Prosper ma zaledwie dwanaście lat, a już musi zachowywać się jak człowiek znacznie starszy. Pilnuje młodszego brata, podejmuje decyzje, których żadne dziecko nie powinno podejmować samotnie, i ucieka do obcego miasta tylko dlatego, że dorośli uznali, iż łatwiej będzie rozdzielić rodzeństwo niż potraktować jego więź poważnie. Cornelia Funke rozpoczyna Króla złodziei od sytuacji bardzo przyziemnej, wręcz bolesnej, a potem prowadzi swoich bohaterów do Wenecji, gdzie rzeczywistość coraz chętniej ustępuje miejsca przygodzie, tajemnicy i wreszcie magii. Najważniejsza pozostaje jednak od początku jedna sprawa: kto właściwie ma prawo decydować, kiedy kończy się dzieciństwo.
Prosper i Bo uciekają po śmierci matki, ponieważ ich ciotka zamierza zatrzymać młodszego chłopca, a starszego oddać do internatu. Dla dorosłych jest to zapewne rozwiązanie praktyczne. Dla braci oznacza rozpad ostatniej rodziny, jaka im pozostała. Wenecja staje się więc miejscem schronienia nie dlatego, że chłopcy marzą o wielkiej przygodzie, lecz dlatego, że pamiętają opowieści matki i chcą znaleźć przestrzeń wystarczająco dużą, aby można było w niej zniknąć.
Funke bardzo dobrze rozumie siłę takiego miasta. Jej Wenecja nie jest dekoracją ustawioną za bohaterami, ale jednym z najważniejszych elementów powieści. Kanały, mosty, ciasne uliczki, stare kamienice, place, maski i wilgotne zaułki tworzą przestrzeń naturalnie sprzyjającą sekretom. Można skręcić za róg i stracić kogoś z oczu. Można ukryć się w budynku, obok którego codziennie przechodzą setki ludzi. Można również uwierzyć, że gdzieś pośród kamiennych lwów, opuszczonych wysp i zamkniętych bram rzeczywiście istnieje coś, czego dorośli dawno przestali zauważać.
To właśnie tutaj Prosper i Bo trafiają do grupy dzieci mieszkających w opuszczonym kinie. Osa, Mosca i Riccio nie tworzą może najbardziej uporządkowanego gospodarstwa domowego w Wenecji, ale dają chłopcom coś, czego nie potrafili zapewnić im krewni: poczucie, że są mile widziani razem. Ich codzienność opiera się na improwizacji, drobnych przekrętach, sprzedawaniu zdobytych przedmiotów i nieustannym pilnowaniu, żeby starczyło na jedzenie. Nie ma w tym jednak romantycznej pochwały bezdomności. Funke pozwala bohaterom cieszyć się wolnością, ale nie zapomina, że ta wolność jest wymuszona przez sytuację, w której zawiedli dorośli.
Najbardziej interesujący pod tym względem pozostaje Prosper. Jego opiekuńczość wobec Bo jest wzruszająca, ale ma również gorzki posmak. Chłopak tak bardzo koncentruje się na młodszym bracie, że właściwie nie ma przestrzeni, by samemu zachowywać się jak dziecko. Musi przewidywać konsekwencje, martwić się pieniędzmi, pilnować bezpieczeństwa i zastanawiać się, czy kolejny dzień nie skończy się schwytaniem przez dorosłych. Bo może być spontaniczny właśnie dlatego, że Prosper wziął na siebie odpowiedzialność za ich obu. Bo jest jego przeciwieństwem. Bezpośredni, rozmowny i momentami niebezpiecznie szczery, wnosi do książki ogromnie dużo życia. Tam, gdzie Prosper wszystko analizuje, młodszy brat po prostu działa. Jego gadatliwość regularnie komplikuje sytuację, ale jednocześnie przypomina, że dzieci nie zostały stworzone do prowadzenia konspiracji. W świecie pełnym sekretów Bo ma wyjątkowy talent do mówienia dokładnie tego, czego mówić nie powinien.
Nad całą grupą unosi się legenda Scipia, tytułowego Króla Złodziei. Pojawia się w masce, przynosi kosztowności i przedstawia się jako ktoś niemal należący do innej rzeczywistości. Dla pozostałych dzieci jest kimś pomiędzy przywódcą, starszym bratem i bohaterem przygodowej opowieści, którą wspólnie sobie stworzyły. Funke bardzo dobrze wykorzystuje jego tajemniczość i rozsądnie dawkuje informacje o tym, kim Scipio jest naprawdę. Odkrycie jego sekretu nie służy wyłącznie efektownemu zwrotowi fabularnemu. Zmusza wszystkich do ponownego zastanowienia się nad tym, czego właściwie zazdroszczą innym.
Bo właśnie Król złodziei bardzo często opowiada o zazdrości pomiędzy dziećmi i dorosłymi. Dziecko patrzy na dorosłość jak na wolność. Dorosły spogląda na dzieciństwo jak na utracony czas bez odpowiedzialności. Jedni chcieliby jak najszybciej urosnąć, drudzy najchętniej cofnęliby zegar. Funke stopniowo prowadzi te dwa pragnienia ku sobie, aż fantastyczny motyw związany z tajemniczą karuzelą sprawia, że metafora staje się czymś zupełnie dosłownym.
I właśnie wtedy powieść pokazuje swoją największą siłę. Przez dużą część historii magia pozostaje ledwo wyczuwalna. Wenecja jest wystarczająco niezwykła sama w sobie, żeby czytelnik zaakceptował atmosferę czegoś nierealnego bez potrzeby natychmiastowego wprowadzania czarów. Dopiero później Funke pozwala fantastyce rzeczywiście wejść do fabuły. Dzięki temu nie sprawia ona wrażenia ozdobnika. Pojawia się dokładnie wtedy, kiedy historia zaczyna potrzebować odpowiedzi na pytania o dorastanie, przemijanie i pragnienie zmiany własnego życia.
Tajemnicze zlecenie dotyczące kradzieży przedmiotu związanego z karuzelą przesuwa książkę z przygodowej historii o grupie dzieci w stronę baśni. Nie zmienia jednak jej podstawowego tonu. Nadal najważniejsze są relacje, lojalność i konsekwencje decyzji. Magia nie rozwiązuje problemów. Wręcz przeciwnie, pozwala niektórym bohaterom przekonać się, że spełnione życzenie może wyglądać znacznie gorzej niż samo marzenie. Funke nie mówi dzieciom, że dorosłość jest zła, ani dorosłym, że dzieciństwo było rajem. Pokazuje raczej, że obie strony idealizują życie, którego aktualnie nie mają. To bardzo proste spostrzeżenie, ale wbudowane w fabułę działa znacznie lepiej niż gdyby zostało przedstawione jako moralizatorska lekcja.
Podobnie jest z dorosłymi bohaterami. Nie tworzą jednolitego frontu przeciwko dzieciom. Ciotka chłopców potrafi irytować swoim egoizmem i sposobem traktowania Bo niemal jak przedmiotu, który po prostu chce posiadać. Inni dorośli okazują się natomiast znacznie bardziej skomplikowani. Najlepszym przykładem jest prywatny detektyw Wiktor Getz, początkowo funkcjonujący przede wszystkim jako zagrożenie, ponieważ ma odnaleźć uciekających braci.
Wiktor szybko staje się jedną z najbardziej sympatycznych postaci książki. Funke daje mu ekscentryczność, humor i sporo zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. To dorosły, który potrafi słuchać dzieci, a nie tylko podejmować za nie decyzje. Dzięki takim postaciom książka unika prostego podziału na mądrych młodych i głupich dorosłych. Problemem nie jest wiek, lecz brak zainteresowania drugim człowiekiem. Bardzo dobrze wypada także sposób prowadzenia grupy dziecięcych bohaterów. Osa, Mosca i Riccio nie są jedynie tłem dla Prospera i Bo. Każde z nich wnosi do wspólnej kryjówki coś własnego, a jednocześnie razem tworzą przekonującą namiastkę rodziny. To jeden z tych literackich przypadków, kiedy opuszczony budynek zaczyna wydawać się znacznie bardziej domowy niż eleganckie mieszkania należące do dorosłych.
Nie wszystkie elementy powieści są równie subtelne. Część charakterów została nakreślona szeroką kreską, niektóre zwroty fabularne łatwo przewidzieć, a zachowanie dzieci bywa bardziej samodzielne, niż pozwalałaby na to rzeczywistość. Trudno jednak traktować to jako szczególnie poważną wadę. Król złodziei funkcjonuje według logiki przygodowej opowieści, w której młodzi bohaterowie muszą mieć wystarczająco dużo swobody, żeby fabuła w ogóle mogła się wydarzyć. Funke nie próbuje tworzyć dokumentu o bezdomnych dzieciach w Wenecji, ale też nie pozbawia swojej historii emocjonalnego ciężaru.
Ogromną zaletą pozostaje tempo. Książka ma prawie czterysta stron, a mimo to czyta się ją bardzo płynnie. Kolejne tajemnice pojawiają się naturalnie, bohaterowie wpadają na siebie w odpowiednich momentach, a wątki stopniowo zaczynają się splatać. Autorka potrafi prowadzić kilka historii jednocześnie bez gubienia czytelnika. Poszukiwania Prospera i Bo, sekret Scipia, sprawa tajemniczego zlecenia oraz działalność dziecięcej grupy z czasem zaczynają tworzyć jedną całość.
Ważne jest również to, że mimo wieku powieści Król złodziei nie sprawia wrażenia literatury należącej do minionej epoki. Pierwsze wydanie ukazało się w 2000 roku, ale tematy pozostają zaskakująco świeże. Rozbita rodzina, dzieci traktowane jako przedmiot sporów dorosłych, potrzeba stworzenia sobie własnej wspólnoty, samotność ukrywana pod pozorami niezależności i obsesyjne pragnienie zmiany tego, kim się jest, nie zestarzały się ani trochę. Nie zestarzała się również sama przygoda. Cornelia Funke pisze dla młodszego odbiorcy bez traktowania go jak kogoś, komu trzeba wszystko uprościć. Pozwala bohaterom kłamać, kraść, popełniać błędy i podejmować decyzje, które nie zawsze są rozsądne. Jednocześnie zachowuje lekkość oraz poczucie bezpieczeństwa właściwe dobrej powieści przygodowej. Zagrożenie istnieje, ale nie odbiera historii jej baśniowego uroku.
Króla złodziei można więc czytać jako historię o dziecięcej bandzie żyjącej w opuszczonym kinie, opowieść o dwóch braciach walczących o możliwość pozostania razem albo fantastyczną przygodę wokół przedmiotu zdolnego zmienić ludzkie życie. Wszystkie te warstwy działają, ale najciekawsza pozostaje refleksja nad wiekiem i wolnością. Dzieci marzą tu o dorosłości, ponieważ kojarzy im się z możliwością decydowania o sobie. Dorośli tęsknią za dzieciństwem, bo pamiętają je jako czas pozbawiony ciężaru późniejszego życia. Jedni i drudzy zapominają przy tym o cenie, którą płaci druga strona.
Największą magią Króla złodziei nie jest więc tajemnicza karuzela. Jest nią Wenecja, w której grupa zagubionych dzieci potrafi stworzyć sobie dom pośród ludzi przekonanych, że dom można komuś po prostu wyznaczyć. Cornelia Funke opowiada o tym bez nadmiernego sentymentalizmu, z humorem, przygodą i wystarczającą ilością baśni, żeby czytelnik niezależnie od wieku na kilka godzin uwierzył, że za następnym weneckim zaułkiem naprawdę może kryć się coś niezwykłego.

