Chaled nie od razu rozumie, że jedno popołudnie może rozciąć życie na dwie części. Najpierw jest młodym Libijczykiem, studentem, człowiekiem z planami, przyjaźniami, rodziną zostawioną daleko za sobą i przekonaniem, że wyjazd do Wielkiej Brytanii jest tylko etapem. Potem przychodzi kwiecień 1984 roku, demonstracja pod ambasadą Libii w Londynie, strzały oddane z okna budynku, śmierć policjantki Yvonne Fletcher i ranni protestujący. Wśród nich Chaled i Mustafa. Od tej chwili powrót do domu przestaje być prostą możliwością. Staje się ryzykiem, tęsknotą, milczeniem i pytaniem, które będzie do nich wracało przez całe dekady.
Moi przyjaciele Hishama Matara to powieść o ludziach, którym polityka weszła w życie brutalnie, nagle i bez pytania. Nie w formie abstrakcyjnego sporu, nie jako ideologia do omówienia przy stole, ale jako rana, strach przed podsłuchem, niemożność szczerej rozmowy z rodziną, konieczność zniknięcia, zmiany planów i życia na pół głosu. Matar nie pisze jednak powieści publicystycznej. Nie wyjaśnia Libii przez wykład o reżimie Kaddafiego. Pokazuje raczej, jak dyktatura rozlewa się po najintymniejszych miejscach ludzkiego życia. Najbardziej przerażające nie jest tu samo wygnanie, lecz to, że człowiek na wygnaniu musi zacząć kłamać nawet tym, których kocha najbardziej.
Chaled, Mustafa i Hosam tworzą centrum tej historii, choć narrator nie jest bohaterem najbardziej widowiskowym. Chaled bywa zachowawczy, wycofany, ostrożny. Czasem bardziej obserwuje cudze decyzje, niż sam kształtuje bieg wydarzeń. I właśnie dlatego jest tak ciekawy. Matar nie potrzebuje postaci efektownej, by opowiedzieć o rozdarciu. Chaled jest kimś, kto próbuje przetrwać. Nie chce stać się symbolem, nie chce należeć do wielkiej historii, a jednak zostaje przez nią naznaczony. Jego zwyczajność nie jest słabością powieści. To przez nią widać, jak mocno przemoc polityczna potrafi zdeformować nawet najcichsze życie.
Przyjaźń w tej książce nie ma w sobie łatwej wzniosłości. Nie jest deklaracją, nie jest romantycznym obrazem ludzi, którzy zawsze się rozumieją i zawsze wybierają tak samo. To relacja zmienna, czasem pełna bliskości, czasem napięcia, czasem milczenia. Chaled, Mustafa i Hosam są sobie potrzebni, bo łączy ich doświadczenie, którego nikt z zewnątrz nie pojmie do końca. Jednocześnie każdy z nich inaczej odpowiada na pytanie, co zrobić z utraconą ojczyzną. Jeden chce wracać, drugi walczyć, trzeci trwać w zawieszeniu. Matar pięknie pokazuje, że przyjaźń nie polega na jednakowym wyborze drogi, lecz na tym, że przez lata nadal rozpoznajemy w drugim człowieku część własnego losu.
Bardzo mocny jest tu motyw domu. Libia istnieje w powieści nie tylko jako miejsce na mapie, ale jako zapach, język, wspomnienie, rodzinny głos w telefonie, obraz dzieciństwa i rana, której nie da się zamknąć. Londyn z kolei nie jest po prostu obcym miastem. Z czasem staje się codziennością, przestrzenią nawyków, pracy, spacerów, mieszkań, spotkań i rozstań. Matar nie daje łatwej odpowiedzi, gdzie naprawdę jest dom człowieka, który przez lata nie mógł wrócić. Pokazuje raczej, że po długiej emigracji słowo „tam” zaczyna pękać. Ojczyzna pozostaje ważna, ale nie zawsze pozostaje dostępna. Nowe miejsce nie zawsze daje ukojenie, ale bywa jedynym miejscem, w którym można żyć dalej.
Właśnie ten stan zawieszenia Matar opisuje najczulej. Jego bohaterowie funkcjonują między dwoma rzeczywistościami. W Londynie mogą chodzić po ulicach, studiować, pracować, rozmawiać, starzeć się. W Libii zostają ich rodzice, rodzeństwo, dawni znajomi, język dzieciństwa i niebezpieczeństwo, które może dosięgnąć każdego, kto wypowie za dużo. Każda rozmowa telefoniczna jest tu napięta, bo każde słowo może kogoś narazić. Każde milczenie znaczy więcej, niż powinno. Emigracja w tej powieści nie jest jedynie oddaleniem od kraju. Jest życiem w dwóch czasach naraz, z których żaden nie daje pełnego schronienia.
Matar prowadzi opowieść przez lata, od młodości bohaterów po Arabską Wiosnę. Nie robi tego w rytmie klasycznej fabuły o narastających wydarzeniach i wyraźnych punktach zwrotnych. Ta powieść bardziej przypomina długi powrót pamięcią. Kolejne sceny układają się w historię człowieka, który próbuje zrozumieć, kim stał się po utracie możliwości normalnego powrotu. Czas płynie, relacje się zmieniają, polityka wraca pod innymi postaciami, a jednak pewne pytania pozostają te same. Czy można odzyskać kraj po tylu latach? Czy powrót naprawdę coś naprawia? Czy człowiek, który przeżył większość dorosłego życia gdzie indziej, nadal należy do miejsca, z którego wyjechał?
Największą siłą Matara jest powściągliwość. Autor pisze o przemocy, wygnaniu, dyktaturze i samotności bez krzyku. Jego język jest elegijny, skupiony, momentami hipnotyczny. Nie przyspiesza tam, gdzie inny pisarz szukałby dramatycznego efektu. Pozwala emocjom narastać powoli, przez drobne gesty, rozmowy, wspomnienia, spotkania po latach i niewypowiedziane pretensje. Dzięki temu Moi przyjaciele nie uderzają w czytelnika jedną sceną. Ta powieść raczej zostaje pod skórą, bo opisuje stany, które nie kończą się wraz z wydarzeniem. Strzały pod ambasadą milkną, ale ich echo trwa przez dekady.
Ciekawie wypada również obecność literatury. Hosam jako pisarz nie jest tu przypadkowym dodatkiem. Dla Chaleda opowieści, książki i język są sposobem rozumienia świata, czasem także sposobem ocalenia siebie. Matar przypomina, że literatura może stać się rodzajem przyjaźni, szczególnie wtedy, gdy realny świat rozpada się na strefy zakazu, strachu i milczenia. Czytanie nie zastępuje domu, ale potrafi stworzyć przestrzeń, w której człowiek przez chwilę nie jest sam.
Nie jest to książka dla czytelników szukających szybkiej, mocno fabularnej opowieści politycznej. Jej rytm jest niespieszny, wewnętrzny, chwilami bardzo refleksyjny. Kto oczekuje ostrego obrazu Arabskiej Wiosny, rewolucyjnego wrzenia i gwałtownych scen historycznych, może poczuć niedosyt. Matar bardziej interesuje się tym, co historia robi z człowiekiem po cichu. Arabską Wiosnę widzimy przez decyzje przyjaciół, przez ich rozchodzące się ścieżki, przez nadzieję, lęk i poczucie, że nawet upadek dyktatora nie przywraca automatycznie utraconego życia.
W tej powściągliwości jest jednak ogromna uczciwość. Matar wie, że emigracja polityczna nie składa się wyłącznie z wielkich dramatów. Składa się także z pracy, samotnych spacerów, mieszkań wynajmowanych przez lata, rozmów przy jedzeniu, listów, maili, odwlekanych powrotów i decyzji, które po czasie wyglądają inaczej niż w chwili ich podejmowania. To powieść o tym, że wygnanie nie zawsze ma jedną datę początku i końca. Czasem staje się sposobem oddychania.
Moi przyjaciele są opowieścią intymną, a jednocześnie głęboko polityczną. Matar pokazuje, że polityka nie kończy się na granicach państwa ani na zmianie rządu. Wchodzi w przyjaźnie, rodziny, ciało, język i pamięć. Zmienia sposób, w jaki człowiek odbiera telefon, odpowiada na pytanie o pochodzenie, mówi o domu albo milczy wtedy, gdy chciałby powiedzieć wszystko.
To piękna, smutna i bardzo dojrzała powieść. Nie daje łatwego ukojenia, ale też nie tonie w rozpaczy. Jej światło znajduje się w relacjach między ludźmi. W tym, że czasem drugi człowiek staje się jedynym świadkiem naszej prawdziwej historii. Matar pisze o przyjaźni jako o domu zastępczym, niedoskonałym, kruchym, czasem bolesnym, ale jednak zdolnym utrzymać przy życiu tych, którym odebrano miejsce powrotu.

