Ryszard Gawron zdążył już narobić Jackowi Okońskiemu wystarczająco dużo problemów za życia. Teraz nie żyje, a mimo to ponownie wciąga policjanta w śledztwo. W jego domu zostaje znaleziony przenośny dysk z nagraniem dotyczącym dawnego zabójstwa młodej dziewczyny. Za tę zbrodnię skazano człowieka, który od lat siedzi w więzieniu i nigdy nie przyznał się do winy. Materiał pozostawiony przez Gawrona sugeruje, że być może mówił prawdę. Tylko jak zaufać dowodowi podrzuconemu przez dziennikarza, który sam okazał się mordercą i potrafił manipulować ludźmi? Rafał Glina już samym punktem wyjścia Martwi też mówią stawia Okońskiego w wyjątkowo niewygodnej sytuacji. Zmarły może pomagać mu naprawić wieloletni błąd albo właśnie rozpoczął swoją ostatnią grę.
To już czwarta część cyklu o Jacku Okońskim i chociaż główna zagadka kryminalna jest nowa, poprzednie wydarzenia mają tutaj duże znaczenie. Można zapewne rozpocząć znajomość z bohaterem właśnie od tego tomu i zrozumieć zasadniczą intrygę, ale sporo straci się na emocjonalnym tle. Gawron nie jest przypadkowym nazwiskiem znalezionym na początku kolejnego dochodzenia, podobnie jak Kidnaper nie jest po prostu niebezpiecznym przestępcą dopisanym do fabuły, żeby zwiększyć liczbę zagrożeń. Obaj należą już do przeszłości Okońskiego. Problem w tym, że żaden nie zamierza w tej przeszłości pozostać.
Glina ciekawie ustawia dwie osie historii. Pierwsza każe patrzeć wstecz. Nagranie prowadzi do sprawy uznanej dawno temu za rozwiązaną, a więc do wyroku, dowodów, świadków i decyzji, które przez lata zdążyły nabrać statusu faktów. Druga rozgrywa się bardzo mocno w teraźniejszości. Ze szczecińskiego szpitala psychiatrycznego ucieka Kidnaper, którego zatrzymanie kilka miesięcy wcześniej było w dużej mierze zasługą Okońskiego. Policjant ma trzymać się od poszukiwań z daleka, lecz trudno spokojnie wykonywać papierkową robotę, kiedy człowiek mający powody do zemsty znowu znajduje się na wolności.
Zakaz przełożonego jest zresztą całkiem rozsądny. Okoński jest w tę sprawę zaangażowany zbyt osobiście i sam zdaje sobie sprawę, że Kidnaper może uderzyć nie bezpośrednio w niego, lecz w jego bliskich. Szybko pojawiają się wydarzenia, które trudno uznać za przypadek. Otrute mięso trafia do psów, jego matka zostaje zaatakowana paralizatorem, a ojciec znika. Ktoś ewidentnie wie, gdzie uderzyć, żeby policjant przestał myśleć wyłącznie jak śledczy. Glina dobrze wykorzystuje tę sytuację, ponieważ zawodowa dociekliwość Okońskiego zaczyna ścierać się z czymś znacznie bardziej pierwotnym: strachem o rodzinę.
Jednocześnie bohater otrzymuje sprawę, która idealnie odpowiada jego charakterowi. Okoński zwyczajnie nie potrafi pozostawić w spokoju informacji sugerującej, że za kratkami może siedzieć niewinny człowiek. Nawet jeśli do końca kary zostało już niewiele czasu, nie zmienia to podstawowego problemu. Kilku czy kilkunastu straconych lat nie da się unieważnić wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że skoro wyrok niemal dobiegł końca, nie ma już sensu wracać do przeszłości. Co ciekawe, sam skazany niekoniecznie reaguje na możliwość wznowienia sprawy tak, jak można byłoby oczekiwać. Lata więzienia robią swoje, a nadzieja po odpowiednio długim czasie potrafi stać się kolejnym zagrożeniem.
Nagranie pozostawione przez Gawrona jest świetnym zapalnikiem całej intrygi właśnie dlatego, że jego wiarygodność pozostaje podejrzana. Gdyby identyczny materiał pochodził od przypadkowego świadka, sprawa byłaby znacznie prostsza. Tutaj źródło informacji samo jest częścią problemu. Czy Gawron rzeczywiście dotarł do czegoś, czego wcześniej nie zauważyli śledczy? Czy chciał pośmiertnie ujawnić prawdę? A może doskonale wiedział, że materiał trafi do odpowiednich osób i wykorzystał go jako jeszcze jeden sposób manipulowania Okońskim? Tytułowe „mówienie” zmarłych nabiera dzięki temu dość przewrotnego znaczenia. Martwy człowiek może zostawić świadectwo, ale nie można już zadać mu dodatkowego pytania.
Okoński zaczyna więc sprawdzać kolejne elementy starej historii i stopniowo odkrywa, że pojedyncza zbrodnia może być częścią znacznie większego obrazu. Pojawiają się inne zdarzenia, kolejne ofiary i możliwe podobieństwa. Rozciągnięcie przestępstw na lata utrudnia zauważenie schematu, szczególnie kiedy geografia również nie podsuwa oczywistych odpowiedzi. Glina pozwala śledztwu rozrastać się stopniowo. Zamiast natychmiast ogłaszać obecność seryjnego zabójcy, każe bohaterowi najpierw odpowiedzieć sobie na znacznie mniej efektowne, ale ważniejsze pytanie: czy te sprawy w ogóle powinny znaleźć się na jednej tablicy?
Właśnie proceduralna strona dochodzenia wypada przekonująco. Okoński nie rozwiązuje zagadki dzięki jednemu genialnemu olśnieniu. Rozmawia, porównuje, wraca do materiałów i sprawdza hipotezy, które nie zawsze prowadzą tam, gdzie początkowo zakładał. Poszczególne informacje nabierają znaczenia dopiero w zestawieniu z następnymi. Glina nie próbuje przy tym robić z bohatera nieomylnego detektywa. Okoński potrafi źle ocenić sytuację, pozwala emocjom wpływać na własne decyzje i czasami brnie za daleko właśnie dlatego, że nie umie odpuścić.
Ta cecha coraz wyraźniej przestaje być wyłącznie sympatycznym uporem protagonisty kryminału. Łatwo kibicować policjantowi, który ignoruje biurokrację, bo chce dojść do prawdy, dopóki konsekwencje ponosi przede wszystkim on sam. W Martwi też mówią cena jego zaangażowania dotyka również ludzi znajdujących się obok. Praca przenika do życia prywatnego, wcześniejsze traumy wracają, a zagrożenie nie kończy się wraz z opuszczeniem komisariatu. Okoński nadal jest człowiekiem kierowanym silnym poczuciem sprawiedliwości, ale Glina coraz częściej pyta, czy podobna determinacja nie potrafi zamienić się w obsesję.
Dzięki temu wątek Kidnapera nie funkcjonuje wyłącznie jako bardziej dynamiczny dodatek do spokojniejszego dochodzenia dotyczącego przeszłości. Przeciwnie, obie historie opowiadają w pewnym sensie o tym samym: o rzeczach, które miały być zakończone, a jednak wracają. Jeden człowiek ucieka ze szpitala. Drugi odzywa się zza grobu. Dawne śledztwo znowu trafia na biurko. Stare emocje odzyskują siłę. Okoński zostaje otoczony przez konsekwencje wydarzeń, które teoretycznie powinny należeć już do zamkniętych rozdziałów jego życia.
Takie nagromadzenie wątków niesie jednak ryzyko. Momentami Martwi też mówią ma na głowie naprawdę dużo: nagranie Gawrona, potencjalną pomyłkę sądową, poszukiwanie rzeczywistego sprawcy, możliwe kolejne zbrodnie, ucieczkę Kidnapera, zagrożenie dla rodziny Okońskiego oraz jego własne problemy emocjonalne. Nie wszystkie elementy przez cały czas mają identyczną siłę i zdarzają się fragmenty, w których jeden z nich musi zejść na dalszy plan, żeby drugi mógł ruszyć naprzód. Konstrukcja pozostaje jednak na tyle kontrolowana, że nie przeradza się w zbiór konkurujących ze sobą sensacji.
Tempo również nie polega na nieustannym ściganiu się z kolejnymi cliffhangerami. Glina potrafi przyspieszyć, szczególnie gdy zagrożenie staje się bezpośrednie, ale sporo miejsca pozostawia rozmowom i analizowaniu materiału. Pasuje to do charakteru sprawy. Śledztwo dotyczące wydarzeń sprzed lat musi opierać się na pozostałościach: starych zeznaniach, niepełnej pamięci, dokumentach i nagraniu pozostawionym przez człowieka, którego nie da się już przesłuchać. Napięcie bierze się więc nie tylko z pytania, kto zabił, lecz również z niepewności, czy po takim czasie prawdę można jeszcze w ogóle odtworzyć.
Szczecin, Stargard i kolejne miejscowości regionu pomagają osadzić historię w konkretnej przestrzeni. Glina nie próbuje zamieniać ich w turystyczny katalog atrakcji. Są miejscami pracy, przestępstw, spotkań i przejazdów, dzięki czemu kryminalna mapa powieści sprawia wrażenie naturalnej. Szczególnie przy historii rozciągniętej na kilka lat i różne lokalizacje geografia staje się jednym z elementów dochodzenia, a nie dekoracją doklejoną do fabuły.
Sam styl pozostaje podporządkowany kryminałowi. Nie chodzi o język, który zatrzymuje czytelnika efektownymi metaforami, lecz o sprawne przechodzenie pomiędzy tropami, rozmowami i kolejnymi odkryciami. Krótsze rozdziały pomagają utrzymać rytm, a zmiany sytuacji regularnie dostarczają powodów, żeby przeczytać jeszcze kilka stron. Nie każdy zwrot jest równie trudny do przewidzenia i przy uważnej lekturze część elementów można poskładać wcześniej, ale nie odbiera to finałowi sensu. Ważniejsze okazuje się to, że rozwiązanie wynika z wcześniej pozostawionych śladów, zamiast zostać wyciągnięte w ostatniej chwili z kapelusza.
Czwarty tom korzysta również z tego, że Okoński ma już własną historię. W pojedynczym kryminale można stworzyć policjanta z traumą, powiedzieć czytelnikowi, że wiele przeszedł, i oczekiwać, że ten przyjmie informację do wiadomości. Seria daje coś więcej: pozwala oglądać konsekwencje wcześniejszych wydarzeń. Dlatego powrót Kidnapera czy obecność Gawrona działają mocniej, kiedy zna się poprzednie części. Nowe śledztwo da się śledzić bez tej wiedzy, ale emocjonalny ciężar powieści zdecydowanie rośnie wraz ze znajomością cyklu.
Nie znaczy to, że wszystko musi być coraz większe i brutalniejsze. Najciekawsza rzecz w Martwi też mówią jest ostatecznie bardzo prosta: ktoś kiedyś mógł się pomylić. Policja zebrała dowody, sąd wydał wyrok, człowiek trafił do więzienia i życie wszystkich zainteresowanych ruszyło dalej. Po latach wystarczy jednak jeden plik znaleziony na dysku, żeby podważyć całą tę pewność. Jeśli skazano niewłaściwą osobę, nie chodzi tylko o wskazanie prawdziwego zabójcy. Trzeba również zaakceptować, że instytucje stworzone do wymierzania sprawiedliwości mogą przez lata podtrzymywać niesprawiedliwość.
Glina wykorzystuje więc klasyczne kryminalne kto zabił?, ale dokłada do niego znacznie mniej wygodne pytanie: co zrobić z prawdą odnalezioną za późno? Nie da się oddać człowiekowi lat spędzonych za kratkami. Nie można ponownie przesłuchać zmarłych. Nie sposób też sprawić, żeby wcześniejsze decyzje przestały mieć konsekwencje. Można jedynie spróbować ustalić, co naprawdę się wydarzyło, nawet jeśli odpowiedź nikomu nie zwróci utraconego czasu.
I właśnie dlatego tytuł Martwi też mówią pasuje do tej historii lepiej, niż początkowo się wydaje. Nie chodzi jedynie o Gawrona przemawiającego poprzez pozostawione nagranie. Mówią stare akta, niewyjaśnione szczegóły, kolejne ofiary i ludzie, których historie zbyt szybko uznano za zakończone. Okoński ma tę niewygodną cechę, że kiedy raz usłyszy podobny głos, nie potrafi udawać, że nic się nie stało. Czwarty tom pokazuje jednak, że słuchanie zmarłych bywa niebezpieczne przede wszystkim dla żywych. Zwłaszcza kiedy przeszłość zna ich adresy.

