Marzenia o księciu z baśni zwykle pomijają kilka mało romantycznych szczegółów. Nikt nie wspomina, że książę może pojawić się bez ubrania, poobijany i kompletnie nieproszony. Może też zachowywać się jak arogancki półgłówek, grozić, rozkazywać i oczekiwać pomocy tylko dlatego, że ma efektowne imię oraz twarz stworzoną do zdobienia okładek. Katarzyna Berenika Miszczuk doskonale wie, jak wygląda typowy bohater romantasy. Najpierw więc wprowadza go zgodnie z regułami, a potem bez większego szacunku wrzuca między groszek i truskawki.
Wygnaniec jest pierwszym tomem serii Czarna tafla i jednocześnie powieścią, która bardzo chce należeć do romantasy, ale nie zamierza przyjmować wszystkich obowiązków wynikających z tej przynależności. Jest tu przystojny książę z magicznej krainy, zwyczajna kobieta wciągnięta w nadnaturalną intrygę, dwór pełen tajemnic, niebezpieczne istoty i napięcie między bohaterami. Miszczuk bierze jednak te elementy z wyraźnym przymrużeniem oka. Nie demontuje gatunku całkowicie, raczej sprawdza, ile można z niego wycisnąć bez udawania, że każdy ponury mężczyzna z blizną jest automatycznie fascynujący.
Główną bohaterką jest Anka, trzydziestokilkuletnia pielęgniarka, która jedzie do wsi Dusibaba, by zająć się chorym dziadkiem. Plan jest nieprzyjemny, ale prosty. Trzeba uporządkować dom, przekonać starszego mężczyznę do przeprowadzki do placówki opiekuńczej i zamknąć sprawy, których nie da się dłużej odkładać. Już sam ten punkt wyjścia wyróżnia książkę na tle wielu opowieści o młodych wybrankach losu. Anka nie ucieka z nudnego miasteczka, nie czeka na wielką miłość i nie odkrywa właśnie, że posiada wyjątkową moc. Jest dorosłą kobietą zmęczoną pracą, samotnością i obowiązkami.
Miszczuk nie potrzebuje nastoletniej bohaterki, by opowiedzieć historię o pragnieniu przygody. To jedna z najmocniejszych decyzji w całej książce. Anka marzy o czymś więcej, ale jednocześnie dobrze rozumie, że życie rzadko zachowuje się jak literatura. Ma doświadczenie zawodowe, zdrowy rozsądek i wystarczająco dużo rozsądku, by nagiego mężczyznę w ogródku uznać raczej za problem psychiatryczny niż zapowiedź romantycznej historii.
Tajemniczym nieznajomym okazuje się Darragh, książę aes sidhe, wygnaniec z magicznej krainy i poszukiwacz skradzionej gwiazdy. On sam od początku zachowuje się tak, jakby jego pochodzenie było argumentem rozstrzygającym każdą dyskusję. Jest dumny, ponury, impulsywny i boleśnie świadomy własnej atrakcyjności. Mógłby bez większego trudu stać się kolejną kopią mrocznego władcy wróżek, którego czytelniczki mają pokochać niezależnie od tego, jak nieznośnie traktuje otoczenie.
Autorka na szczęście nie pozwala mu wejść w tę rolę bez konsekwencji. Anka nie mdleje na widok mięśni, nie uznaje arogancji za tajemniczość i nie porzuca rozsądku po pierwszej wymianie spojrzeń. Próbuje zrozumieć sytuację, często zaprzecza istnieniu magii i traktuje Darragha jak wyjątkowo niebezpiecznego wariata. Ich relacja opiera się przede wszystkim na tarciu. On wydaje polecenia, ona je podważa. On traktuje ludzi z wyższością, ona regularnie sprowadza go na ziemię.
To właśnie dialogi tej dwójki niosą sporą część książki. Miszczuk ma dobre wyczucie komediowego rytmu, a zderzenie baśniowego patosu z językiem współczesnej kobiety wypada naturalnie. Anka czyta romantasy, zna ich schematy i potrafi zauważyć, że jej własna sytuacja nie przypomina tych atrakcyjnych fantazji. Przystojny książę może i wygląda odpowiednio, ale poza tym jest porywaczem, intruzem oraz źródłem kolejnych kłopotów. Najlepsze żarty wynikają tu nie z samej obecności magii, lecz z tego, że rzeczywistość konsekwentnie odmawia zachowywania się jak romantyczna fantazja.
Ten humor bywa jednak nierówny. Darragh często wraca do seksualnych aluzji i sugestii, które mają budować napięcie między bohaterami. Część z nich działa, szczególnie gdy Anka natychmiast odbija piłkę. Inne brzmią bardziej żenująco niż uwodzicielsko. Bohater potrafi być celowo irytujący, ale momentami granica między postacią drażniącą w interesujący sposób a postacią zwyczajnie męczącą robi się bardzo cienka.
Na szczęście Wygnaniec nie opiera całej atrakcyjności na romansie. Wątek uczuciowy rozwija się powoli i pozostaje raczej obietnicą niż głównym celem pierwszego tomu. To dobra decyzja. Anka i Darragh potrzebują czasu, ponieważ początkowo więcej ich dzieli, niż łączy. Chemia pojawia się w sprzeczkach, drobnych gestach i chwilach przymusowej współpracy. Nie ma tu gwałtownej miłości uzasadnianej wyłącznie wyglądem oraz przeznaczeniem.
Ważniejsza okazuje się sama przygoda. Tajemniczy przedmiot znaleziony w piwnicy, brutalny sąsiad zainteresowany ziemią dziadka, strzelanina, porwanie i przejście do innego świata szybko wyrywają Ankę z codzienności. Miszczuk nie traci wiele czasu na spokojne przygotowania. Kiedy fabuła rusza, robi to z dużą energią. Kolejne wydarzenia są coraz bardziej absurdalne, ale autorka utrzymuje je w odpowiednim tonie. Czytelnik od początku wie, że realizm nie będzie tu najważniejszy.
Polska wieś stanowi dobry początek tej historii. Dusibaba ma w sobie coś swojskiego i niepokojącego zarazem. Stary dom, chory dziadek, tajemnicza kula, podejrzany przedsiębiorca i jezioro o ciemnej wodzie tworzą atmosferę miejsca, w którym codzienność od dawna styka się z czymś niewytłumaczalnym. Szkoda, że ten fragment świata nie został rozwinięty szerzej, ponieważ zestawienie prowincjonalnej Polski z celtycką mitologią daje bardzo duże możliwości.
Druga część powieści przenosi akcję do Talamh an Fo thalamh, krainy zamieszkanej przez fae. Tutaj Miszczuk wyraźnie porzuca ciepłe wyobrażenie o dobrych wróżkach. Magiczne istoty są piękne, długowieczne i potężne, ale również bezwzględne. Nie obowiązuje ich ludzka moralność, a człowieka mogą potraktować jak zabawkę, niewolnika albo pożywienie. Baśniowość tej krainy jest przynętą. Pod piękną powierzchnią kryje się świat zbudowany na przemocy, hierarchii i nieustannej walce o przewagę. To podejście nie jest nowe, ponieważ literatura fantasy od dawna przedstawia fae jako istoty kapryśne i okrutne. Miszczuk nie próbuje więc odkrywać ich od początku. Zamiast tego umieszcza w tej tradycji własnych bohaterów i korzysta z niej jako podstawy dworskiej intrygi. Pojawiają się konflikty o władzę, stare zdrady, ukryte pochodzenie oraz relacje, w których każde słowo może być częścią manipulacji.
Szczególnie ciekawie wypada sytuacja ludzi żyjących po drugiej stronie. Nie zajmują uprzywilejowanego miejsca. Są podporządkowani, wykorzystywani i traktowani jak istoty niższego rzędu. Dzięki temu magiczna kraina nie staje się jedynie efektownym tłem dla romansu. Ma własny porządek społeczny, własną brutalność oraz zasady, których Anka musi się nauczyć, jeśli chce przeżyć.
Autorka dobrze wykorzystuje również motyw prawdziwego imienia, darów oraz zakazów obowiązujących w świecie fae. Ostrzeżenia, by nie ufać zmysłom, nie przyjmować niczego za darmo i nie zdradzać własnej tożsamości, od razu budują poczucie zagrożenia. To rzeczywistość oparta na podstępie. Bezpośrednia przemoc jest niebezpieczna, ale równie groźna okazuje się źle zawarta umowa albo pozornie niewinny prezent.
Sama intryga nie jest jednak równie mocna jak świat. Poszukiwanie skradzionej gwiazdy początkowo wydaje się głównym celem historii, lecz z czasem schodzi na dalszy plan. Fabuła coraz bardziej skupia się na relacjach, odkrywaniu krainy i politycznych tajemnicach. Nie jest to całkowicie zła zmiana, ponieważ właśnie te elementy okazują się najciekawsze. Problem polega na tym, że centralny przedmiot poszukiwań miejscami wygląda jak pretekst potrzebny wyłącznie do uruchomienia wydarzeń.
Pierwszy tom serii ma oczywiście prawo pozostawiać pytania bez odpowiedzi, ale Wygnaniec momentami przypomina bardzo długi początek większej historii. Autorka przedstawia świat, ustanawia konflikty, sugeruje ukryte powiązania i kończy w chwili, gdy wiele elementów zaczyna układać się w ciekawszą całość. Zakończenie dostarcza wyraźnego zwrotu, choć uważny czytelnik może przewidzieć jego kierunek wcześniej.
Nie zmienia to faktu, że finał skutecznie zachęca do sięgnięcia po kolejny tom. Miszczuk wie, jak zakończyć historię, by zostawić odbiorcę z pytaniami. Nie zamyka wszystkiego gwałtownie, ale też nie daje pełnej satysfakcji. To świadoma zagrywka charakterystyczna dla serii i w tym przypadku działa. Anka pozostaje najciekawszym elementem powieści. Nie jest wojowniczką ani wybranką wyposażoną w zestaw nadnaturalnych talentów. Jej przewagą są wiedza medyczna, praktyczność oraz umiejętność działania pod presją. Bywa chaotyczna, uparta i chwilami zbyt długo szuka racjonalnego wyjaśnienia rzeczy, które dawno przestały być racjonalne. Dzięki temu jednak zachowuje własny charakter.
Można mieć pretensje, że momentami zachowuje się naiwnie albo podejmuje decyzje potrzebne głównie fabule. Niektóre reakcje wydają się zbyt lekkie w stosunku do skali zagrożenia. Miszczuk wyraźnie stawia humor ponad pełnym psychologicznym realizmem. Gdyby Anka reagowała na każde wydarzenie zgodnie z prawdopodobnym poziomem traumy, powieść natychmiast zmieniłaby gatunek.
W tym miejscu trzeba zaakceptować zasady przyjęte przez autorkę. Wygnaniec ma być przygodą, nie studium załamania nerwowego. Bohaterka może więc przeżyć strzelaninę, porwanie i spotkanie z potworami, a chwilę później nadal prowadzić ciętą wymianę zdań. Nie jest to szczególnie wiarygodne, ale pasuje do tonu opowieści. Styl Miszczuk pozostaje lekki, bezpośredni i nastawiony na tempo. Autorka nie zatrzymuje się długo przy opisach, choć w środkowej części zdarzają się fragmenty, które wyhamowują historię. Dialogi mają większe znaczenie niż rozbudowana narracja, a kolejne sceny są projektowane tak, by szybko prowadzić do następnego wydarzenia lub żartu.
To książka, którą czyta się łatwo i szybko. Nie stawia przed odbiorcą wielkich wymagań, ale też nie próbuje udawać literatury bardziej ambitnej, niż jest w rzeczywistości. Miszczuk chce zapewnić rozrywkę, przedstawić nową mitologię i zbudować duet, którego dalsze losy będzie można śledzić przez kilka tomów. Ten cel realizuje sprawnie. Nie wszystko działa równie dobrze. Darragh bywa męczący, główny wątek traci ostrość, a część zwrotów można przewidzieć. Świat fae wykorzystuje znane motywy i dopiero czeka na pełniejsze rozwinięcie. Humor również nie zawsze trafia, zwłaszcza gdy autorce zbyt mocno zależy na podkreśleniu, jak bardzo jej bohaterowie nie przypominają klasycznej pary z romantasy.
Mimo tych wad Wygnaniec ma własną energię. Wynika ona przede wszystkim z bohaterki, lokalnego początku historii oraz swobodnego podejścia do gatunkowych zasad. Miszczuk nie kpi z romantasy z pozycji osoby stojącej na zewnątrz. Widać, że zna tę konwencję, rozumie jej atrakcyjność i sama korzysta z jej najpopularniejszych elementów. Równocześnie nie traktuje ich ze śmiertelną powagą.
To nie jest rewolucja w fantasy. Jest to jednak udana zabawa gatunkiem, która wie, kiedy użyć baśniowego uroku, a kiedy podstawić mu nogę. Największą zaletą książki pozostaje fakt, że nie próbuje sprzedać kolejnej historii o dziewczynie, której życie nabiera wartości dopiero po spotkaniu idealnego mężczyzny. Anka chciała przygody i ją dostaje, lecz nie oznacza to natychmiastowego szczęścia. Książę okazuje się kłopotem, magiczny świat pułapką, a spełnione marzenie wymaga większej odporności, niż bohaterka mogła przypuszczać.
Wygnaniec jest lekką, dynamiczną i zabawną powieścią fantasy, która dobrze otwiera nowe uniwersum. Nie dorównuje jeszcze najbardziej charakterystycznym historiom Miszczuk, ale ma wystarczająco dużo uroku, by chciało się wrócić do Dusibaby oraz świata pod czarną taflą. Książę z bajki rzeczywiście się pojawia. Leży nago w truskawkach, ma fatalny charakter i przynosi ze sobą katastrofę. Trudno uznać to za spełnienie marzeń. Jako początek przygody sprawdza się jednak całkiem dobrze.

