Europa u Justyny Hankus nie przypomina mapy z zaznaczonymi stolicami, zabytkami i trasami turystycznymi. Jest raczej starym organizmem, który pamięta zbyt wiele. Pod jego skórą nadal krążą mity, religijne lęki, historyczne zbrodnie i filozoficzne pytania, a każda kolejna epoka pozostawia po sobie bliznę. Dobranoc, Europo. 14 opowiadań wewnętrznych zabiera czytelnika właśnie w te miejsca, gdzie przeszłość nie chce stać się martwym eksponatem, a rzeczywistość zaczyna niepokojąco przypominać sen.
Czternaście tekstów tworzy podróż po Starym Kontynencie, choć geografia szybko okazuje się tu czymś drugorzędnym. Luwr podczas nocy św. Bartłomieja, jutlandzkie wrzosowiska, szwajcarskie miasta czy czeski pensjonat nie służą za malownicze dekoracje. Każda przestrzeń ma własną pamięć i charakter. Potrafi uwodzić, drwić z bohaterów, a czasem zwyczajnie ich pożerać. Autorka swobodnie przechodzi od historycznego koszmaru do groteski, od filozoficznej zadumy do opowieści niemal baśniowej. Jeden tekst może ciążyć od nagromadzonego lęku, następny rozbrajać absurdalnym humorem, a jeszcze kolejny prowadzić czytelnika w rejony melancholii. Zbiór nie rozpada się jednak na przypadkowe literackie ćwiczenia. Wszystkie historie łączy przekonanie, że europejska kultura znalazła się w chwili zawieszenia. Niby wciąż żyje, mówi i tworzy, ale coraz częściej brzmi jak ktoś zasypiający w połowie zdania.
Hankus nie opisuje schyłku Europy wprost. Pozwala go usłyszeć w tonie opowieści, zobaczyć w zachowaniu bohaterów i wyczuć w miejscach, które przechowują echo dawnych katastrof. Tytułowe „dobranoc” można więc potraktować jako czułe pożegnanie, ostrzeżenie albo ironiczną zapowiedź snu, z którego nie każdy się obudzi. Mity, historia i filozofia nie pełnią tu funkcji ozdobnych przypisów. Pojawiają się echa Dantego, Heideggera, antycznych zaświatów i europejskich legend, lecz autorka korzysta z nich po to, by opowiedzieć o współczesnym człowieku. O jego pragnieniu sensu, strachu przed przemijaniem, samotności i potrzebie odnalezienia własnego miejsca w świecie, który utracił dawną pewność siebie.
Nie trzeba rozpoznawać każdego odniesienia, by wejść w te historie. Erudycja daje dodatkowe warstwy, ale emocjonalny rdzeń pozostaje czytelny. Wystarczy poddać się atmosferze i zaakceptować, że nie wszystkie obrazy zostaną od razu wyjaśnione. To proza, która nie prowadzi za rękę. Czasem celowo pozostawia czytelnika w półmroku, pozwalając mu samodzielnie zdecydować, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna projekcja lęków bohatera.
Styl Justyny Hankus jest obrazowy, gęsty i wyraźnie świadomy własnego rytmu. Niektóre zdania rozwijają się jak senna wizja, inne potrafią nagle przeciąć nastrój ironią. Ta zmienność dobrze odpowiada konstrukcji zbioru. Europa raz przemawia głosem tragedii, innym razem przypomina starą aktorkę, która jeszcze przed końcem przedstawienia pozwala sobie na złośliwy żart. Nie wszystkie opowiadania działają z identyczną intensywnością. Przy tak różnorodnej formie trudno zresztą oczekiwać, że każdy tekst trafi w ten sam punkt. Niektóre zachwycają pomysłem, inne przede wszystkim atmosferą, a część sprawia wrażenie zalążków historii, które bez trudu mogłyby rozrosnąć się do pełnowymiarowych powieści. Najdłużej zostają te fragmenty, w których kulturowe odniesienia przestają być intelektualną grą i zaczynają mówić coś bolesnego o teraźniejszości.
Osobną warstwę tworzą ilustracje przygotowane przez autorkę. Nie są dodatkiem wrzuconym pomiędzy kolejne teksty. Przedłużają ich nastrój, dopowiadają symbole i pomagają utrzymać czytelnika w przestrzeni zawieszonej między snem, pamięcią i konkretem. „Dobranoc, Europo” jest książką o kontynencie zmęczonym własną historią, lecz wciąż niezdolnym do całkowitego milczenia. Jego dawne opowieści powracają, czasem zniekształcone, czasem groteskowe, ale nadal obecne w sposobie, w jaki myślimy o winie, miłości, śmierci i przyszłości. To zbiór dla osób, które lubią krótką formę pełną kulturowych pęknięć, symboli i pytań bez wygodnej odpowiedzi.
Po ostatnim opowiadaniu nie ma wrażenia zakończonej podróży. Raczej pozostaje obraz nocnego kontynentu widzianego z oddali. Światła wciąż się palą, choć nie wiadomo, kto jeszcze czuwa, kto już zasnął i czy poranek rzeczywiście nadejdzie.

