroli nad szczegółem. Królewska Przystań gęstnieje od intryg, Północ staje się miejscem bolesnego dojrzewania, Mur coraz mocniej przypomina granicę nie tylko geograficzną, lecz także metafizyczną, a daleki Wschód z Daenerys i jej smokami wnosi do opowieści inny rodzaj niepokoju. Wszystkie te miejsca mają własny rytm, temperaturę i ciężar. Autor nie tworzy mapy dla ozdoby. Każda kraina wydaje się mieć historię, interesy, zapach, lęki i ludzi, którzy wierzą, że to właśnie ich cierpienie jest najważniejsze.
W drugim tomie szczególnie mocno wybrzmiewa polityczny talent Martina. Starcie królów nie jest powieścią o prostym starciu dobra ze złem. To raczej opowieść o różnych odmianach racji, pychy, zemsty i głodu znaczenia. Stannis ma prawo, Renly ma urok i ludzi, Robb ma gniew Północy, Joffrey ma tron, którego moralnie nie powinien mieć, a Balon Greyjoy ma pamięć dawnych upokorzeń. Każdy z nich może uzasadnić własną wojnę. Każdy może przemówić językiem krzywdy, dziedzictwa albo konieczności. I właśnie dlatego ten konflikt jest tak przekonujący, bo Martin pokazuje, że historia najczęściej nie płonie od czystego zła, lecz od zderzenia ambicji ubranych w szlachetne słowa.
Nie mniej ważne są postacie, które dopiero tutaj zaczynają naprawdę oddychać pełniej. Tyrion jako namiestnik w Królewskiej Przystani wyrasta na jednego z najciekawszych graczy całej sagi. Jest błyskotliwy, okrutnie trzeźwy, świadomy własnej pozycji i ciągle zmuszony udowadniać wartość w świecie, który od dawna uznał go za kogoś gorszego. Jego rozdziały mają w sobie wyjątkową energię, bo łączą ironię, polityczny spryt i świadomość, że nawet najcelniejsza riposta nie chroni przed nożem wbitym we właściwym momencie. Tyrion rozumie mechanizmy władzy lepiej niż wielu ludzi urodzonych do jej sprawowania, ale Martin nie pozwala mu stać się sympatycznym geniuszem bez cienia. Jego inteligencja bywa narzędziem obrony, ale też bronią.
Równie dobrze działa przemiana młodszych bohaterów. Arya, Sansa, Bran i Jon wchodzą w miejsca, których dzieci nie powinny poznawać tak wcześnie. Każde z nich traci coś innego: bezpieczeństwo, złudzenia, ciało w dawnym sensie, rodzinny punkt odniesienia albo prostą wizję własnego obowiązku. Martin znakomicie pokazuje, że dojrzewanie w tym świecie nie polega na zdobywaniu wolności, lecz na coraz lepszym rozumieniu ograniczeń. Dzieci Starków nie dorastają dlatego, że czas płynie. Dorastają, bo świat raz po raz odbiera im prawo do bycia dziećmi.
Sansa pozostaje jedną z najbardziej niesprawiedliwie ocenianych postaci na tym etapie cyklu. Jej rozdziały nie mają bitewnego rozmachu Aryi ani tajemnicy Brana, ale są cichym studium przetrwania w złotej klatce. Dziewczyna uczy się języka dworu, gdzie każde słowo może zranić, a uprzejmość bywa tylko inną formą przemocy. Arya z kolei doświadcza wojny od strony brudu, głodu i bezimiennego strachu. Bran zaczyna odkrywać, że utrata jednego rodzaju sprawczości może otworzyć drzwi do czegoś zupełnie innego. Jon za Murem staje coraz bliżej świata, którego południe uparcie nie chce traktować poważnie.
Martin bardzo umiejętnie dozuje fantastykę. Smoki już wróciły, czerwona kapłanka Melisandre wprowadza do opowieści religijną grozę, za Murem narasta cień czegoś starszego niż ludzka polityka, ale magia wciąż nie zalewa świata. Jest obecna jak pęknięcie w murze racjonalności. Wystarczająco mocna, by nie dało się jej zignorować, i wystarczająco tajemnicza, by nie stała się zwykłym narzędziem fabularnym. W Starciu królów magia nie zastępuje polityki. Ona przypomina, że polityka może być tylko krótkim hałasem ludzi, którzy nie widzą nadciągającej zimy.
To ważne, bo jednym z najbardziej ironicznych elementów powieści jest skala krótkowzroczności bohaterów. Nad Westeros przelatuje kometa, z Cytadeli przybywa biały kruk, lato się kończy, Mur zaczyna mówić własnym, lodowym językiem, a jednak większość możnych woli liczyć miecze, posagi i chorągwie. Martin buduje dzięki temu ogromne napięcie między tym, co lokalne i natychmiastowe, a tym, co naprawdę nadciąga. Czytelnik widzi więcej niż bohaterowie, ale ta przewaga nie daje satysfakcji. Raczej potęguje frustrację. Jak patrzenie na ludzi kłócących się o świecznik w domu, który już zaczyna płonąć.
Powieść nie jest wolna od nierówności. Niektóre wątki zwalniają, szczególnie tam, gdzie bohaterowie pozostają na uboczu głównego konfliktu. Daenerys w tym tomie funkcjonuje bardziej jako obietnica przyszłego ognia niż pełnoprawna uczestniczka najważniejszych wydarzeń. Bran również bywa prowadzony spokojniej, bardziej przez nastrój i symbolikę niż przez bezpośrednią akcję. Ale nawet te wolniejsze partie mają znaczenie, bo Martin nie pisze wyłącznie pod rytm wydarzeń. Interesuje go proces. To, jak powstaje strach, jak dojrzewa lojalność, jak w człowieku rodzi się zdrada, zanim jeszcze zostanie nazwana czynem.
Największy triumf Starcia królów polega na tym, że mimo ogromu nazwisk, rodów, krain i ambicji powieść pozostaje zaskakująco ludzka. Martin nie pozwala, by polityczna skala przykryła osobisty ból. Wojna jest tu wielka, ale zawsze dociera do pojedynczego ciała. Do głodnego dziecka, przestraszonej dziewczyny, rycerza bez złudzeń, matki próbującej ocalić resztki rodziny, człowieka, który w imię rodu sprzedaje ostatnią część własnego sumienia. Właśnie dlatego ta saga działa tak mocno. Korony błyszczą z daleka, ale z bliska zawsze widać na nich cudzą krew.
Drugi tom Pieśni Lodu i Ognia potwierdza, że Martin nie zbudował jedynie efektownego świata fantasy. Zbudował mechanizm, w którym każdy ruch pociąga za sobą kolejne, a konsekwencje wracają często do tych, którzy nawet nie wiedzieli, że ktoś podjął za nich decyzję. To powieść o wojnie, ale także o języku władzy, o dojrzewaniu wśród ruin, o religii jako sile politycznej i o świecie, który za długo wierzył, że największym zagrożeniem jest sąsiad z koroną na głowie.
Starcie królów jest bardziej rozległe, bardziej wielogłosowe i chwilami bardziej bezlitosne niż Gra o tron. Nie ma już niewinności pierwszego wejścia do Westeros. Jest wojna o tron, wojna o pamięć, wojna o rodzinę i wojna o przetrwanie własnej wersji prawdy. A nad tym wszystkim, niemal niezauważona przez tych, którzy powinni patrzeć najuważniej, zbiera się zima. Martin pisze fantasy, w którym smoki robią wrażenie, miecze zabijają naprawdę, a najgroźniejszą bestią pozostaje człowiek przekonany, że jego korona usprawiedliwia wszystko.

