Niektóre książki czyta się trochę przeciwko własnym przyzwyczajeniom. Czeka się na fabułę, na wyraźny punkt zaczepienia, na scenę, która ustawi całość, a zamiast tego dostaje się głos. Samotny, niepewny, czasem zwodniczy, ale coraz bardziej hipnotyczny. „Suche strugi” Wita Szostaka właśnie tak na mnie zadziałały. Początkowo miałem wrażenie, że stoję obok tej opowieści, że patrzę na nią z dystansu. Potem nagle okazało się, że jestem już w samym środku cudzej pamięci i próbuję rozpoznać, które słowa są wspomnieniem, które zmyśleniem, a które tylko sposobem na przetrwanie.
Najbardziej poruszyło mnie w tej książce to, że Szostak nie opowiada o przeszłości jak o czymś zamkniętym. Ona tutaj wciąż pracuje, przemieszcza się, zmienia kształt. Helena wraca pod ruiny dawnej kamienicy i zaczyna mówić, ale im dłużej mówi, tym mniej oczywiste staje się to, co naprawdę chce ocalić. Siebie? Bliskich? Własną wersję wydarzeń? A może tylko możliwość opowiedzenia życia tak, by dało się je unieść? W tym właśnie tkwi siła tej powieści. Nie w akcji, lecz w powolnym odkrywaniu, że pamięć bywa schronieniem, pułapką i narzędziem obrony jednocześnie.
To właśnie pamięć staje się główną bohaterką tej powieści. Szostak z niezwykłą precyzją pokazuje, że wspomnienia nie są archiwum faktów. Każde kolejne opowiedzenie tej samej historii coś wygładza, coś dopowiada, coś przemilcza. Człowiek nieustannie przepisuje własną przeszłość, często nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W efekcie czytelnik przez długi czas nie ma pewności, komu może zaufać, a może przede wszystkim nie wie, czy sama narratorka ufa sobie.
Największym atutem książki pozostaje język. Wit Szostak po raz kolejny udowadnia, że należy do najbardziej charakterystycznych współczesnych polskich prozaików. Jego zdania płyną spokojnym rytmem, pełne są powtórzeń, drobnych obserwacji i filozoficznych refleksji, które pojawiają się zupełnie naturalnie. Ta narracja przypomina nurt rzeki. Czasami przyspiesza, czasami zwalnia, czasami krąży wokół jednego obrazu przez kilka stron, ale niemal zawsze hipnotyzuje swoją melodyjnością.
Jednocześnie nie jest to literatura łatwa. Dialogów jest niewiele, akcja pozostaje szczątkowa, a większość książki stanowi nieprzerwany monolog Heleny. Osoby oczekujące dynamicznej fabuły mogą poczuć znużenie, ponieważ autor świadomie rezygnuje z klasycznych mechanizmów budowania napięcia. Tutaj napięcie rodzi się z niedopowiedzeń i z coraz silniejszego przeczucia, że pod powierzchnią tej pozornie zwyczajnej opowieści kryje się coś znacznie mroczniejszego.
Im bliżej finału, tym wyraźniej widać kunszt konstrukcyjny Szostaka. Wiele wcześniejszych scen nabiera nowego znaczenia, a czytelnik ma ochotę wrócić do początku i jeszcze raz prześledzić pozostawione tropy. To jedna z tych powieści, które po zakończeniu nie zamykają się wraz z ostatnią stroną. Przeciwnie, zaczynają pracować w głowie, prowokując do ponownego przemyślenia całej historii.
W tle wybrzmiewają również znacznie większe tematy. Jest tu wojna, Zagłada, powojenna historia Krakowa, przemiany polityczne i społeczne, ale autor niemal nigdy nie mówi o nich wprost. Wielkie wydarzenia pozostają ukryte między zdaniami, obecne raczej jako cień niż bezpośredni temat. Dzięki temu jeszcze mocniej wybrzmiewa to, jak historia odciska ślad na pojedynczym człowieku i jak długo potrafi wpływać na jego pamięć.
„Suche strugi” nie są powieścią, którą pochłania się w jeden wieczór dla samej fabuły. To książka, którą się przeżywa i nad którą warto się zatrzymać. Wymaga skupienia, ale odwdzięcza się niezwykle bogatą warstwą językową, subtelną konstrukcją i emocjami, które ujawniają się dopiero po czasie. Wit Szostak po raz kolejny udowadnia, że literatura może być nie tylko opowiadaniem historii, lecz także próbą zrozumienia tego, w jaki sposób sami budujemy opowieść o własnym życiu. To wymagająca, ale wyjątkowo satysfakcjonująca lektura dla czytelników ceniących literaturę, która zostawia ślad na długo po zamknięciu książki.

