Podejrzanie tani domek stojący samotnie w głębi lasu powinien uruchamiać dokładnie ten sam instynkt samozachowawczy co napis „nie otwierać” umieszczony na drzwiach piwnicy. Rodzice Tary rozważają jednak zakup, a ona sama proponuje rozwiązanie praktyczne: zamieszka tam przez tydzień i sprawdzi, czy wszystko jest w porządku. W dodatku zabierze przyjaciół. Będą wakacje, urodziny, trochę czasu z Tobiaszem i święty spokój z dala od dorosłych. Problem w tym, że w Trollheimie „z dala od dorosłych” zazwyczaj oznacza również „niebezpiecznie blisko czegoś, co próbuje cię zabić”.
Klątwa Lasu Trolli jest już szóstą częścią serii Arne Lindmo i pod jednym względem różni się od wcześniejszych przygód wyraźniej, niż sugerowałaby kolejna klątwa w tytule. Dzieciaki zaczynają wyrastać z dziecięcych problemów, choć potwory najwyraźniej nie zamierzają dać im z tego powodu urlopu. Tara, Tobiasz, Adam i reszta grupy stoją przed zmianą szkoły, zastanawiają się, czy nadal będą trzymać się razem, pojawiają się zauroczenia, zazdrość, pierwsze pocałunki i równie pierwsze rozczarowania. Lindmo nie zatrzymuje bohaterów w wygodnej fabularnej kapsule, w której przez dziesięć tomów można mieć trzynaście lat i dokładnie te same relacje z kolegami.
To rozsądny kierunek dla serii, której czytelnicy również zdążyli trochę podrosnąć. Przyjaźń przestaje tutaj oznaczać wyłącznie zgodną drużynę ruszającą przeciw kolejnemu potworowi. Zaczyna się komplikować. Tara szczególnie cieszy się na wspólny wyjazd z Tobiaszem, lecz uczucia w grupie potrafią stworzyć bałagan, którego nie rozwiąże żadne magiczne zaklęcie. Adam, Zira, Silje i pozostali również funkcjonują już nie tylko jako zestaw umiejętności potrzebnych podczas kolejnej wyprawy. Coraz wyraźniej mają własne emocje, sympatie i problemy. A później pojawiają się zwierzęta zombie i człowiek zaczyna tęsknić za zwyczajnym nastoletnim dramatem.
Sam domek znajduje się niemal godzinę drogi przez las, wokół rozciągają się bagna, telefon nie ma zasięgu, a okolica zdecydowanie nie zachęca do samotnych spacerów po zmroku. Innymi słowy: nieruchomość marzeń, jeżeli marzeniem jest błyskawiczne wystąpienie w lokalnych wiadomościach. Początkowa atmosfera wakacyjnego wyjazdu szybko ustępuje przekonaniu, że niska cena domu miała bardzo konkretną przyczynę. W przeszłości wydarzyło się tu coś złego, a klątwy mają paskudny zwyczaj ignorowania faktu, że ich pierwotni uczestnicy dawno zeszli ze sceny.
Lindmo wykorzystuje izolację znacznie lepiej niż rozbudowaną geografię. Bohaterowie nie muszą tym razem odbywać wielkiej wyprawy do kolejnych krain. Wystarczy las, domek, mokradła i świadomość, że pomoc nie przyjedzie po jednym telefonie. Przestrzeń się kurczy, więc zagrożenie wydaje się bliższe. Każde wyjście między drzewa oznacza wejście na teren, którego zasad grupa jeszcze nie rozumie. A zasady robią się szybko nieprzyjemne. Pojawiają się cieniostwory, ożywione zwierzęta, czarna magia i czarnoksiężnik Mårg. Szczególnie dobrym pomysłem są magiczne pierścienie pozwalające po dotknięciu kości zobaczyć ostatnie chwile życia zmarłego. Lindmo potrafi wymyślać przedmioty, które w innym fantasy byłyby po prostu użytecznymi artefaktami, a tutaj natychmiast nabierają makabrycznego charakteru. Możliwość poznania przeszłości brzmi kusząco, dopóki nie uświadomimy sobie, że trzeba ją oglądać od strony czyjejś śmierci.
To zresztą charakterystyczne dla całego Trollheimu. Lindmo pisze dla młodszych odbiorców, ale nie dezynfekuje dla nich grozy. Niebezpieczeństwo potrafi zostawić po sobie fizyczne konsekwencje, bohaterowie bywają ranni, a fantastyczne stworzenia nie istnieją wyłącznie po to, żeby efektownie wyglądać na ilustracji. Seria od początku miała zęby i szósty tom ich nie piłuje.
Momentami zaczyna natomiast uwierać coś innego. Po sześciu częściach można się zastanawiać, jakim cudem ta ekipa zachowuje jeszcze tak dużą gotowość do kolejnych przygód. Przeżyli już wystarczająco dużo, żeby na hasło „tajemniczy domek w Lesie Trolli” odpowiedzieć wspólnym „nie” i pojechać na tydzień nad basen. Szczególnie zabawnie wypada to przy Rogerze, którego doświadczenia zdecydowanie kwalifikowałyby go raczej do długiej rozmowy z terapeutą niż ochoczego uczestnictwa w kolejnej imprezie. To oczywiście konwencja serii, ale im poważniejsze stają się konsekwencje wydarzeń, tym trudniej całkiem jej nie zauważać.
Na szczęście Lindmo coraz częściej pokazuje konsekwencje w innym miejscu: w relacjach. I właśnie dlatego nastoletnie zauroczenia wcale nie przeszkadzają horrorowej części fabuły. Przeciwnie, są jej potrzebne. Gdyby bohaterowie zajmowali się już wyłącznie trollami, demonami i ratowaniem świata, staliby się małymi zawodowymi pogromcami potworów. Tymczasem Tara może chwilę wcześniej martwić się tym, co właściwie czuje Tobiasz, a następnie uciekać przed czymś, czego żaden człowiek nie chciałby spotkać między drzewami. Jedno nie unieważnia drugiego. Tak właśnie wygląda ich rzeczywistość.
Autor nadal pisze bardzo oszczędnie. Nie zatrzymuje fabuły dla rozbudowanych opisów ani nie mnoży rozmów, których jedynym zadaniem byłoby nabicie objętości. Rozdziały prowadzą od zdarzenia do zdarzenia, kolejne informacje zmieniają rozumienie tajemnicy, a kiedy zagrożenie zostaje już odsłonięte, historia nie spuszcza specjalnie nogi z gazu. To literatura dla młodego czytelnika, która szanuje jego niecierpliwość, ale nie myli jej z brakiem inteligencji.
Szósty tom pokazuje też, dlaczego najlepiej czytać Trollheim po kolei. Samą zagadkę Klątwy Lasu Trolli można zrozumieć bez prowadzenia kroniki poprzednich pięciu książek, lecz wtedy traci się sporą część tego, co obecnie robi Lindmo z postaciami. Przyjaźnie, uczucia oraz wcześniejsze doświadczenia mają już swoją historię. Spotkanie tej ekipy dopiero tutaj przypominałoby wejście na imprezę, kiedy wszyscy pozostali znają się od lat. Można się bawić, tylko część żartów i spojrzeń przejdzie bokiem.
Klątwa Lasu Trolli jest więc ciekawym momentem dla całego cyklu. Potwory robią się paskudniejsze, ale jednocześnie coraz mniej oczywiste staje się, czy największym problemem bohaterów jest naprawdę to, co mieszka w lesie. Dorastanie zaczyna zmieniać układ drużyny, a perspektywa nowej szkoły może dla trzynastolatka brzmieć niewiele mniej złowieszczo niż czarnoksiężnik władający cieniostworami. Arne Lindmo najwyraźniej doszedł do wniosku, że jedno nieszczęście nie wyklucza drugiego. Można jednocześnie przeżywać pierwsze miłosne rozczarowanie i uciekać przed zwierzęciem zombie.

