Leith wszedł na arenę z własnej woli, ale możliwość wyjścia z niej przestała należeć do niego. Miał walczyć wystarczająco długo, by zarobić na ratunek dla umierającej siostry. Zamiast pieniędzy dostał blizny, śmierć ludzi, z którymi zdążył się związać, i coraz lepsze rozeznanie w tym, jak niewiele warte jest ludzkie życie w królestwie Arrow. Bloodguard zaczyna więc od pomysłu znacznie ciekawszego niż kolejna wariacja na temat romansu księżniczki z wojownikiem. Cecy Robson buduje historię człowieka, który miał sprzedać trochę własnej krwi, a odkrył, że sprzedał samego siebie.
Arena jest tutaj zarówno miejscem akcji, jak i podstawą całego porządku społecznego. Gladiatorzy mordują się ku uciesze widowni, bogaci sponsorują swoich faworytów, a dla przybyszy z biedniejszych krain udział w turniejach pozostaje jedną z niewielu dróg do pieniędzy i awansu. Tytuł Strażnika Krwi oznacza dla Leitha znacznie więcej niż prestiż. To obietnica wolności, majątku i odzyskania kontroli nad życiem. Problem w tym, że im bliżej znajduje się celu, tym wyraźniej rozumie, jak starannie cały system skonstruowano przeciwko takim ludziom jak on.
Robson najlepiej radzi sobie właśnie wtedy, kiedy wypuszcza Leitha na arenę. Walki bywają wymyślne, brutalne i świadomie widowiskowe. Przeciwnikiem nie musi być drugi człowiek, ponieważ organizatorom zależy przede wszystkim na spektaklu. Kolejne próby mają więc coraz bardziej fantastyczny charakter, a przeżycie zależy od czegoś więcej niż siły mięśni. Jednocześnie śmierć nie staje się anonimową dekoracją. Leith zna innych gladiatorów, dzieli z nimi koszary, jedzenie i strach przed kolejnym pojedynkiem. Kiedy później musi z nimi walczyć, trudno traktować ich jak przeszkody ustawione przed protagonistą.
Nie wszystkie starcia wypadają równie dobrze. Niektóre rozwiązania są zbyt wygodne, czasem Leith wychodzi z sytuacji, które powinny kosztować go znacznie więcej, a mechanika części pojedynków przegrywa z potrzebą widowiskowości. Robson wyraźnie bardziej interesuje emocjonalny efekt walki niż jej żelazna logika. Przyjąłem tę umowność, choć kilka razy arena, która miała być bezlitosną maszyną do mielenia ludzi, okazywała bohaterowi podejrzanie dużo łaskawości.
I wtedy pojawia się Maeve. Elfia księżniczka pochodzi dokładnie z tej części społeczeństwa, którą Leith nauczył się obwiniać za własny los. Ich relacja zaczyna się od interesu, a nie romantycznego olśnienia. Ona potrzebuje gladiatora do własnej politycznej rozgrywki, on potrzebuje możliwości zdobycia wolności. To znacznie lepszy fundament romansu niż natychmiastowe przekonanie, że oto spotkało się przeznaczenie.
Szkoda tylko, że później Robson nie zawsze ma cierpliwość, żeby wykorzystać napięcie wynikające z tego układu. Pociąg fizyczny między bohaterami pojawia się szybko i pasuje do ich sytuacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy równie szybko przychodzą poważniejsze deklaracje. Leith i Maeve mieli mnóstwo powodów, żeby długo sobie nie ufać. Dzieli ich pochodzenie, pozycja, doświadczenia i stosunek do Arrow. Powolne kruszenie tych barier mogłoby stać się jednym z ciekawszych elementów książki. Tymczasem część z nich znika łatwiej, niż powinna.
Nie zmienia to faktu, że Maeve została napisana jako pełnoprawna uczestniczka konfliktu. Nie czeka w pałacu, aż gladiator zakończy swoją historię i przyjdzie po nagrodę. Ma polityczne interesy, rodzinne zobowiązania i własne wyobrażenie o przyszłości królestwa. Co istotne, w relacji z Leithem nie zostaje sprowadzona do biernej partnerki potężnego wojownika. Dynamika między nimi potrafi odwracać typowe role romantasy i właśnie wtedy ich wspólne sceny mają najwięcej charakteru.
Samo Arrow okazuje się bardziej interesujące politycznie niż fantastycznie. Elfy, krasnoludy, magia i niezwykłe stworzenia rozszerzają świat, lecz wiele z tych elementów pozostaje zaledwie naszkicowanych. Chciałbym dowiedzieć się więcej o kulturach zamieszkujących królestwo, zależnościach między rasami czy zasadach funkcjonowania magii. Znacznie konkretniej wypadają mechanizmy władzy. Śmierć, sukcesja, propaganda, społeczna hierarchia i igrzyska tworzą sieć wzajemnych zależności, w którą Leith zostaje wciągnięty właściwie wbrew sobie. W tej części Bloodguard ma sporo energii klasycznej opowieści o gladiatorze wrzuconym między ludzi rozgrywających znacznie większą partię.
Leith zresztą pasuje do takiej historii. Nie jest szczególnie rewolucyjnym protagonistą. To skrzywdzony wojownik z dobrym sercem ukrytym pod gniewem i bliznami, napędzany miłością do rodziny oraz pragnieniem wolności. Robson jednak nie potrzebuje wymyślać go od nowa, ponieważ dobrze wykorzystuje ten archetyp. Kolejne zwycięstwa nie usuwają z niego lat spędzonych w miejscu, w którym każdego dnia należało być gotowym na śmierć. Jego wściekłość ma konkretne źródło, podobnie jak nieufność wobec ludzi reprezentujących władzę.
Bloodguard ostatecznie nie wywraca romantasy do góry nogami. Korzysta z wielu dobrze znanych elementów gatunku i momentami zdradza jego typowe słabości: przyspiesza uczucia, upraszcza niektóre polityczne rozwiązania i pokazuje świat szerszy, niż jest gotowa naprawdę opisać. Jednocześnie Robson znalazła dla tej historii środowisko, które nadaje jej własny charakter. Arena nie jest kilkudziesięciostronicowym przystankiem przed romansem, a Leith nie odkłada miecza tylko dlatego, że spotkał księżniczkę.
I właśnie dlatego ta powieść działa lepiej, niż mogłaby sugerować znajoma lista składników. Romans, walka o tron, rodzinne zobowiązania i gladiatorska rzeź wzajemnie na siebie wpływają, zamiast funkcjonować w osobnych szufladach. Kiedy Robson pozwala im działać jednocześnie, Bloodguard nabiera naprawdę dobrego tempa. Nie wszystko na tej arenie trafia idealnie w cel, ale kiedy już rozlega się sygnał do następnej walki, trudno nie zostać na trybunach.

