Martwe zło nigdy nie było serią dla ludzi szczególnie przywiązanych do dobrego smaku. Od początku chodziło tu o ciało wystawione na próbę, demoniczną bezczelność, lepką krew, makabrę i ten specyficzny rodzaj horrorowej energii, która każe widzowi jednocześnie odwracać wzrok i sprawdzać przez palce, co jeszcze twórcy wymyślili. Martwe zło: Ogień Sébastiena Vaníčka dobrze rozumie tę tradycję. Nie próbuje jej wygładzać, uszlachetniać ani zamieniać w elegancki dramat o traumie przebrany za horror. Ten film od początku wybiera prostszą, bardziej brutalną drogę. Bierze rodzinę, wrzuca ją do odizolowanego domu, otwiera drzwi demonom i patrzy, jak wszystko, co ludzkie, zaczyna się rozpadać na kawałki.
Punktem wyjścia jest żałoba. Alice po śmierci męża trafia do domu jego rodziny, miejsca odciętego od świata, dusznego nie tylko przez położenie, ale też przez relacje między ludźmi. Atmosfera jest ciężka jeszcze zanim pojawi się Necronomicon Ex Mortis i zanim kolejni członkowie rodziny zaczną przemieniać się w Deadites. To ważne, bo Vaníček próbuje zbudować fundament pod późniejszą rzeź. Zanim demony wejdą do gry, widać już, że ten dom nie jest bezpieczny. Że pod rodzinną fasadą coś gnije. Że żałoba może być wygodną dekoracją dla przemocy, pretensji, przemilczeń i wzajemnych oskarżeń.
Nie jest to jednak film, który szczególnie długo interesuje się psychologią. I tu od razu trzeba powiedzieć jasno: kto przychodzi po pogłębiony portret żałoby, toksycznych więzi i rodzinnego rozkładu, może poczuć niedosyt. Scenariusz Vaníčka i Florenta Bernarda szkicuje konflikty grubą kreską. Mąż Alice nie był dobrym człowiekiem, jego rodzina ma własne grzechy, a atmosfera pogrzebu bardziej przypomina oczekiwanie na wybuch niż wspólne przeżywanie straty. Tyle że te elementy są raczej zapalnikami niż pełnoprawnym dramatem. Film nie rozwija ich cierpliwie, tylko używa po to, żeby po chwili podpalić całą konstrukcję.
I chyba właśnie tak trzeba ten seans przyjąć. Martwe zło: Ogień nie udaje, że fabuła jest jego największą ambicją. To horror oparty na intensywności, cielesności i coraz bardziej wymyślnym zadawaniu bólu. Vaníček rezygnuje z powolnego osaczania, długiego budowania napięcia i eleganckiej gry niedopowiedzeń. Zamiast tego stawia na bezpośredni atak. W tym filmie zło nie czai się subtelnie w kącie. Ono wpada do pokoju, drze skórę, łamie kości, gotuje, przebija, rozcina i robi wszystko, żeby widz poczuł fizyczny dyskomfort. To nie jest horror, który szepcze do ucha. To horror, który wali głową o blat.
Pod względem gore film działa znakomicie. Vaníček ma wyczucie makabry, ale jeszcze ważniejsze jest to, że potrafi różnicować sceny przemocy. Nie dostajemy jednego rodzaju krwawej jatki powtarzanego do znudzenia. Dom, samochód, łazienka, kuchnia, narzędzia, meble i zwykłe przedmioty codziennego użytku zaczynają odkrywać swoje drugie, znacznie mniej przyjazne funkcje. To jedna z największych przyjemności seansu. Reżyser patrzy na przestrzeń jak ktoś, kto od razu widzi, czym można zranić człowieka. Zagłówek, ostrze, szkło, łazienkowa ceramika, metal, ogień, sprzęty domowe. Wszystko może stać się częścią koszmaru.
Najlepiej wypadają te momenty, w których film korzysta z efektów praktycznych. Mięso, protezy, sztuczna krew i fizyczna obecność przemocy robią tu ogromną różnicę. Makabra ma ciężar, lepkość i brzydotę. Kamera nie odwraca wzroku, ale też nie zamienia wszystkiego w chaotyczną sieczkę montażową. W najlepszych scenach widać mechanikę cierpienia, przez co seans bywa naprawdę nieprzyjemny. To komplement. W kinie grozy taka cielesna konkretność jest dziś coraz cenniejsza, zwłaszcza gdy tyle filmów próbuje straszyć wyłącznie metaforą.
Vaníček ma też świetne oko do ruchu kamery. Powraca charakterystyczna dla serii perspektywa demonicznej siły sunącej przez przestrzeń, jest sporo dynamicznych przejść, obrotów, zbliżeń i ujęć, które podkręcają wrażenie osaczenia. Zdjęcia Philipa Lozano dobrze wspierają reżysera, bo film wygląda agresywnie, ale nie bezmyślnie. Nawet gdy na ekranie dzieje się dużo, akcja zwykle pozostaje czytelna. To nie jest horror zasłaniający braki szybkim montażem. Tutaj wiele scen ma bardzo konkretną konstrukcję i właśnie dzięki temu robi wrażenie.
Muzyka Double Danger dodatkowo zagęszcza atmosferę. Jest głośna, ciężka, miejscami niemal rytualna, zbudowana tak, by wciskać widza w fotel. Nie pełni wyłącznie funkcji tła. Potrafi podbić fizyczność scen, nadać im podniosły, okultystyczny ton i sprawić, że nawet najbardziej przesadzone obrazy dostają dodatkową warstwę napięcia. W kinie musi to działać szczególnie mocno, bo Martwe zło: Ogień jest filmem bardzo sensorycznym. Tu nie tylko patrzy się na przemoc. Tu ją się słyszy.
Problem zaczyna się tam, gdzie film próbuje dopowiedzieć coś więcej, ale nie zawsze znajduje na to wystarczająco dużo miejsca. Wątek Alice jako kobiety wychodzącej z relacji przemocowej ma potencjał. Demony mogłyby być przedłużeniem tego, co już wcześniej niszczyło jej życie. Rodzina zmarłego męża mogłaby stać się obrazem systemu zaprzeczeń, wybielania sprawcy i spychania winy na ofiarę. Vaníček czasem dotyka tych tematów i potrafi nadać im odpowiednią ostrość, ale zbyt często wraca do nich wprost, niemal jakby bał się, że sama przemoc obrazów nie wystarczy. W efekcie metafora bywa czytelna aż za bardzo, a jednocześnie nie jest rozwinięta na tyle, by unieść film emocjonalnie.
To paradoks Martwego zła: Ogień. Najlepiej działa wtedy, kiedy przestaje tłumaczyć i po prostu uderza. Kiedy pozwala deaditom być deaditami, ciału być ciałem, a domowi zamienić się w rzeźnię. Gdy próbuje pogłębić historię, bywa bardziej przewidywalny. Fabuła jest dość prosta, a postacie poza Alice funkcjonują przede wszystkim jako zestaw konfliktów i przyszłych ofiar. Rodzina zmarłego jest antypatyczna, co pasuje do założenia, ale jednocześnie ogranicza emocjonalne zaangażowanie. Trudno szczególnie przejmować się losem ludzi, którzy od pierwszych scen sprawiają wrażenie skazanych na okrutną karę.
Souheila Yacoub jako Alice daje filmowi potrzebny punkt oparcia. To bohaterka, którą da się polubić i której desperację łatwo zrozumieć. Nawet jeśli scenariusz nie zawsze daje jej psychologicznie najciekawszy materiał, aktorka dobrze gra zmęczenie, napięcie i moment przejścia od ofiary do osoby zmuszonej walczyć o siebie. Alice nie jest ikoną w stylu klasycznych final girls budowanych od razu pod fanowską pamięć, ale ma w sobie wystarczająco dużo siły, by utrzymać film w momentach między kolejnymi eksplozjami przemocy.
Nie wszystkie tony działają równie dobrze. Humor, który od czasu do czasu próbuje rozładować napięcie, bywa niezgrabny. Martwe zło jako seria zawsze miało szczególny stosunek do czarnego humoru, ale tutaj Vaníček nie idzie w horrorową błazenadę Raimiego, tylko w dużo bardziej ponure, brutalne kino. Dlatego niektóre żarty wypadają jak ciało obce. Zwłaszcza powracające gagi związane z demencją babci balansują na granicy niezręczności i powtórzenia bez większej puenty. Film jest najlepszy wtedy, kiedy pozostaje wściekły, nie wtedy, kiedy próbuje mrugnąć okiem.
Słabiej wypada też finał, szczególnie tam, gdzie praktyczna, namacalna makabra ustępuje bardziej cyfrowym rozwiązaniom. Po seansie opartym w dużej mierze na fizycznym ciężarze efektów każde wyraźniejsze CGI działa jak rozszczelnienie świata. Nie niszczy całości, ale odbiera części scen tę nieprzyjemną materialność, która wcześniej była tak mocna. Gdy widz przyzwyczai się do krwi, protez i ciał mających swój ciężar, cyfrowa przesada zaczyna wyglądać zbyt lekko. A w Martwym złu lekkość nie zawsze jest zaletą.
Najważniejsze pytanie brzmi jednak, czy Ogień sprawdza się jako część tej serii. Moim zdaniem tak, choć trzeba zaakceptować, że to odsłona bardzo konkretna w swoim celu. Vaníček nie kopiuje poprzedników, ale rozumie ich podstawowe składniki: Necronomicon, opętanie, bezczelność demonów, ciało poddane torturze, izolację, praktyczne efekty i kamerę, która sama zdaje się być częścią złowrogiej siły. Jednocześnie przesuwa akcent w stronę brutalnego, bezpośredniego survival horroru, bliższego współczesnej rzezi niż dawnemu slapstickowemu obłędowi.
Jesteśmy w tym samym lesie, ale drzewa są tu ostrzejsze, a śmiech szybciej zamienia się w krzyk. To film, który może podzielić fanów. Osoby tęskniące za bardziej zabawnym, szalonym, niemal komiksowym Martwym złem mogą uznać, że Vaníček za mocno odciął się od ducha pierwowzoru. Ci, którzy polubili surowszą drogę zapoczątkowaną przez nowsze odsłony, powinni być zadowoleni. Ogień nie próbuje być najinteligentniejszym horrorem roku. Próbuje być jednym z najbardziej intensywnych. I w tej konkurencji wypada bardzo dobrze.
Warto też docenić, że reżyser nie boi się horroru jako czystego doświadczenia. W czasach, gdy wiele filmów grozy czuje potrzebę natychmiastowego tłumaczenia potworów traumą, społecznym komentarzem albo psychologiczną diagnozą, Martwe zło: Ogień przypomina, że kino tego gatunku może działać także przez cielesny szok, obrzydzenie, rytm i sadystyczną pomysłowość. Owszem, film ma pod spodem temat przemocy domowej i rodzinnego zakłamania, ale jego prawdziwy język to krew, drewno, metal, ogień i wrzask.
Nie jest to odsłona bez wad. Fabuła jest prosta, czasem wręcz kadłubkowa. Postacie mogłyby być lepiej rozwinięte. Humor nie zawsze trafia. Końcówka odrobinę traci przez cyfrowe efekty i lekkie przeciągnięcie. Ale jako krwawy, brutalny, wyczerpujący seans Martwe zło: Ogień dowozi to, po co wielu widzów przychodzi do tej serii. Jest obrzydliwie, głośno, pomysłowo i wystarczająco bezwstydnie, by poczuć, że Deadites wciąż mają z kim robić swoje piekielne porządki.
Vaníček nakręcił film, który nie prosi o miłość wszystkich. Raczej sprawdza, kto zostanie w pokoju, gdy zacznie się rzeź. Dla fanów gore będzie to seans obowiązkowy. Dla osób szukających subtelnego horroru psychologicznego, prawdopodobnie męcząca przeprawa. Dla serii to natomiast kolejny dowód, że Martwe zło potrafi zmieniać skórę, nie tracąc własnego, paskudnego serca. Bo tu znowu chodzi o prostą rzecz. Ktoś otworzył księgę, ktoś nie powinien był tego robić, a teraz wszyscy zapłacą za to ciałem.



