Najpierw jest koszula. Potem sposób, w jaki Oliver mówi, porusza się, znika gdzieś na kilka godzin i wraca, jak gdyby jego nieobecność nie miała żadnego znaczenia. Elio zauważa wszystko, choć zapewne wolałby nie zauważać niczego. W Tamtych dniach, tamtych nocach zakochanie nie przychodzi z fanfarami. Wkrada się do włoskiego lata pod postacią irytacji, ciekawości i coraz bardziej uporczywej potrzeby sprawdzania, gdzie akurat znajduje się drugi człowiek. Sarah Maxwell doskonale rozumie ten mechanizm i właśnie dlatego jej komiksowa adaptacja historii André Acimana zaczyna działać jeszcze zanim Elio sam potrafi nazwać to, co się z nim dzieje.
Elio spędza lato z rodziną na włoskiej Riwierze, gdzie każdego roku jego ojciec przyjmuje młodego naukowca. Tym razem pojawia się Oliver, Amerykanin pewny siebie, swobodny i na pierwszy rzut oka irytująco przekonany o własnym uroku. Elio szybko znajduje powody, by go nie lubić. Problem polega na tym, że równie szybko zaczyna zauważać go zdecydowanie zbyt często.
Początkowa niechęć stopniowo zmienia się w fascynację. Rozmowy trwają dłużej, wspólnie spędzony czas nabiera znaczenia, a każda reakcja Olivera zaczyna być przez Elia analizowana z intensywnością właściwą pierwszemu naprawdę obezwładniającemu uczuciu. To właśnie ta perspektywa pozostaje sercem opowieści. Nie sama relacja, lecz stan, w jaki wpada człowiek, kiedy zaczyna podporządkowywać emocje drugiej osobie. Sarah Maxwell musiała zmierzyć się z materiałem wyjątkowo mocno opartym na wewnętrznym świecie bohatera. Proza André Acimana żyje przecież przede wszystkim myślami Elia, jego obsesyjnym analizowaniem gestów, słów i własnych pragnień. Komiks nie może pozwolić sobie na podobną ilość introspekcji, dlatego wiele z tych emocji zostaje przeniesionych w obraz. I właśnie tutaj adaptacja wypada najlepiej.
Maxwell potrafi opowiedzieć spojrzeniem więcej niż kilkoma akapitami komentarza. Ułożenie ciała, odwrócona głowa, pozornie przypadkowe zbliżenie czy odległość pozostawiona pomiędzy bohaterami przekazują napięcie bez konieczności jego nazywania. Dzięki temu relacja Elia i Olivera rozwija się nie tylko w dialogach, lecz przede wszystkim na planszach. Ogromne znaczenie ma również samo lato. Włoska sceneria nie jest tutaj dekoracją dla romansu. Słońce, basen, owoce, rowery, późne wieczory i rozgrzane powietrze tworzą poczucie zawieszenia poza zwyczajnym czasem. Bohaterowie funkcjonują przez kilka tygodni w przestrzeni, która wydaje się odizolowana od przyszłości. Wszystko może wydarzyć się właśnie dlatego, że lato kiedyś się skończy.
Kolor robi w tej adaptacji ogromną różnicę. Maxwell buduje nim atmosferę ciepła, lenistwa i zmysłowości. Kadry nie próbują realistycznie odtwarzać każdego szczegółu włoskiej Riwiery, lecz raczej zapisać wrażenie konkretnego miejsca. Dzięki temu album chwilami wygląda bardziej jak wspomnienie niż zapis wydarzeń. To bardzo trafny wybór dla historii, której siła od zawsze opierała się przecież na pamięci. Nie można też pominąć cielesności. Tamte dni, tamte noce jest historią o uczuciu, ale równie mocno o pożądaniu. Maxwell nie próbuje go ugrzecznić ani zasłonić romantyczną metaforą. Ciała bohaterów są obecne na planszach, obserwowane, pożądane i świadome własnej obecności. Nie ma w tym jednak nachalności. Zmysłowość wynika z perspektywy Elia, który dopiero próbuje zrozumieć własne emocje i reaguje na Olivera niemal fizycznie.
Komiksowa forma przynosi jednocześnie oczywiste skróty. Nie wszystkie sceny znane z powieści mogły znaleźć tutaj miejsce, część emocjonalnych przejść została skondensowana, a pewne niuanse wewnętrznego monologu Elia siłą rzeczy znikają. Czytelnik bardzo przywiązany do pierwowzoru może zauważyć te braki. Nie traktowałabym ich jednak jako największego problemu adaptacji, ponieważ Maxwell nie próbuje stworzyć ilustrowanej kopii książki. I dobrze.
Najlepsze adaptacje nie przepisują pierwowzoru. Szukają dla niego nowego języka. Tutaj tym językiem są kolor, ciało, światło i cisza pomiędzy kolejnymi kadrami. W efekcie część scen zyskuje nawet większą bezpośredniość. Kiedy bohater nie może schować się za własnym monologiem, zostaje twarz, gest i coś, czego nie potrafi powiedzieć. Maxwell bardzo dobrze wykorzystuje tę bezbronność. Szczególnie Oliver zyskuje dzięki temu dodatkowy wymiar, bo zamiast poznawać go wyłącznie przez interpretacje Elia, możemy próbować odczytać jego emocje z zachowania.
To istotne, ponieważ Oliver przez znaczną część historii pozostaje kimś trudnym do uchwycenia. Jego dystans można odczytywać jako pewność siebie, ostrożność albo próbę kontroli sytuacji. Komiks nie rozwiązuje tej niejednoznaczności, ale pozwala dostrzec więcej drobnych pęknięć w jego zachowaniu. Najmocniejsze pozostaje jednak poczucie tymczasowości. Od początku wiadomo, że ta relacja ma termin ważności. Oliver przyjechał tylko na lato, a każda kolejna bliska chwila jednocześnie przybliża bohaterów do rozstania. Dzięki temu nawet najbardziej spokojne fragmenty mają w sobie smutek, którego początkowo można niemal nie zauważyć.
I właśnie dlatego ta historia nadal działa. Nie dlatego, że przedstawia miłość jako coś idealnego. Wręcz przeciwnie. Pokazuje uczucie, które może być pełne bliskości, pożądania i szczęścia, a jednocześnie od początku nosić w sobie przyszłą stratę. Niektóre relacje są ważne nie pomimo tego, że trwają krótko, lecz właśnie dlatego, że nie da się ich zatrzymać. Tamte dni, tamte noce w wersji graficznej nie zastępuje powieści Acimana. Nie próbuje też konkurować z wcześniejszymi interpretacjami tej historii. Sarah Maxwell tworzy własną wersję wspomnienia Elia, bardziej zmysłową, wizualną i opartą na tym, co można dostrzec pomiędzy słowami.
To piękna adaptacja przede wszystkim dlatego, że rozumie charakter pierwowzoru. Nie chodzi w nim wyłącznie o wakacyjny romans. Chodzi o moment życia, który z czasem zaczynamy pamiętać lepiej niż wiele znacznie dłuższych okresów. O jedno lato, jednego człowieka i poczucie, że przez kilka tygodni wszystko było dokładnie takie, jakie powinno być. A potem lato się kończy.

