Władza bardzo lubi porządek. Zwłaszcza taki, w którym nie trzeba słuchać zbyt wielu głosów naraz. Biblioteka jest więc miejscem podejrzanym z samej natury: trzyma obok siebie filozofów, matematyków, poetów, lekarzy, heretyków, ludzi dawno zmarłych i takich, którzy nigdy nie zgodziliby się ze sobą przy jednym stole. Wilfrid Lupano bierze ten prosty konflikt i ubiera go w komedię drogi. W roku 976 jedna z największych bibliotek średniowiecznego świata ma zostać oczyszczona z niewygodnych ksiąg, a bibliotekarz Tarid postanawia uratować tyle, ile zdoła unieść pewna bardzo cierpliwa, a właściwie coraz mniej cierpliwa mulica.
Już sam pomysł na Bibliomulicę z Kordoby świetnie pokazuje sposób pisania Lupano. Punkt wyjścia jest poważny: cenzura, polityczne wykorzystanie religii, niszczenie wiedzy i próba zawłaszczenia pamięci. Zamiast jednak tworzyć ciężki traktat o wolności słowa, scenarzysta wysyła na drogę bibliotekarza, kopistkę, złodzieja i zwierzę obciążone stertą manuskryptów. Z tego zestawu powstaje opowieść, która potrafi być slapstickowa, przygodowa, gorzka i całkiem poważna bez gwałtownego zmieniania tonu.
Kordoba jest tu czymś więcej niż efektownym historycznym tłem. To miasto zbudowane na przepływie wiedzy. Kopiści przepisują teksty, tłumacze przenoszą idee między językami, uczeni sięgają po dzieła ludzi należących do innych religii i kultur. Biblioteka symbolizuje cały ten ruch. Nie chodzi tylko o wielką liczbę tomów, ale o samą zasadę, że wiedza może przechodzić z rąk do rąk i przeżywać swoich autorów. Dlatego decyzja o niszczeniu zbiorów ma znaczenie większe niż zwykłe palenie papieru. To próba przerwania obiegu.
Lupano przedstawia konflikt w sposób czytelny, ale nie zawsze historycznie subtelny. Świat wcześniejszych władców zostaje miejscami wyraźnie rozjaśniony, a przeciwnicy otwartości dostają rolę bardziej jednoznacznych strażników ortodoksji. Komiks korzysta z historii swobodnie, podporządkowując ją opowieści o wiedzy i władzy. Na szczęście nie udaje podręcznika. Posłowie i dodatkowy kontekst pozwalają oddzielić fabularną konstrukcję od tego, co da się powiedzieć ostrożniej o realiach epoki.
Znacznie ważniejsze jest to, że scenariusz nie zatrzymuje się przy prostym haśle „książki są dobre”. Podczas podróży Tarid stopniowo przekonuje się, że jego własna miłość do tekstów nie musi być dla innych oczywista. Człowiek głodny, ścigany albo codziennie walczący o przeżycie może nie widzieć wielkiej różnicy między rękopisem filozoficznym a ciężkim pakunkiem, którego nie da się zjeść. Komiks broni wiedzy, ale nie udaje, że jej wartość jest automatycznie widoczna dla każdego. Trzeba mieć warunki, by w ogóle móc sobie pozwolić na jej ochronę.
To bardzo dobry sposób na uniknięcie książkowego fetyszyzmu. Tarid jest oczywiście człowiekiem gotowym ryzykować dla zbiorów niemal wszystko, ale droga zmusza go do wyjścia poza świat uczonych, skryptoriów i bibliotek. Zderza się z ludźmi, dla których jego skarby nie są skarbami. Z czasem sam zaczyna lepiej rozumieć, że wiedza bez człowieka może stać się równie zamknięta jak księga stojąca na półce.
Relacje między bohaterami są jednym z najmocniejszych elementów całości. Tarid, Lubna i Marwan nie funkcjonują jako zestaw figur reprezentujących mądrość, rozsądek i spryt. Dostają własne temperamenty, słabości i historię. Tarid jest oddany księgom, ale bywa nieporadny i oderwany od praktycznego życia. Lubna ma znacznie więcej determinacji, niż początkowo można przypuszczać, a jej pozycja jako wykształconej niewolnicy dobrze pokazuje sprzeczności świata, w którym status społeczny nie zawsze przebiegał według prostych kategorii. Marwan wnosi natomiast chaos, pragmatyzm i zdrowy dystans do rzeczy, które dla bibliotekarza są niemal święte. No i jest mulica.
Chemineau rysuje ją tak, że bardzo szybko przestaje być środkiem transportu. Reaguje spojrzeniem, grymasem pyska, zmęczeniem, uporem i coraz wyraźniejszą irytacją wobec ludzi, którzy najwyraźniej uznali, że całą historię myśli ludzkiej najlepiej będzie umieścić właśnie na jej grzbiecie. To świetny komediowy kontrapunkt, ale też bardzo praktyczny element fabuły. Książki ważą. Wiedza w tej opowieści ma fizyczny ciężar, trzeba ją podnosić, pakować, nieść, chronić przed deszczem, kurzem i ludźmi. Biblioteka przestaje być abstrakcyjną świątynią kultury, kiedy okazuje się, że trzeba ją przywiązać sznurem do zwierzęcia i przeprowadzić przez góry.
Ta materialność dobrze służy opowieści. Bohaterowie nie ratują idei w abstrakcji. Ratują przedmioty, które zajmują miejsce i utrudniają ucieczkę. Każda kolejna księga zwiększa niebezpieczeństwo. Im więcej chcą ocalić, tym wolniej się poruszają. Lupano wykorzystuje to zarówno do humoru, jak i do prostego, ale skutecznego pytania: ile właściwie można poświęcić, próbując ocalić wszystko?
Komiks działa również jako opowieść drogi. Kordoba szybko zostaje za plecami, a bohaterowie trafiają na suche wzgórza, piaszczyste ścieżki, obcych wędrowców i kolejne problemy związane z głodem, zmęczeniem oraz pościgiem. Droga zmienia ich relacje i pozwala Lupano odsłaniać historię postaci stopniowo. Retrospekcje pojawiają się wtedy, gdy są potrzebne, a nie w formie ciężkich bloków ekspozycji. Dzięki temu komiks zachowuje tempo nawet wtedy, gdy zatrzymuje się na bardziej melancholijnym fragmencie.
Léonard Chemineau świetnie wspiera ten rytm. Jego rysunki są miękkie, barwne i bardzo komunikatywne. Kordoba wygląda bogato, ale nie jak martwa rekonstrukcja z muzealnej gabloty. Pałace, wnętrza, skryptoria i ulice mają ruch, ludzi i temperaturę. Kiedy akcja przenosi się poza miasto, paleta i krajobraz zmieniają charakter opowieści. Czuje się suche powietrze, pył i wysiłek marszu.
Chemineau dobrze pracuje również mimiką. Bohaterowie są bardzo ekspresyjni, co pomaga w scenach komediowych, ale nie przeszkadza wtedy, gdy historia przechodzi w dramat. Szczególnie dobrze wypadają momenty ciszy, gdy żart nagle znika, a na horyzoncie zostaje tylko łuna po czymś, czego nie da się już uratować. Lupano lubi takie kontrasty i rysownik dobrze wie, kiedy nie trzeba ich dodatkowo podkreślać.
Warstwa wizualna ma też kilka ciekawych rozwiązań formalnych. Retrospekcje są wyraźnie oddzielone kolorystycznie, pojawiają się zabawy kompozycją kadrów, a biblioteczne półki bywają wykorzystywane jako część narracyjnego układu planszy. Nie jest to komiks formalnie eksperymentalny, ale Chemineau potrafi urozmaicić klasyczną narrację wtedy, gdy ma ku temu dobry powód. Najważniejszy pozostaje jednak temat relacji między wiedzą a władzą. Al-Mansur nie musi nienawidzić książek jako takich. Wystarczy, że rozumie ich polityczne znaczenie. Kontrola nad wiedzą jest kontrolą nad tym, jakie pytania wolno zadawać i jakie odpowiedzi mogą istnieć. Palenie ksiąg jest więc nie tylko aktem religijnego fanatyzmu, lecz także narzędziem budowania porządku. To rozpoznanie nie jest szczególnie nowe, ale Lupano podaje je bez ciężkiej publicystyki.
Komiks jest przy tym zaskakująco aktualny bez nachalnego wskazywania palcem współczesności. Opowieści o zakazywaniu książek, usuwaniu niewygodnych treści, podporządkowywaniu nauki polityce czy dzieleniu wiedzy na „słuszną” i „niebezpieczną” nie potrzebują wielu dopisków. Lupano wie, że historia sama tworzy wystarczająco mocne echo. Jednocześnie warto uważać, by nie zrobić z Bibliomulicy komiksu poważniejszego, niż rzeczywiście jest. To nadal przede wszystkim bardzo sprawna przygodówka. Dużo tu humoru, charakterystycznych dialogów, przypadków, kłopotów i bohaterów, których łatwo polubić. To właśnie lekkość chroni historię przed staniem się ilustrowanym wykładem o wolności intelektualnej. Lupano nie wygłasza kazania o książkach. Wrzuca książki na grzbiet mulicy i każe wszystkim biec.
Ta metoda działa szczególnie dobrze, bo bohaterowie naprawdę się zmieniają. Tarid zaczyna widzieć świat szerzej niż przez półki biblioteki. Marwan stopniowo przestaje być tylko łotrzykiem przydatnym w podróży. Lubna dostaje własny ciężar emocjonalny i własne decyzje. Nawet wspólny cel przestaje z czasem oznaczać dla wszystkich dokładnie to samo. Niektóre elementy są bardziej umowne. Historyczna wyrazistość konfliktu została podporządkowana współczesnemu przesłaniu, a kilka scen działa głównie po to, żeby popchnąć relacje między postaciami w określoną stronę. Komiksowi można też zarzucić, że momentami bardzo mocno ufa własnemu przesłaniu i nie zawsze pozostawia wiele miejsca na niejednoznaczność. Tyle że Lupano rekompensuje to dobrym tempem, humorem i bohaterami, przez których idee przestają być tylko hasłami.
Bardzo dobrym dodatkiem jest historyczne posłowie. Pozwala ono uporządkować kontekst kalifatu kordobańskiego, sytuację polityczną, kwestię samej biblioteki i społeczne realia epoki. To ważne zwłaszcza dlatego, że komiks operuje swobodnie między faktem a literackim przetworzeniem. Czytelnik dostaje więc możliwość sprawdzenia, gdzie kończy się przygodowa opowieść, a zaczyna znacznie bardziej skomplikowana historia.
Bibliomulica z Kordoby jest ostatecznie pochwałą wiedzy, ale ciekawszą niż zwykła deklaracja miłości do książek. Pokazuje ich kruchość, ciężar i zależność od ludzi, którzy uznają, że warto je zachować. Rękopis nie uratuje się sam. Potrzebuje bibliotekarza, kopistki, złodzieja, odrobiny szczęścia i zwierzęcia o odpowiednio mocnym grzbiecie. To komiks ciepły, zabawny i bardzo przystępny, a przy tym na tyle mądry, żeby nie sprowadzić swojej historii do banalnego „czytanie jest ważne”. Najlepiej działa wtedy, gdy przypomina, że każda biblioteka jest w gruncie rzeczy wynikiem czyjegoś uporczywego sprzeciwu wobec zapomnienia. Książki potrafią przetrwać władzę, pożary i fanatyków, ale tylko wtedy, gdy znajdzie się ktoś wystarczająco szalony, by w odpowiednim momencie załadować je na mulicę i ruszyć przed siebie.

