W westernie ziemia zwykle obiecuje coś wielkiego. Przestrzeń, wolność, ucieczkę, może nawet nowe życie. W Pożyczonych wzgórzach Scotta Prestona ziemia niczego nie obiecuje. Ona ciąży. Leży na człowieku jak mokry płaszcz, wchodzi w buty, w ręce, w płuca, w gniew. Kumbria nie jest tu malowniczym tłem dla turystów, którzy chcą zrobić zdjęcie wzgórzom, kamiennym murkom i owcom rozsypanym po zboczach. To kraina deszczu, błota, kwaśnej wody, ciężkiej pracy i ludzi, którzy żyją tak, jakby od dawna wiedzieli, że nikt nie przyjdzie im z pomocą.
Preston bierze więc kostium westernu, ale przenosi go w miejsce pozornie zupełnie do niego niepasujące. Zamiast prerii mamy angielskie pogranicze. Zamiast koni i rewolwerowców są owce, ciężarówki, farmy i mężczyźni, którzy więcej robią, niż mówią. Zamiast mitu podboju dostajemy opowieść o trzymaniu się świata, który już się rozpada. I właśnie dlatego ten pomysł działa tak mocno. Pożyczone wzgórza nie próbują udawać amerykańskiej opowieści w brytyjskim krajobrazie. To raczej western odwrócony, pozbawiony romantycznego oddechu, brudny, lokalny, zrodzony z bezsilności.
Powieść zaczyna się od katastrofy, która naprawdę dotknęła brytyjską wieś na początku XXI wieku. Epidemia pryszczycy z 2001 roku doprowadziła do masowego wybijania stad. Dla kogoś z zewnątrz to może być historyczny fakt, liczba zwierząt, obraz z wiadomości, wspomnienie dymu nad farmami. Dla bohaterów Prestona to koniec świata. Nie metaforyczny, ale bardzo konkretny. Owce nie są tu wyłącznie majątkiem. Są rytmem życia, dziedzictwem, pracą pokoleń, sensem codzienności i ostatnim dowodem na to, że człowiek jeszcze do czegoś należy.
Steve Elliman wraca w rodzinne strony, żeby pomóc ojcu. Już ten powrót ma w sobie coś z klęski. Steve nie jest bohaterem, który z dumą przejmuje gospodarstwo. Raczej człowiekiem związanym z miejscem mocniej, niż chciałby przyznać. Kumbria go odpycha i przyciąga jednocześnie. Tak bywa z miejscami, z których się pochodzi. Można chcieć uciec, można nauczyć się innego życia, można jeździć ciężarówką po drogach daleko od rodzinnych wzgórz, ale pewne krajobrazy zostają pod skórą. Nie jako pocztówka, tylko jako zadra.
Po śmierci ojca Steve zostaje wciągnięty w orbitę Williama Herne’a, sąsiada, farmera, człowieka twardego, niebezpiecznego i coraz bardziej zdesperowanego. William traci stado, a razem z nim traci fundament własnej tożsamości. Pomysł kradzieży owiec z południa kraju może brzmieć na papierze niemal absurdalnie, jak przestępcza anegdota z prowincji. U Prestona szybko okazuje się jednak czymś znacznie mroczniejszym. To nie jest lekka historia o sprytnych farmerach, którzy postanowili odbić się od dna. To desperacki ruch ludzi, którzy nie potrafią wyobrazić sobie życia poza porządkiem, jaki właśnie został im odebrany. W Pożyczonych wzgórzach przestępstwo nie rodzi się z chciwości. Rodzi się z pustki po świecie, który przestał działać.
Najbardziej imponujące jest to, jak Preston buduje atmosferę miejsca. Kumbria nie jest dekoracją, lecz siłą sprawczą. Wzgórza, kamienne ściany, mokre pola, gospodarstwa oddalone od siebie na tyle, by ludzie nie musieli zbyt często na siebie patrzeć, wszystko to tworzy świat osobny, twardy i nieufny. Turystyczny Lake District zostaje tu wyparty przez krajobraz pracy, choroby i przemocy. Nie ma sielanki. Nie ma uroczych farmerów z reklam wiejskiego życia. Jest mięso, dym, błoto, zmęczenie, milczenie i świadomość, że piękno krajobrazu niczego nie łagodzi.
Preston pisze o wsi bez lukru, ale też bez pogardy. To bardzo ważne. Jego bohaterowie nie są egzotycznymi dziwakami wystawionymi na pokaz dla miejskiego czytelnika. Są ludźmi ukształtowanymi przez pracę, samotność, dziedziczony upór i lokalne kody, których nikt z zewnątrz nie tłumaczy. Powieść bywa przez to szorstka, czasem nieprzystępna, szczególnie przez dialekt i język zanurzony w realiach Kumbrii. Ale ta trudność jest częścią doświadczenia. Ta książka nie chce natychmiast wpuścić czytelnika do środka. Patrzy na niego podejrzliwie, tak jak patrzy się na obcego, który przyjechał zobaczyć krajobraz, ale nie rozumie życia pod nim.
Język Pożyczonych wzgórz ma w sobie rytm ziemi, pracy i przemocy. Jest miejscami poetycki, lecz nigdy miękki. Preston potrafi pisać zdaniami, które pachną dymem, mokrą wełną i gnijącą trawą. W opisach przyrody nie szuka pocieszenia. Piękno jest tu ostre, zimne, obojętne. Krajobraz może zachwycać, ale nie uratuje nikogo. To proza mocno fizyczna, osadzona w ciężarze przedmiotów, zwierząt, ciał, narzędzi i milczenia. Jeśli pojawiają się porównania do Cormaca McCarthy’ego, nie są bezpodstawne, choć Preston nie jest prostym naśladowcą. Ma własną lokalność, własny brud i własny gniew.
To także powieść o męskości, która nie potrafi znaleźć języka dla własnej rozpaczy. Steve i William są ludźmi czynu, nie zwierzeń. Robią, milczą, piją, jadą, pracują, wikłają się w coraz gorsze decyzje. Ich emocje wychodzą bokiem, przez upór, przemoc, lojalność, rywalizację i pragnienie czegoś, czego sami nie umieliby nazwać. Preston nie usprawiedliwia tej męskości, ale dobrze ją rozumie. Pokazuje, jak samotność i duma mogą stać się instynktem przetrwania, a potem pułapką.
Relacja Steve’a z Williamem jest jednym z najciekawszych elementów książki. Jest w niej zależność, fascynacja, niechęć, lojalność i zagrożenie. William ciągnie Steve’a w dół, ale jednocześnie wydaje się ucieleśnieniem świata, którego Steve nie potrafi całkiem porzucić. Przy nim wszystko staje się bardziej ryzykowne, bardziej pierwotne, bardziej związane z ziemią i stadem. To nie jest przyjaźń w prostym sensie. Raczej więź między ludźmi, którzy rozpoznają w sobie ten sam brudny kod przetrwania, nawet jeśli jeden z nich próbuje udawać, że już z niego wyrósł.
Ważną postacią pozostaje także Helen, żona Williama. W świecie zdominowanym przez mężczyzn, ich pracę, agresję i milczenie, jej obecność wprowadza dodatkowe napięcie. Nie chodzi tylko o romansowy impuls czy zagrożenie dla kruchego układu między Steve’em a Williamem. Helen staje się jednym z tych punktów, w których pragnienie innego życia zderza się z lojalnością wobec miejsca, ludzi i własnych ograniczeń. Preston nie robi z niej ozdoby męskiego dramatu, choć powieść zdecydowanie mocniej trzyma się męskiej perspektywy. Jej obecność komplikuje świat, który i tak ledwo stoi.
Najbardziej przejmujące są sceny związane z pryszczycą i wybijaniem stad. Jest w nich coś apokaliptycznego. Owce płoną, gospodarstwa tracą sens, ludzie patrzą na zagładę własnej codzienności. Preston opisuje to bez sentymentalizmu, ale bardzo mocno. Choroba nie zabija tylko zwierząt. Zabija ciągłość. Zabija pewność, że jutro będzie podobne do wczoraj. Zabija dziedziczenie pracy, przekazywanie umiejętności, lokalne poczucie sensu. Państwo, procedury i przymus sanitarny wchodzą w świat, który i bez tego był kruchy, a potem zostawiają ludzi z pustymi polami.
W tym sensie Pożyczone wzgórza są także opowieścią o zapomnianej Anglii. Nie tej z Londynu, nie tej z uniwersyteckich debat, nie tej z turystycznych folderów. O Anglii pracującej, mokrej, oddalonej, pełnej ludzi, których życie rzadko trafia do wielkich narracji, chyba że w formie kryzysu, reportażu albo obrazka z prowincji. Preston pisze o farmerach bez romantycznego zachwytu, ale z wyraźnym poczuciem, że ich świat zasługuje na literaturę. Nawet jeśli jest brutalny, ograniczony, nieprzystępny i sam dla siebie często niszczący. To książka o ludziach, którzy nie posiadają ziemi w piękny sposób. Raczej są przez nią posiadani.
Fabuła, zwłaszcza od momentu planowania kradzieży owiec, nabiera mocnego tempa. Preston potrafi budować napięcie z prostych czynności: jazdy, czekania, wyprawy przez teren, niepewności, zmęczenia, świadomości, że jeden błąd może uruchomić lawinę. Ta część ma w sobie rasową westernową energię, ale bez szerokiego, heroicznego gestu. Jest brudno, nerwowo, ciasno, mimo otwartej przestrzeni. Czytelnik czuje zmęczenie bohaterów, ich desperację, błoto pod stopami i to napięcie, gdy plan przestaje należeć do ludzi, którzy go wymyślili.
Nie wszystko w tej powieści musi każdemu zagrać. Jej stylistyczna szorstkość, dialekt, twardość dialogów i męski, zamknięty świat mogą stanowić próg wejścia. Kto oczekuje klasycznej powieści kryminalnej, może poczuć, że Pożyczone wzgórza idą inną drogą. Kto szuka realistycznej opowieści farmerskiej, może zdziwić się, jak mocno tekst skręca w stronę niemal mitycznego westernu. Są też momenty, w których zawieszenie niewiary musi popracować bardziej niż zwykle. Sama kradzież owiec ma w sobie coś z brawurowego, lekko niewiarygodnego konceptu. Ale Preston podaje ją z taką siłą atmosfery, że trudno nie wejść w tę logikę.
Najlepsze jest to, że książka zostaje w głowie nie tylko przez fabułę. Zostaje przez obrazy. Owce pośród ognia. Dym nad wzgórzami. Puste gospodarstwa. Drogi, przy których łatwiej milczeć niż rozmawiać. Mężczyzn, którzy nie potrafią powiedzieć, że się boją, więc robią coś głupiego, niebezpiecznego albo nieodwracalnego. I tę dziwną, bolesną prawdę, że czasem człowiek wraca nie dlatego, że kocha miejsce, ale dlatego, że nic innego nie potrafi go równie mocno zranić.
Finał ma siłę uderzenia, ale nie w prosty, sensacyjny sposób. Jest w nim coś symbolicznego, surowego i bardzo smutnego. Preston potrafi zamknąć powieść obrazem, który zbiera wcześniejsze tematy: chorobę, stratę, dziedzictwo, samotność, zwierzęcość, upór i bezradność. To jeden z tych końców, które nie tyle rozwiązują historię, ile pozwalają jej opaść na czytelnika całym ciężarem.
Pożyczone wzgórza to bardzo mocny debiut. Brutalny, poetycki, lepki od deszczu i dymu. Scott Preston napisał powieść o końcu świata, który dla większości ludzi nawet nie był widoczny. O farmerach, którym odebrano stada. O mężczyznach, którzy nie umieją przegrywać inaczej niż przemocą. O krajobrazie tak pięknym, że aż okrutnym. I o tym, że czasem najbardziej niebezpieczne są nie wielkie marzenia, lecz próba odzyskania tego, co już bezpowrotnie przepadło.
To western bez mitu podboju. Zamiast niego jest mit trwania. Jeszcze ciemniejszy, jeszcze bardziej uparty. Bo w Kumbrii Prestona nikt nie jedzie ku nowemu światu. Wszyscy próbują utrzymać stary, choć ten już dawno płonie.

