Oscar Gordon właściwie nie szuka wielkiej przygody. Bardziej dryfuje, jak wielu ludzi po wojnie, którzy niby wrócili do zwykłego życia, ale nie bardzo wiedzą, co z nim zrobić. Jest młody, sprawny, wyszkolony, trochę bezczelny, trochę zagubiony, z nadmiarem umiejętności przydatnych w sytuacjach, które w normalnym świecie zdarzają się rzadziej, niż życzyłby sobie ich właściciel. I wtedy pojawia się ogłoszenie zaczynające się od słów „Jesteś tchórzem?”. Trudno o bardziej bezczelne zaproszenie. Gordon odpowiada, bo oczywiście odpowiada. W powieści Heinleina przygoda nie puka do drzwi grzecznie. Raczej bierze człowieka za kołnierz i sprawdza, czy umie jeszcze udawać, że nie jest ciekawy.
Szlak chwały Roberta A. Heinleina to książka z 1963 roku i bardzo to czuć. Czuć w tempie, w poczuciu humoru, w podejściu do przygody, w męskim spojrzeniu na kobiety, w swobodzie obyczajowej, która jednocześnie chce być wywrotowa i momentami okazuje się już mocno przestarzała. To jedna z tych powieści, które najlepiej czytać z dwiema myślami naraz. Po pierwsze: to klasyczna, lekka, pulpowa jazda przez fantastyczne światy, pełna potworów, pojedynków, dziwnych zwyczajów, aluzji literackich i dialogów rzucanych z uśmiechem. Po drugie: to książka, która miejscami starzeje się niezgrabnie, zwłaszcza tam, gdzie Heinlein próbuje igrać z erotyką, płciowymi rolami i fantazją o bohaterze, któremu wszyscy zbyt chętnie przyznają rację.
Gordon, weteran walk w Azji Południowo Wschodniej, wypoczywa na Riwierze Francuskiej, gdzie spotyka kobietę niemal z męskiego snu o przygodzie. Piękna, tajemnicza, pewna siebie Star staje się dla niego przepustką do misji, która szybko wymyka się ziemskim kategoriom. Dołącza do nich Rufo, postać w typie sprytnego, wygadanego towarzysza drogi, i razem ruszają na tytułowy Szlak Chwały. Celem jest jajo feniksa, przeszkodami są potwory, pułapki, obce kultury, prawa, których Gordon nie rozumie, i kolejne światy, gdzie zdrowy rozsądek trzeba co chwilę przestawiać na inne tory.
Najprzyjemniejsza jest w tej książce sama energia opowiadania. Heinlein prowadzi rzecz wartko, z dużą łatwością i z wyczuwalną frajdą. Nie udaje, że pisze monumentalny epos. Bawi się wzorcami heroicznej wyprawy, fantastyki przygodowej, baśni, romansu i science fiction. Mamy tu coś z Conana, coś z Johna Cartera, coś z rycerskiej legendy, coś z międzywymiarowej awantury, a wszystko podlane typowym dla Heinleina gadulstwem, ironią i skłonnością do rozmów o normach społecznych, seksie, polityce, odwadze oraz sensie wygodnego życia. To nie jest powieść subtelna. To raczej książka, która wchodzi do pokoju z mieczem, kielichem i gotową anegdotą.
Gordon jako bohater sprawdza się właśnie dlatego, że jest trochę za bardzo uszyty pod przygodę. Umięśniony, wyszkolony, odważny, atrakcyjny, dowcipny, zorientowany w broni i walce, a do tego wystarczająco naiwny, by świat mógł go jeszcze zaskakiwać. Heinlein świadomie gra figurą Bohatera przez duże B. Gordon zostaje wrzucony w sytuacje, w których może robić to, do czego został stworzony: walczyć, improwizować, ryzykować, bronić towarzyszy, zwyciężać i przyjmować cudzy zachwyt z mieszaniną dumy oraz zakłopotania. Brzmi to jak prosta fantazja spełnienia i przez dłuższy czas rzeczywiście nią jest. Ale Heinlein byłby mniej ciekawy, gdyby na tym poprzestał.
Najlepsze w Szlaku chwały zaczyna się wtedy, gdy wyprawa nie kończy się w miejscu, w którym powinna zakończyć się każda porządna baśń. Bohater zdobył, ocalił, przetrwał, został nagrodzony. I co dalej? Właśnie to pytanie nadaje powieści drugie życie. Heinlein bardzo sprytnie rozciąga historię poza moment triumfu. Pokazuje, że „żyli długo i szczęśliwie” to nie koniec problemów, lecz czasem początek zupełnie nowych. Gordon okazuje się człowiekiem stworzonym do drogi, nie do bezruchu. Do ryzyka, nie do wygody. Do zadania, nie do odpoczynku. Prawdziwy temat tej książki nie brzmi: jak zostać bohaterem. Brzmi raczej: co zrobić z bohaterem, kiedy nie ma już smoka do zabicia.
Ta końcowa część jest zdecydowanie najciekawsza, bo wyciąga Szlak chwały poza ramy zwykłej przygodówki. Heinlein rozumie, że pełnia szczęścia może być dla niektórych ludzi podejrzanie podobna do klatki. Gordon dostaje nagrodę, o której mógłby marzyć niejeden bohater fantastycznej opowieści, a mimo to zaczyna się dusić. Nie dlatego, że jest niewdzięczny. Raczej dlatego, że jego tożsamość została zbudowana wokół ruchu, zagrożenia i sprawdzania siebie. Bez tego zostaje z pustką, której nie da się zasypać luksusem. To bardzo dobry, gorzki kontrapunkt dla całej wcześniejszej zabawy.
Heinlein ciekawie wykorzystuje też temat różnic kulturowych. Gordon trafia do światów, w których oczywiste ziemskie zasady przestają działać. Gest uprzejmości może okazać się obrazą, odmowa może być policzkiem, a moralność nie układa się według znanych mu schematów. W najlepszych momentach powieść naprawdę dobrze pokazuje, że bohaterstwo nie polega wyłącznie na machaniu mieczem. Czasem wymaga zrozumienia, że własne normy nie są jedynymi możliwymi. Nie zawsze Heinlein prowadzi ten temat z równą delikatnością, ale sam pomysł wciąż działa. Zwłaszcza gdy obca kultura nie jest tylko dekoracją, lecz sprawdzianem dla przekonań Gordona.
Znacznie gorzej wypadają niektóre kwestie obyczajowe. Relacja Gordona i Star może bawić jako element starej, pulpowej konwencji, ale równie łatwo może irytować. Star bywa jednocześnie potężna, tajemnicza i zadziwiająco podporządkowana fantazji narratora. Heinlein lubi prowokować, lubi pisać o seksualności otwarcie, lubi kpić z mieszczańskich norm, ale z dzisiejszej perspektywy część scen brzmi bardziej jak męska fantazja epoki niż rzeczywiście wyzwolona gra z konwencją. I tu trudno udawać, że wszystko przeszło próbę czasu bez zadrapań. Nie przeszło.
To zresztą jedna z najciekawszych sprzeczności Szlaku chwały. Powieść chce być swobodna, odważna, przekorna i antypruderyjna, a jednocześnie nosi w sobie bardzo wyraźne ślady swoich czasów. Kobiece postacie potrafią być intrygujące, ale często oglądamy je przez spojrzenie Gordona, które bywa zachwycone, bezceremonialne i po prostu męczące. Czy jest w tym pastisz? Częściowo pewnie tak. Czy wszystko da się tym pastiszem obronić? Niekoniecznie. Heinlein igra z baśnią o męskim bohaterze, ale czasem zbyt wygodnie rozsiada się w tej samej baśni, którą próbuje podważać.
Mimo tego Szlak chwały ma urok, którego nie da się łatwo zignorować. Przede wszystkim dlatego, że autor potrafi pisać przygodę. Sceny akcji są pomysłowe, dialogi mają tempo, a kolejne przeszkody na drodze bohaterów bywają naprawdę zabawne. Heinlein nie boi się niedorzeczności i często to ona daje książce życie. Potwory, dziwne obyczaje, nagłe zwroty, cytaty, odwołania do literatury i kultury, żarty rzucane w najmniej odpowiednich momentach, wszystko to tworzy wrażenie, że powieść nieustannie mruga do czytelnika. Czasem z wdziękiem. Czasem trochę za długo. Ale zwykle na tyle skutecznie, by chcieć iść dalej.
Warto też pamiętać, że Heinlein nie pisze fantasy w czystej postaci, nawet jeśli korzysta z jej rekwizytów. Pod spodem stale pracuje science fiction. Magiczne elementy dostają racjonalizujące, naukowo fantastyczne objaśnienia, a podróż przez światy nie jest wyprawą do baśniowej krainy, lecz przez wielowymiarową rzeczywistość. Ten mariaż miecza, kosmosu, mitu i żartu daje powieści specyficzny smak. To nie jest klasyczna space opera ani klasyczna heroic fantasy. To hybryda, która chwilami wygląda jak improwizacja, ale właśnie dzięki temu ma swobodę.
Nie każdemu ta swoboda przypadnie do gustu. Szlak chwały jest powieścią nierówną. Bywa błyskotliwa, a zaraz potem irytująca. Bywa zabawna, a chwilę później gada za długo. Ma sceny, które nadal niosą czystą przyjemność przygodowej lektury, i fragmenty, przy których trudno nie skrzywić się na sposób przedstawiania relacji damsko męskich. Ale nawet jej wady są ciekawe, bo mówią wiele o Heinleinie, o fantastyce lat sześćdziesiątych i o tym, jak zmieniło się nasze czytanie podobnych historii.
Najlepiej podejść do tej książki nie jak do nieskazitelnego klasyka, lecz jak do awanturniczej, trochę bezczelnej, miejscami przestarzałej, ale wciąż żywej rozmowy z konwencją. Heinlein nie pisze tu opowieści ciężkiej. Pisze o pragnieniu przygody, o zmęczeniu zwyczajnością, o bohaterstwie jako roli, która może dawać sens, ale także uzależniać. Pisze o tym, że nagroda nie zawsze jest nagrodą, a chwała niekoniecznie rozwiązuje problem człowieka, który ją zdobył.
Szlak chwały może więc dziś działać dwojako. Jako pulpowo przygodowa wyprawa przez dziwne światy, pełna humoru, walk i barwnych postaci. I jako sprytniejsza, niż na początku się wydaje, opowieść o tym, co zostaje po spełnieniu fantazji. Czyta się ją z przyjemnością, ale nie bez zastrzeżeń. Śmieje się z nią, ale czasem także z niej. I chyba właśnie w tym tkwi jej osobliwy urok. Heinlein daje bohaterowi szlak pełen potworów, nagród i zachwytów, po czym zadaje najokrutniejsze pytanie: skoro dostałeś wszystko, dlaczego nadal chcesz ruszyć dalej?

