Naprawa kaloryfera może skończyć się reklamacją, awanturą, wizytą hydraulika albo wielostronicowym pościgiem przez świat, w którym logika dawno złożyła wypowiedzenie. U Tadeusza Baranowskiego najbardziej prawdopodobna jest oczywiście ostatnia możliwość. Podobnie jak wyprawa podróżnicza może zaprowadzić nie na nieznany kontynent, lecz do wnętrza wieloryba, gdzie obowiązują zasady zoologii ustalone najwyraźniej podczas wyjątkowo swobodnej narady. Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa ma ponad czterdzieści lat, ale wystarczy kilka stron, żeby zauważyć coś osobliwego. Ten komiks wcale nie zamierza zachowywać się stosownie do wieku.
Debiutancki album Baranowskiego z 1980 roku składa się z dwóch historii. W pustyni i w paszczy przedstawia wyprawę Kudłaczka i Bąbelka, którzy trafiają do wnętrza wieloryba i odkrywają tam rozległy, zaludniony świat. Co w kaloryferze piszczy wprowadza natomiast Orient Mena, superbohatera prześladowanego przez Eskimosa niezadowolonego z jakości wykonanej przez niego usługi hydraulicznej. Już samo zestawienie tych dwóch zdań pokazuje, że próba klasycznego streszczania albumu Baranowskiego jest zajęciem trochę niewdzięcznym. Fabuła służy mu przede wszystkim jako sznurek, na którym można zawieszać kolejne dowcipy, językowe wygibasy, dziwaczne stworzenia i pomysły pojawiające się czasem tylko po to, żeby po kilku kadrach ustąpić miejsca następnym.
Obie opowieści zbudowane są w dużej mierze z jednostronicowych humoresek. Bohaterowie przemieszczają się naprzód, spotykają kolejne postacie, a Baranowski wykorzystuje każdą okazję do rozmontowania normalnego znaczenia słów. Tygrys może więc znaleźć się w towarzystwie Jagrysa i Ongrysa, słoń zostać zafortepianiony, a byk okazać się problemem ortograficznym. Język nie opisuje tutaj rzeczywistości. Język ją produkuje. Autor bierze powiedzenie, nazwę zawodu albo dwuznaczność i sprawdza, co się stanie, jeśli potraktuje je całkowicie dosłownie.
To właśnie ten element najlepiej zniósł próbę czasu. Część kontekstów społecznych i aluzji będzie oczywiście czytelniejsza dla dorosłego odbiorcy, szczególnie pamiętającego realia PRL-u, ale podstawowy mechanizm humoru Baranowskiego nie potrzebuje przypisów historycznych. Dziecko może śmiać się z absurdalnej sytuacji i fantastycznych stworzeń, podczas gdy dorosły zauważy dodatkową grę znaczeń albo satyryczny drobiazg. Nie trzeba należeć do pokolenia wychowanego na tym albumie, żeby zrozumieć, dlaczego jego fragmenty tak łatwo wchodziły czytelnikom do codziennego języka.
Szczególnie wdzięcznym przykładem tej metody jest Orient Men. Sama idea superbohatera, którego jednym z zasadniczych problemów okazuje się źle naprawiony kaloryfer, brzmi jak bardzo polska odpowiedź na amerykańskie opowieści o herosach. Orient Men może spotykać królów, fachowców, kosmitów i najdziwniejsze stworzenia, lecz gdzieś za nim ciągle majaczy Eskimos domagający się załatwienia reklamacji. Trudno o bardziej przyziemny odpowiednik arcywroga.
Baranowski doskonale wykorzystuje również zawody i utarte związane z nimi skojarzenia. Ślusarz, zegarmistrz, lekarz czy ogrodnik nie są tu po prostu postaciami wykonującymi określoną pracę. Każdy zawód staje się materiałem do językowego demontażu. Jeśli istnieje możliwość opacznego zrozumienia jakiegoś słowa, autor prawdopodobnie ją znajdzie. Jeśli jej nie ma, tym gorzej dla słowa, bo Baranowski najwyraźniej sam ją wymyśli.
Nie oznacza to jednak, że wszystkie żarty uderzają z identyczną siłą. Konstrukcja oparta na kolejnych epizodach powoduje naturalną nierówność. Niektóre pomysły są kapitalne, inne kończą się puentą, przy której najwyżej docenia się pomysłowość autora. Album czytany od początku do końca może też chwilami wywoływać przesyt, ponieważ Baranowski niemal bez przerwy domaga się uwagi. W kadrach coś się dzieje, tekst igra ze znaczeniami, na drugim planie pojawia się kolejny dowcip. Nie jest to komiks, który lubi zostawiać dużo pustego miejsca.
I całe szczęście, bo właśnie wizualny nadmiar jest drugą połową jego osobowości. Plansze Baranowskiego można nie tylko czytać, ale zwyczajnie oglądać. Pełno w nich stworzeń, detali, zakamarków i drobnych wizualnych dowcipów. Charakterystyczne obłości, fantastyczna fauna, kreskówkowa ekspresja oraz intensywna kolorystyka tworzą świat natychmiast rozpoznawalny. Baranowskiego właściwie nie da się pomylić z innym polskim rysownikiem.
Dlatego powiększony format nowego wydania ma tutaj więcej sensu niż w przypadku wielu kolekcjonerskich reedycji. Nie chodzi wyłącznie o efektowność przedmiotu. Większa plansza pozwala swobodniej oglądać konstrukcję kadrów i wyłapywać drobiazgi, które przy mniejszym formacie łatwiej przegapić. Komiks oparty na takim zagęszczeniu pomysłów rzeczywiście korzysta z dodatkowej przestrzeni.
Najciekawsze jest jednak to, że pod całym tym absurdem widać niezwykłą dyscyplinę. Humor Baranowskiego sprawia wrażenie nieskrępowanego, ale dobra puenta wymaga przecież precyzji. Trzeba odpowiednio przygotować słowo, obraz i sytuację, żeby nonsens rzeczywiście zadziałał. Dlatego określenie tego albumu mianem zbioru przypadkowych wygłupów byłoby krzywdzące. To bardzo świadomie zaprojektowana maszyna do produkcji kontrolowanego bezsensu.
Z tego powodu ostrożnie podchodziłbym też do traktowania Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa wyłącznie jako sentymentalnego artefaktu. Dla wielu czytelników oczywiście nim pozostanie. Kudłaczek, Bąbelek i Orient Men potrafią uruchomić wspomnienia równie skutecznie jak stara czołówka telewizyjna czy książka znaleziona po latach na półce w rodzinnym domu. Tyle że nostalgia sama nie utrzymałaby tego komiksu przy życiu przez kilka dekad. Baranowski nie potrzebuje taryfy ulgowej należnej klasykom. Nadal jest zabawny.
I chyba właśnie to najlepiej tłumaczy kolejne wznowienia. Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa można dziś czytać jako kawał historii polskiego komiksu, przykład humoru swojej epoki albo spotkanie z początkiem twórczości jednego z najważniejszych rodzimych autorów. Można również zrobić rzecz znacznie prostszą: otworzyć album i pozwolić, żeby przez kilkadziesiąt stron Jagrysy, Ongrysy, niesprawne kaloryfery, wieloryby i superbohaterowie pozbawieni elementarnego instynktu samozachowawczego zrobiły swoje. Ponad czterdzieści lat później czubek nosa Eskimosa nadal na coś dybie. I dobrze. Znacznie gorzej byłoby, gdyby wreszcie zaczął zachowywać się normalnie.



