W rodzinie Soojin wskrzeszanie nie jest metaforą, zakazanym rytuałem z zapomnianej księgi ani czymś, o czym opowiada się dzieciom przy zgaszonym świetle. To umiejętność praktyczna, dziedziczona przez kobiety i obwarowana bardzo konkretną zasadą: nie przywracaj życia niczemu większemu niż własna dłoń. Trudno o zakaz bardziej precyzyjny i jednocześnie bardziej skazany na złamanie w chwili, gdy człowiek naprawdę będzie miał coś do stracenia. Soojin przestrzega go do momentu, kiedy z rzeki zostaje wyłowione ciało jej starszej siostry.
Mirae była dla niej kimś więcej niż rodzeństwem. Po wcześniejszej śmierci matki stała się jednym z ostatnich elementów świata, który jeszcze jakoś trzymał się w całości. Kiedy również jej zabrakło, Soojin nie musi szukać sposobu na poradzenie sobie ze stratą. Ona ten sposób już zna. Potrafi uklęknąć przy zmarłej i zrobić coś, czego żaden pogrążony w żałobie człowiek nie powinien dostać do dyspozycji: powiedzieć śmierci, że tym razem nie zgadza się z jej decyzją. Jihyun Yun właśnie z tej możliwości wyciąga najwięcej. A rzeka wciąga ją na dno nie traktuje wskrzeszenia jak efektownego początku fantastycznej przygody, lecz jak desperacki akt osoby, która dostała narzędzie pozwalające ominąć pierwszy i najtrudniejszy obowiązek żałoby, czyli uznanie, że ktoś naprawdę odszedł. Soojin sprowadza siostrę z powrotem, ale nie przywraca w ten sposób życia, które obie miały wcześniej. Dostaje Mirae. Nie dostaje świata sprzed jej śmierci.
Początkowo można jeszcze udawać, że różnica nie ma znaczenia. Siostry spotykają się nocami, rozmawiają, wymykają z domu i próbują wykorzystać czas, który został im zwrócony wbrew wszystkim zasadom. Tyle że Mirae coraz wyraźniej nie pasuje do miejsca, do którego wróciła. Narasta w niej głód, niepokój i gniew, a potrzeba poznania prawdy o własnej śmierci zaczyna prowadzić ją w stronę rodzinnych tajemnic, których nikt nie miał ochoty wyciągać na powierzchnię. Soojin powoli odkrywa więc najgorszą możliwą konsekwencję swojego czynu: być może naprawdę odzyskała siostrę, tylko nigdy nie zadała sobie pytania, czy Mirae chciała wrócić. Soojin nie jest bohaterką, którą łatwo polubić, i uważam to za jedną z mocniejszych decyzji Yun. Jej działanie wynika z miłości, ale trudno nazwać je bezinteresownym. Dziewczyna wie, że rodzinne ostrzeżenia nie powstały bez powodu. Wie, że przywracanie większych istot ma konsekwencje. Mimo to uznaje własną samotność za wystarczający argument, by zaryzykować bezpieczeństwo innych. Nie zastanawia się również, czego chciałaby Mirae. Potrzebuje jej z powrotem i przez długi czas właśnie to wystarcza jej za moralne uzasadnienie.
Autorka nie próbuje wygładzić tej samolubności. Soojin potrafi wykorzystywać troskę innych ludzi do potwierdzania własnych decyzji i długo nie chce przyjąć do wiadomości tego, co staje się coraz bardziej oczywiste. Dzięki temu wypada jednak wiarygodniej niż bohaterka zbudowana wyłącznie po to, żeby wzbudzać współczucie. Żałoba nie uszlachetnia jej automatycznie. Przeciwnie, chwilami sprawia, że przestaje dostrzegać kogokolwiek poza własnym bólem. Znacznie ciekawsza okazała się dla mnie Mirae. Wspomnienia stopniowo komplikują obraz idealnej starszej siostry, który Soojin nosiła w głowie. Dla młodszej dziewczyny Mirae była wsparciem, kimś odpowiedzialnym i zawsze gotowym przejąć ciężar rodzinnych problemów. Tyle że z perspektywy samej Mirae wyglądało to zupełnie inaczej. Miała własne pragnienia, plany i zmęczenie rolą osoby, na której wszyscy mogą się oprzeć.
Ta różnica perspektyw świetnie działa, bo pokazuje, jak łatwo kochać kogoś przede wszystkim za funkcję, którą pełni w naszym życiu. Soojin naprawdę kocha siostrę, ale przy okazji przyzwyczaiła się do tego, że Mirae ma być dostępna, silna i odpowiedzialna. Dopiero po jej śmierci zaczyna odkrywać, że osoba, którą utraciła, miała również część życia niedostępną młodszej siostrze. Wskrzeszenie nie przywraca więc wyidealizowanej Mirae ze wspomnień. Zwraca człowieka z całym jego gniewem, rozczarowaniem i niewypowiedzianymi pretensjami. Na tym fundamencie Yun buduje horror dużo skuteczniejszy niż gdyby po prostu wypuściła na ulice miasteczka krwiożerczego trupa. Mirae zaczyna się zmieniać, ale jej przemiana nie polega wyłącznie na fizycznej potworności. Najbardziej niepokojące pozostaje pytanie, ile z jej gniewu rzeczywiście przyniosła ze sobą ze śmierci, a ile tkwiło w niej już wcześniej. Zemsta ma konkretny kierunek, a kolejne ofiary prowadzą coraz głębiej w przeszłość rodziny i całej lokalnej społeczności.
Dzięki temu przemoc nie jest przypadkowym dodatkiem do mrocznej historii. Mirae nie atakuje ludzi wyłącznie dlatego, że autorka potrzebuje krwi, by książkę można było nazwać horrorem. Jej działania wyrastają z rzeczywistych krzywd, choć oczywiście nie oznacza to ich usprawiedliwienia. Yun pozwala zrozumieć źródło wściekłości bez zamieniania zemsty w moralnie czysty akt sprawiedliwości. Najlepiej działa jednak sama żałoba. Jest obecna właściwie wszędzie, ale nigdy w jednej postaci. Soojin próbuje ją unieważnić za pomocą magii. Mirae po powrocie przekształca własne cierpienie w gniew. Ojciec dziewczyn zamyka się w sobie i stopniowo traci kontakt z córką, która nadal przy nim została. Każdy członek rodziny radzi sobie ze stratą inaczej, a jednocześnie wszyscy coraz bardziej oddalają się od siebie.
Szczególnie mocno wypada właśnie ojciec. Yun nie potrzebuje wielkich monologów ani dramatycznych wybuchów, żeby pokazać człowieka, którego kolejne tragedie zwyczajnie przerosły. Najpierw stracił żonę, później córkę, a tymczasem Soojin wciąż żyje obok niego, choć właściwie każde z nich przebywa już w osobnym świecie. Ich relacja jest jednym z tych elementów, które sprawiają, że fantastyczna historia o wskrzeszeniu zaczyna boleć w bardzo zwyczajny sposób. Ciekawie pokazana została również lokalna społeczność. Ludzie współczują, przynoszą jedzenie, uczestniczą w pogrzebie i mówią rzeczy, które mówi się rodzinie po stracie. Później jednak wracają do własnego życia. Cudzy smutek ma dla otoczenia ograniczony termin ważności, podczas gdy dla człowieka pogrążonego w żałobie czas wcale nie działa tak szybko. Soojin zostaje więc z bólem, który dla innych przestał już być wydarzeniem dnia.
Małe nadmorskie miasteczko bardzo dobrze wzmacnia ten rodzaj osamotnienia. Każdy coś wie, każdy zna czyjąś rodzinę, plotki poruszają się szybko, a przeszłość nie znika tylko dlatego, że ludzie przestali o niej głośno mówić. Rzeka przepływająca przez miejscowość nie jest przy tym zwykłym elementem krajobrazu. Yun konsekwentnie nadaje wodzie rolę niemal równorzędną z bohaterami. Rzeka pamięta. Można wrzucić do niej ciało, sekret albo cudzą winę, ale nie ma gwarancji, że nurt zachowa wszystko na zawsze. Woda przenosi, zakrywa i zniekształca, a później potrafi oddać coś dokładnie wtedy, kiedy człowiek najmniej chce to zobaczyć. Rodzinne tajemnice działają w tej powieści podobnie. Latami pozostają pod powierzchnią, aż seria wydarzeń sprawia, że zaczynają wypływać jedna po drugiej.
Ulewne deszcze jeszcze mocniej podkreślają ten motyw. Wraz z pogarszającą się pogodą świat zaczyna wyglądać tak, jakby sam krajobraz przestał tolerować rzeczy, które próbowano w nim ukryć. Granice między wodą a ziemią stają się mniej wyraźne, podobnie jak granice między życiem i śmiercią naruszone przez Soojin. Nie jest to subtelna symbolika, ale dobrze współgra z charakterem historii. Podoba mi się również sposób, w jaki działa rodzinna magia. Nie ma w niej niczego efektownego ani przyjemnego. To siła związana z ziemią, rozkładem i wymianą. Życie nie pojawia się znikąd. Jeśli coś ma zostać przywrócone, otoczenie musi za to zapłacić. Rośliny obumierają, inne organizmy tracą siłę, a każde naruszenie naturalnego porządku zostawia materialny ślad.
Dzięki temu wskrzeszenie Mirae ma odpowiedni ciężar. Nie jest zaklęciem zakończonym błyskiem światła, po którym dziewczyna otwiera oczy. Jej powrót jest czymś niezdrowym, wymuszonym i biologicznie niewłaściwym. Yun wykorzystuje tutaj elementy body horroru, ale robi to oszczędnie. Kiedy ciało zaczyna przypominać o tym, że przeszło przez śmierć, efekt jest znacznie mocniejszy niż gdyby makabra pojawiała się na każdej stronie. Powieść potrzebuje jednak sporo czasu, żeby w pełni uruchomić swój potencjał. Pierwsza część jest spokojna, momentami wręcz zbyt spokojna, i długo skupia się na codzienności Soojin, jej samotności oraz rodzinnych wspomnieniach. Rozumiem ten zabieg, bo bez niego późniejsze wydarzenia nie miałyby emocjonalnego fundamentu, ale nie wszystkie sceny są równie potrzebne. Początek wymaga trochę cierpliwości.
Nie zawsze pomaga też sposób prowadzenia narracji. Teraźniejszość przeplata się ze wspomnieniami, wizjami i cudzymi perspektywami, a przejścia bywają celowo płynne. Pasuje to do atmosfery opowieści, w której wszystko jest trochę rozmyte i nasiąknięte przeszłością, lecz kilka razy musiałam się zatrzymać, żeby upewnić się, gdzie dokładnie znajdujemy się w czasie. Ten mętlik nie niszczy historii, ale chwilami osłabia jej rytm. Nie mam natomiast problemu z brakiem spektakularnych zwrotów akcji. A rzeka wciąga ją na dno znacznie lepiej działa jako powolne osuwanie się sytuacji w coraz większy koszmar niż książka próbująca co kilkadziesiąt stron przewrócić wszystko do góry nogami. Od początku wiemy, że wskrzeszenie Mirae będzie miało cenę. Napięcie bierze się z obserwowania, kiedy i w jakiej postaci przyjdzie ją zapłacić.
Wątek romantyczny pozostaje na szczęście dodatkiem. Relacja Soojin z Markiem nie przejmuje opowieści ani nie próbuje przekonywać, że odpowiednio cierpliwy chłopak może naprawić rodzinne traumy i żałobę. Mark daje bohaterce przestrzeń, wspiera ją i staje się jedną z niewielu osób, przy których Soojin może funkcjonować poza rolą córki i siostry. To wystarczy, a przede wszystkim nie odciąga uwagi od właściwego emocjonalnego centrum książki. Większy problem mam z odpowiedzialnością samej Soojin. Yun bardzo wyraźnie pokazuje jej egoizm, ale później chwilami jakby łagodniej ocenia konsekwencje podjętej przez nią decyzji. Wskrzeszenie Mirae uruchamia wydarzenia prowadzące do śmierci kolejnych osób, a mimo to cierpienie głównej bohaterki momentami przesłania fakt, że świadomie złamała zakaz mający chronić nie tylko ją.
Nie oczekiwałam prostej kary, bo historia natychmiast zamieniłaby się wtedy w banalną przypowieść o dziewczynie, która nie posłuchała starszych. Przydałoby się jednak trochę mocniejsze zderzenie Soojin z odpowiedzialnością za to, co zrobiła. Rozpacz wyjaśnia jej decyzję, ale nie może jej całkowicie rozgrzeszać. Paradoksalnie właśnie przez tę wadę bohaterka pozostaje interesująca. Soojin jest niedojrzała, desperacka i potrafi długo interpretować rzeczywistość tak, żeby nie musieć przyznawać przed sobą, że popełniła potworny błąd. Nie jest więc łatwą figurą do kibicowania. Znacznie częściej chciałam nią potrząsnąć niż ją przytulić, ale zdecydowanie wolę taką bohaterkę od postaci zaprojektowanej wyłącznie pod czytelniczą sympatię.
Mirae stanowi dla niej znakomite przeciwieństwo. Po powrocie przestaje być wygodną starszą siostrą, którą wszyscy pamiętają. Może być gniewna, egoistyczna, agresywna i skupiona na własnej krzywdzie. W pewnym sensie dopiero po śmierci dostaje możliwość odmówienia dalszego pełnienia roli, którą rodzina przypisała jej za życia. Ten wątek szczególnie mocno wybrzmiewa w retrospekcjach. Soojin widziała w niej oparcie, ale dla Mirae bycie oparciem było ciężarem. Młodsza siostra tęskni za kobietą, która zawsze się nią zajmowała, podczas gdy czytelnik stopniowo odkrywa, jak wiele kosztowało to samą Mirae. Wskrzeszenie rozbija więc nie tylko porządek natury, lecz także wygodną narrację rodzinną.
Jihyun Yun wywodzi się z poezji i wyraźnie czuć to w jej języku. Pisze zmysłowo, zwłaszcza kiedy opisuje wodę, wilgoć, ziemię, rozkład i roślinność. Świat przyrody często przejmuje funkcję emocjonalnego komentarza, ale nie jest to wyłącznie dekoracyjna poetyckość. W najlepszych scenach krajobraz rzeczywiście wydaje się nasiąkać stanem bohaterek. Autorka dobrze rozumie również, że żałoba ma wymiar fizyczny. Człowiek źle śpi, traci apetyt, nie potrafi skoncentrować się na zwyczajnych czynnościach i zaczyna funkcjonować w rzeczywistości, która dla wszystkich innych dawno wróciła do normy. W takim kontekście nadnaturalna magia wcale nie odstaje od reszty historii. Jest tylko ekstremalną wersją bardzo ludzkiego pragnienia, żeby nie pozwolić stracie stać się ostateczną.
I chyba właśnie dlatego A rzeka wciąga ją na dno najlepiej działa wtedy, gdy przestaje się na nią patrzeć jak na powieść o wskrzeszonej dziewczynie. To książka o niemożności zaakceptowania, że pewnej wersji życia już nie ma. Soojin chce odzyskać Mirae, ale tak naprawdę chce również matki, dawnego ojca, bezpieczeństwa i domu sprzed wszystkich tragedii. Tego nie może przywrócić żadna magia. Nawet jeśli Mirae ponownie oddycha, śmierć nadal się wydarzyła. Rodzina nadal została złamana. Dawne pretensje nie zniknęły, a rzeczy przemilczane przed tragedią nie stają się mniej prawdziwe tylko dlatego, że zmarła osoba ponownie otworzyła oczy. Soojin dostaje więc coś, o czym marzy każdy pogrążony w żałobie człowiek, i odkrywa, że nawet to nie wystarcza.
Powieść nie jest bez wad. Początek potrafi się dłużyć, narracja czasem zbyt mocno rozmywa granice między wspomnieniami a teraźniejszością, a odpowiedzialność Soojin mogłaby zostać potraktowana ostrzej. Również czytelnicy oczekujący bardzo intensywnego horroru mogą poczuć niedosyt, bo Yun znacznie częściej wybiera melancholię i rodzinny dramat niż czystą grozę. Dla mnie właśnie ta mieszanka decyduje o charakterze książki. Makabra jest skuteczniejsza, kiedy wyrasta z emocji, a nie zastępuje ich. Mirae budzi niepokój nie tylko dlatego, że wróciła z martwych, lecz dlatego, że wraz z nią wróciły wszystkie sprawy, których rodzina nie zdążyła albo nie chciała rozwiązać.
A rzeka wciąga ją na dno okazuje się więc historią o bardzo dosłownym trzymaniu zmarłych przy sobie. Soojin nie potrafi pozwolić siostrze odejść, dlatego jej żałoba dostaje ciało, głos, gniew i coraz większy głód. Zaczyna chodzić po mieście i zmuszać ludzi do patrzenia na rzeczy, które przez lata próbowali zatopić. Rzeka robi dokładnie to samo. Przyjmuje wszystko, co zostanie jej powierzone, ale niczego nie obiecuje. Sekret może przez lata spoczywać pod wodą, dopóki nie przyjdzie odpowiednio silny deszcz. Wtedy nurt zaczyna oddawać to, co miało już nigdy nie wypłynąć na powierzchnię. I właśnie w tym obrazie Jihyun Yun zamyka najlepszą część swojej powieści: można ukryć ciało, winę i żałobę, lecz żadnej z tych rzeczy nie da się naprawdę zatopić na zawsze.

