Paryż dwudziestolecia międzywojennego wyjątkowo łatwo zamienić w dekorację. Wystarczy kilka nazwisk, jazz, dym z papierosów, Montparnasse, geometryczne art déco i kobieta z krótkimi włosami, żeby uruchomić obraz miasta nieustannie świętującego własną nowoczesność. Marta Orzeszyna robi coś znacznie ciekawszego. Pozostawia cały ten blask na miejscu, ale od początku przypomina, że stoi on na gruncie, który jeszcze nie przestał drżeć po Wielkiej Wojnie, a za chwilę zacznie pękać pod ciężarem kryzysu, radykalizacji i kolejnej katastrofy. Paryż. Lata 20., lata 30. jest więc opowieścią nie tyle o złotej epoce francuskiej stolicy, ile o mieście, które nauczyło się tańczyć nad przepaścią i przez pewien czas robiło to wyjątkowo efektownie.
Taki sposób patrzenia pozwala uniknąć najbardziej zużytej narracji o années folles. Orzeszyna nie odbiera tym latom ich energii, swobody obyczajowej i artystycznej gorączki. Przeciwnie, pokazuje je szeroko, pozwalając spotkać Picassa, Modiglianiego, Łempicką, Hemingwaya, Fitzgeralda, Cocteau, Bretona, Tzarę, Chanel czy Schiaparelli. Różnica polega na tym, że te nazwiska nie zostają ustawione w równym szeregu jako obowiązkowe ikony epoki. Autorka próbuje umieścić je we wspólnym organizmie miasta, w którym literatura, sztuka, moda, teatr, architektura, polityka i życie towarzyskie nie funkcjonowały osobno, lecz bezustannie na siebie zachodziły.
Właśnie z tego Paryż czerpie w książce swoją magnetyczność. Nie jest tylko miejscem, w którym akurat zamieszkało wielu wybitnych ludzi. Działa raczej jak środowisko przyspieszające ich spotkania. Salony Gertrudy Stein i Alice B. Toklas, pracownie, kawiarnie, redakcje, kabarety oraz środowiska artystyczne tworzą sieć, w której nowe idee bardzo szybko przechodzą z jednej dziedziny do drugiej. Malarstwo spotyka literaturę, moda przejmuje język awangardy, teatr korzysta z przemian obyczajowych, a architektura zaczyna odpowiadać na nowe wyobrażenie nowoczesnego życia.
Orzeszyna najlepiej pokazuje Paryż wtedy, gdy przestaje traktować kulturę jako zbiór osobnych nazwisk i przedstawia ją jako system nieustannych przepływów. Dzięki temu nawet dobrze znane postacie odzyskują właściwe proporcje. Picasso czy Hemingway nie muszą być ponownie przedstawiani jako samotne geniusze, ponieważ ciekawsza okazuje się sieć relacji, środowisk i mód, w której ich obecność nabierała znaczenia.
Sporo miejsca zajmuje przemiana obyczajowa, a tutaj szczególnie wyraźnie widać, jak mocno lata dwudzieste odcinały się od poprzedniej epoki. Kobiety pozbywają się gorsetów, skracają włosy, coraz częściej podejmują pracę i walczą o samodzielność. Zmienia się moda, ale wraz z nią zmienia się sposób poruszania po przestrzeni publicznej. To nie jest wyłącznie historia sukienek i fryzur. Ubranie staje się sygnałem większej emancypacji, podobnie jak możliwość zarabiania, samodzielnego mieszkania czy swobodniejszego uczestniczenia w kulturze.
Orzeszyna dobrze wychwytuje tę zależność także wtedy, gdy przywołuje Coco Chanel, Elsę Schiaparelli czy Antoniego Cierplikowskiego. Moda i fryzjerstwo mogą wydawać się tematami drugorzędnymi wobec polityki czy gospodarki, ale w tej książce działają jak doskonały wskaźnik zmian społecznych. Ciało, strój i wygląd stają się miejscem, w którym nowoczesność można zobaczyć natychmiast. Zmieniają się nie tylko gusta, ale również granice tego, co wypada, co uchodzi za kobiece, eleganckie, prowokacyjne czy nowoczesne.
Cierplikowski wprowadza przy okazji interesujący polski trop. Paryż Orzeszyny nie jest bowiem wyłącznie historią Francuzów i przyjezdnych z najbardziej oczywistych kierunków. Polacy także uczestniczą w tej rzeczywistości, współtworząc kulturę miasta i funkcjonując w jego artystycznym obiegu. To rozsądnie przesuwa perspektywę polskiego czytelnika. Francuska stolica nie była odległym centrum oglądanym znad Wisły, lecz przestrzenią, do której również przyjeżdżano, żeby tworzyć, pracować i budować kariery.
Autorka nie ogranicza się zresztą do środowisk artystycznych. Równie ważne pozostają technologia, medycyna, architektura i wielkie przedsięwzięcia wystawiennicze. Paryż ma być nowoczesny nie tylko dlatego, że pisze się tam manifesty. Nowoczesność musi być widoczna na ulicach, w budynkach, środkach transportu, witrynach, sposobach spędzania wolnego czasu i w przekonaniu, że przyszłość można zaprojektować.
Taka szerokość spojrzenia jest jednym z powodów, dla których książka ma charakter bardziej panoramiczny niż monograficzny. Orzeszyna chce uchwycić puls miasta, a nie przeprowadzić pogłębioną analizę jednego środowiska. Przeskakuje więc pomiędzy kulturą, obyczajem, polityką, architekturą, skandalem i wydarzeniami społecznymi. Przy bardziej akademickim nastawieniu można byłoby oczekiwać dłuższego zatrzymania przy konkretnych zjawiskach, ale nie taki wydaje się cel tej publikacji. Ma stworzyć szeroki obraz epoki i pokazać zależności pomiędzy jej poszczególnymi warstwami.
Najważniejsza korekta wobec popularnego mitu Paryża pojawia się jednak wraz z latami trzydziestymi. Miasto, które wcześniej można było oglądać przez pryzmat nowych mód, artystycznych prowokacji i obyczajowej emancypacji, zaczyna coraz wyraźniej odczuwać zmianę temperatury politycznej. Kryzys gospodarczy odbiera wcześniejszą lekkość, konflikty społeczne stają się ostrzejsze, radykalizują się nastroje, a fascynacja nowoczesnością przestaje automatycznie oznaczać wiarę w lepszą przyszłość.
Podtytuł Taniec na wulkanie nie jest więc ozdobnikiem. Cała konstrukcja książki opiera się na napięciu pomiędzy zachwytem a świadomością katastrofy, o której czytelnik wie więcej niż ludzie żyjący w opisywanej epoce. To daje lekturze szczególny rodzaj melancholii. Można patrzeć na rozwój sztuki, zabawę, modę i ekspansję nowych stylów życia, jednocześnie wiedząc, że za chwilę europejski świat ponownie zostanie rozbity.
Orzeszyna nie wykorzystuje tej wiedzy do nachalnego budowania złowrogich zapowiedzi. Bardziej interesuje ją proces. Kryzys nie spada na Paryż w jednej chwili, a ekstremizmy nie rodzą się w próżni. Miasto stopniowo traci wcześniejszą beztroskę, a wydarzenia polityczne zaczynają coraz mocniej wpływać na codzienność. Afery finansowe, napięcia społeczne i skandale kryminalne dodatkowo komplikują obraz metropolii, która z jednej strony nadal chce olśniewać, z drugiej coraz gorzej radzi sobie z własnymi pęknięciami.
Dobrze, że w tej opowieści znalazło się miejsce również na kryminał i skandal. Historia miasta bardzo łatwo staje się historią jego najwybitniejszych mieszkańców, a wtedy przeciętny Paryż znika pod warstwą wielkich nazwisk. Tymczasem plotka, zbrodnia, proces, afera czy finansowy przekręt potrafią powiedzieć o społeczeństwie równie wiele jak manifest artystyczny. Pokazują lęki, fascynacje, nierówności oraz sposób działania mediów.
Właśnie medialność epoki jest w książce stale obecna, nawet kiedy nie stanowi osobnego przedmiotu analizy. Wizerunek Paryża był już wtedy produkowany niemal na bieżąco. Artyści, projektanci, aktorzy i skandaliści funkcjonowali nie tylko jako ludzie, ale również jako publiczne figury. Stolica Francji sprzedawała własny mit równie skutecznie jak modę czy sztukę.
To ważne, bo pozwala inaczej spojrzeć na cały romantyczny obraz międzywojennego Paryża. Nie został on wymyślony dopiero przez późniejsze kino i literaturę. W dużej mierze zaczął powstawać już wtedy. Paryż był świadomy własnej pozycji i potrafił zamieniać ją w spektakl.
Orzeszyna pisze o tym świecie bez akademickiej sztywności. Narracja ma temperament reportażu historycznego, swobodnie przechodzącego od większych procesów do anegdot, postaci i konkretnych wydarzeń. Taki sposób prowadzenia tekstu dobrze współgra z tematyką. Paryż tych dwóch dekad trudno byłoby zamknąć w rygorystycznej konstrukcji bez utraty części jego chaotycznej energii.
Czasem ta płynność ma jednak swoją cenę. Bogactwo tematów oznacza konieczność szybkich przejść. Czytelnik może zainteresować się konkretną postacią albo zjawiskiem dokładnie w chwili, gdy narracja rusza już dalej. Nie należy więc traktować tej książki jako ostatecznego opracowania surrealizmu, emancypacji kobiet, architektury art déco czy francuskiej polityki międzywojennej. Każdy z tych tematów spokojnie mieści osobną bibliografię.
Tutaj tworzą część większej kompozycji. I właśnie jako kompozycja książka przekonuje najbardziej. Orzeszyna nie próbuje udowodnić, że kultura może istnieć poza gospodarką i polityką. Przeciwnie, pokazuje, jak bardzo wszystkie te sfery były ze sobą związane. Artystyczna rewolucja potrzebowała określonych warunków społecznych, zmiany obyczajowe wpływały na modę i sztukę, kryzys gospodarczy zmieniał atmosferę miasta, a polityczny radykalizm stopniowo ograniczał wcześniejsze poczucie nieskrępowanej możliwości.
Duży format i bogata warstwa ilustracyjna są tutaj czymś więcej niż eleganckim dodatkiem. Fotografie, plakaty, reprodukcje i materiały archiwalne pozwalają natychmiast skonfrontować opis z obrazem. Przy książce o kulturze wizualnej, modzie, architekturze i zmianach obyczajowych ma to szczególne znaczenie. Ilustracje nie tyle upiększają narrację, ile pozwalają zobaczyć, jak bardzo ta epoka była świadoma własnego wyglądu.
Twarz, fryzura, suknia, plakat reklamowy, wnętrze, fasada budynku czy fotografia ulicy stają się dokumentami równie wymownymi jak tekst. Albumowy charakter publikacji sprzyja także lekturze nielinearnej. Można czytać od początku do końca, ale można również wracać do konkretnych rozdziałów, przeglądać ikonografię i zatrzymywać się przy interesujących postaciach.
W tym sensie Paryż. Lata 20., lata 30. jest książką pomyślaną zarówno do czytania, jak i oglądania. Ryzyko podobnych publikacji polega na tym, że atrakcyjna oprawa zaczyna zastępować treść. Tutaj materiał wizualny raczej wzmacnia argument autorki. Zdjęcia i reprodukcje pomagają zobaczyć kontrasty, o których opowiada tekst. Elegancję i biedę, awangardę i codzienność, pozorną lekkość oraz coraz bardziej nerwową atmosferę lat trzydziestych.
Najbardziej interesująca pozostaje właśnie ta dwoistość. Orzeszyna nie próbuje odbierać Paryżowi legendy. Picasso nadal maluje, Hemingway pisze, Chanel zmienia kobiecą sylwetkę, a Montparnasse przyciąga kolejnych przyjezdnych. Chodzi raczej o to, żeby zobaczyć, co znajduje się poza kadrem najbardziej znanej fotografii.
Tam czekają ludzie okaleczeni przez poprzednią wojnę, nierówności, kryzys ekonomiczny, polityczna przemoc i narastający lęk przed tym, co nadchodzi. Im bliżej końca lat trzydziestych, tym trudniej traktować wcześniejszy karnawał jako samodzielną historię. Paryż. Lata 20., lata 30. nie obala więc mitu miasta świateł. Robi z nim coś pożyteczniejszego. Dodaje cienie, bez których światło pozostawałoby jedynie dekoracją. Pokazuje dwie dekady jako okres zachwycającej kreatywności, społecznej emancypacji i gwałtownego przyspieszenia, ale nie pozwala zapomnieć, że pod tą powierzchnią Europa stopniowo przygotowywała sobie kolejną tragedię.
I może właśnie dlatego obraz Paryża pozostaje po tej lekturze tak żywy. Nie jako stolica wiecznego święta, lecz jako miasto, które przez kilkanaście lat potrafiło wyglądać tak, jakby przyszłość należała właśnie do niego, choć coraz wyraźniej nadciągała przyszłość zupełnie inna.

