Mitologia nordycka wróciła do zbiorowej wyobraźni w sposób dość przewrotny. Przez długi czas pozostawała domeną pasjonatów, badaczy, miłośników sag i ludzi, którzy naprawdę chcieli przedrzeć się przez gąszcz imion, krain, źródeł i sprzecznych przekazów. Potem przyszła popkultura i nagle Thor, Loki oraz Odyn stali się postaciami rozpoznawalnymi niemal odruchowo. Problem polega na tym, że rozpoznawalność nie zawsze oznacza zrozumienie. Dzisiejszy odbiorca często wie, że Thor ma młot, Loki bywa kłopotliwy, a Odyn jest jednookim władcą Asgardu, ale między tą wiedzą a prawdziwym ciężarem dawnych opowieści rozciąga się ogromna przestrzeń. Mity nordyckie Mateusza K. Sawczyna próbują tę przestrzeń wypełnić.
I robią to w sposób bardzo przyjemny, bo autor nie wybiera ani suchego opracowania, ani prostego streszczenia najpopularniejszych mitów. Zamiast tego układa opowieści w formę narracyjną, bliższą gawędzie niż akademickiej notatce. To ważne, bo mity nigdy nie były martwymi hasłami w encyklopedii. Były opowiadane, przetwarzane, pamiętane, zmieniane, powtarzane przy ogniu, na dworach, w pieśniach i wśród ludzi, dla których świat bogów nie był dekoracją fantasy, tylko sposobem mówienia o losie, przemocy, dumie, sprycie, zdradzie, miłości, śmierci i końcu wszystkiego. Sawczyn wyraźnie rozumie, że sama informacja nie wystarczy. Te historie muszą płynąć.
Największą zaletą książki jest właśnie jej gawędziarski rytm. Mity nordyckie czyta się jak spójną opowieść o świecie, który rodzi się z ciemności, lodu, ognia i pradawnej magii, a potem nieuchronnie zmierza ku własnemu końcowi. Autor prowadzi czytelnika od początków istnienia, przez narodziny bogów i krain, kolejne konflikty, podstępy, wyprawy, małżeństwa, kradzieże, pojedynki i proroctwa, aż po Ragnarök. Dzięki temu mitologia przestaje być zbiorem luźnych epizodów, a zaczyna układać się w wielką, tragiczną konstrukcję. Od początku gdzieś w tle słychać bowiem szelest końca. Nawet kiedy opowieść jest lekka, zabawna albo absurdalna, cień przeznaczenia i tak czeka cierpliwie na swoją kolej.
To bardzo nordyckie. W tych mitach los nie jest abstrakcyjną kategorią ani wygodnym narzędziem dramaturgicznym. Jest siłą, z którą można się szarpać, którą można próbować oszukać, odsunąć albo zinterpretować na własną korzyść, ale której nie da się po prostu unieważnić. Bogowie Skandynawii nie są nieśmiertelnymi, idealnymi figurami stojącymi ponad światem. Są potężni, ale ograniczeni. Mądrzy, ale omylni. Sprytni, ale małostkowi. Waleczni, ale przerażeni tym, co nadchodzi. Im więcej o nich czytamy, tym wyraźniej widać, że ich boskość nie polega na moralnej doskonałości. Polega raczej na skali. Ich błędy mają większe konsekwencje, ich ambicje są bardziej niebezpieczne, a ich porażki brzmią jak pęknięcie całego kosmosu.
Sawczyn bardzo dobrze wydobywa tę ludzką stronę bogów. Nie robi z nich komiksowych ikon ani nieskazitelnych bohaterów, którym wystarczy przypisać jedną cechę i jeden efektowny atrybut. Odyn nie jest tylko mędrcem i wodzem. To także gracz, polityk, manipulator i ktoś, kto zbyt dobrze wie, że wiedza ma swoją cenę. Thor nie jest wyłącznie osiłkiem z młotem, lecz siłą, która utrzymuje porządek świata, nawet jeśli często robi to brutalnie i bez subtelności. Loki nie jest po prostu sympatycznym tricksterem ani jednoznacznym źródłem zła. Jest figurą znacznie bardziej niepokojącą, bo przez długi czas funkcjonuje wewnątrz boskiego porządku, korzysta z jego przywilejów, ratuje go i niszczy jednocześnie. Właśnie dlatego te postacie wciąż działają. Nie dlatego, że są egzotyczne, lecz dlatego, że są moralnie niekomfortowe.
Książka dobrze pokazuje też, że mitologia nordycka nie jest tylko opowieścią o mężczyznach z bronią w dłoni. Jest w niej dużo miejsca dla kobiet, magii, przędzenia losu, seksualności, politycznych kalkulacji i decyzji, które wymykają się prostym ocenom. Boginie, olbrzymki i inne kobiece postacie nie są wyłącznie ozdobą boskich genealogii. Często przechowują wiedzę, władzę, gniew, pragnienia albo wpływ, którego wojowniczy bogowie nie zawsze potrafią kontrolować. To ważne, bo wiele uproszczonych wyobrażeń o mitach północy sprowadza je do topornej opowieści o sile, honorze i wojnie. Sawczyn przypomina, że ten świat jest znacznie bardziej skomplikowany.
Ciekawie działa również narastanie tonu. Początkowo opowieści potrafią mieć w sobie lekkość ludowego bajania. Są podstępy, dziwne układy, komiczne sytuacje, powtórzenia, rytualne sekwencje, wyprawy po przedmioty i konflikty, które momentami brzmią jak bardzo stara, bardzo osobliwa awantura rodzinna. Z czasem robi się jednak coraz mroczniej. Kolejne historie odkładają na świecie ciężar, którego nie da się już strząsnąć. To, co zaczynało się jako seria przygód, powoli odsłania własną katastroficzną logikę. Ragnarök nie przychodzi znikąd. On dojrzewa w błędach, lękach, zdradach i decyzjach podejmowanych dużo wcześniej.
To jedna z największych przyjemności tej lektury. Nawet jeśli ktoś zna podstawowe mity, może czerpać satysfakcję z ich uporządkowania i opowiedzenia w taki sposób, by wybrzmiała przyczynowość. Historia nie jest łaskawa dla mitologii nordyckiej. Źródła bywają niepełne, sprzeczne, późne, przefiltrowane przez autorów chrześcijańskich i obciążone lukami, których nie da się po prostu załatać bez ryzyka nadinterpretacji. Sawczyn nie ukrywa, że buduje spójną narrację na materiale trudnym i fragmentarycznym. Robi to jednak z wyczuciem. Nie zamienia źródeł w bezduszną tabelę, ale też nie pozwala sobie na popkulturową samowolkę.
Widać, że książka wyrasta z szacunku do tekstów islandzkich i opracowań naukowych. To nie znaczy, że ma charakter akademicki. Wręcz przeciwnie, jej siłą jest przystępność. Autor potrafi opowiadać tak, by nie zabić mitu przypisem, a jednocześnie nie sprowadzić go do bajeczki dla ludzi, którzy znają nordyckich bogów głównie z ekranizacji i gier. To trudny balans, ale w większości bardzo udany. Mity nordyckie mogą więc działać jako pierwsze spotkanie z tym światem, ale też jako przyjemny powrót dla osób, które znają już Odyna, Thora, Lokiego, Freję, Ymira, Mimira, Baldra czy Surtra i chcą zobaczyć ich w uporządkowanej, literackiej całości.
Nie oznacza to, że lektura zawsze jest całkowicie lekka. Mitologia nordycka ma własny ciężar nazewniczy. Imiona, krainy, genealogie i zależności potrafią mnożyć się szybciej, niż czytelnik zdąży je oswoić. Dla początkujących może to być wyzwaniem, zwłaszcza na starcie, gdy świat dopiero powstaje, a wraz z nim pojawia się cała seria postaci i pojęć. Na szczęście książka pomaga się w tym odnaleźć. Glosariusz, mapa, drzewo genealogiczne i uporządkowana konstrukcja są tutaj naprawdę potrzebne, nie stanowią tylko ozdobnego dodatku. Dzięki nim łatwiej wracać do konkretnych historii i przypominać sobie, kto jest kim w tym wielkim, splątanym rodzie bogów, olbrzymów i istot starszych od ludzkiego porządku.
Bardzo dobre wrażenie robi też samo wydanie. Twarda oprawa, ilustracje, mapy, dodatki i graficzne elementy poprzedzające rozdziały budują poczucie obcowania z książką przygotowaną nie tylko jako tekst, ale też jako przedmiot. Przy mitologii ma to znaczenie. Takie publikacje lubią mieć w sobie trochę ciężaru, trochę rytuału, trochę przyjemności płynącej z przeglądania, wracania i zaglądania do dodatków. Ilustracje nie próbują zastąpić wyobraźni, raczej ją porządkują i wzmacniają. Dobrze wpisują się w ton książki, który jest bardziej opowieściowy niż podręcznikowy.
Najbardziej wartościowe jest jednak to, że Sawczyn odczarowuje popkulturowe uproszczenia bez pogardzania nimi. Nie pisze książki z pozycji kogoś, kto chce pouczyć czytelnika, że „prawdziwa mitologia” jest tylko dla wtajemniczonych, a współczesne filmy i komiksy wszystko zepsuły. Zamiast tego wykorzystuje fakt, że zainteresowanie północnymi bogami wzrosło, i prowadzi odbiorcę głębiej. Pokazuje, że za znanymi imionami stoją opowieści dziwniejsze, bardziej brutalne i mniej wygodne niż ich popularne wersje. To bardzo uczciwe podejście. Popkultura może być drzwiami, ale nie powinna być całym domem.
W tym domu jest bowiem znacznie mroczniej. Bogowie nie są tam superbohaterami w historyzujących kostiumach. Częściej przypominają potężnych krewnych, których podziw miesza się ze strachem i rozczarowaniem. Kradną, kłamią, pożądają, obrażają się, ryzykują, mszczą się, zawierają niewygodne układy i próbują utrzymać władzę nad światem, którego ostatecznego losu nie są w stanie uniknąć. Ta moralna niejednoznaczność jest jednym z najciekawszych elementów mitologii nordyckiej. Sawczyn jej nie wygładza. Nie próbuje robić z dawnych historii lekcji prostego dobra i zła. Zostawia w nich szorstkość.
Dzięki temu Mity nordyckie potrafią angażować nie tylko jako zbiór opowieści, ale też jako materiał do myślenia. Czy Odyn, zdobywający wiedzę za każdą cenę, jest mądrym opiekunem świata, czy władcą, którego ambicja prowadzi ku katastrofie? Czy Loki jest jedynym winowajcą upadku, czy raczej pęknięciem, które istniało w boskim porządku od dawna? Czy bogowie naprawdę walczą z losem, czy tylko krok po kroku wypełniają to, co zostało zapisane? Takie pytania nie są do książki doczepione na siłę. One wynikają z samych mitów, jeśli opowiedzieć je z odpowiednią uwagą.
Sawczynowi udaje się też zachować przyjemność samego czytania. To nie jest publikacja, którą trzeba pokonywać jak obowiązkową lekturę z aparatem naukowym w ręku. Można ją czytać rozdziałami, wracać do wybranych historii, pozwolić sobie na rytm gawędy. Autor nie przytłacza komentarzem, choć w tle czuć przygotowanie i porządek. Największą sztuką w takich książkach jest sprawić, by czytelnik nie miał poczucia, że uczestniczy w wykładzie, lecz w opowieści. Tutaj to się udaje.
Czy można mieć zastrzeżenia? Oczywiście. Osoby całkowicie nowe w temacie mogą na początku poczuć natłok nazw i genealogii. Momentami archaizujący ton może wymagać większego skupienia. Niektórym czytelnikom bardziej odpowiadałyby krótsze, mocniej oddzielone hasłowo opowieści zamiast szerokiej narracji prowadzącej od stworzenia świata do jego końca. Ale są to raczej cechy wynikające z przyjętej koncepcji niż poważne wady. Sawczyn nie napisał kieszonkowego przewodnika po nordyckich bogach. Napisał książkę, która chce przywrócić mitom ich opowieściowy oddech.
I właśnie dlatego Mity nordyckie są tak udane. To pozycja dla tych, którzy chcą wyjść poza ekranowe uproszczenia i zobaczyć bogów północy w ich pełniejszym, bardziej ludzkim i bardziej niepokojącym kształcie. Dla czytelników, którzy lubią, gdy mitologia nie jest martwą listą imion, lecz żywą opowieścią o świecie skazanym na zagładę, choć przez długi czas próbującym udawać, że może jeszcze wszystko rozegrać inaczej. Dla osób, które chcą poczuć, że przy ognisku ktoś zaczyna snuć historię o Ginnungagap, Yggdrasilu, Asgardzie, Jötunheimie, karłach, olbrzymach, boginiach, smokach, oszustwach i końcu, który nadchodzi powoli, ale nieubłaganie.
Bo nordyckie mity nie są grzeczne. Nie służą tylko temu, by zachwycić magią, młotem Thora i sprytem Lokiego. Są opowieściami o głodzie wiedzy, cenie ambicji, sile przeznaczenia i bogach, którzy mimo całej swojej potęgi pozostają boleśnie podobni do nas. Właśnie dlatego wciąż wracają. Nie przez filmowe efekty, komiksowe kadry czy modę na wikingów, choć one na pewno pomogły. Wracają, bo pod warstwą pradawnej magii nadal bije coś bardzo ludzkiego.
Tekst powstał we współpracy recenzenckiej z Wydawnictwem SBM
@WydawnictwoSBM

