Filmy

RECENZJA: Baw się dobrze i przeżyj | Apokalipsa w rytmie scrollowania

Najbardziej niepokojące w tym filmie nie jest wcale to, że sztuczna inteligencja chce przejąć kontrolę nad światem. Najbardziej niepokojące jest to, że gdy ktoś próbuje nas przed tym ostrzec, połowa widowni mogłaby w tym czasie sprawdzać powiadomienia. Baw się dobrze i przeżyj zaczyna się jak nerwowy żart o końcu cywilizacji, ale bardzo szybko okazuje się czymś bliższym krzywemu zwierciadłu, takiemu, w którym odbicie jest śmieszne tylko przez chwilę, a potem zaczyna być niekomfortowo znajome.

Punkt wyjścia jest znakomity. Do nocnego baru w Los Angeles wpada człowiek z przyszłości grany przez Sama Rockwella, zdesperowany, rozedrgany, wyglądający jak ktoś, kto od bardzo dawna nie spał, nie jadł i nie ma już ani krzty cierpliwości do ludzkości. Ma tylko jedną noc, kolejny raz tę samą noc, żeby zmontować przypadkową ekipę nieudaczników, frustratów i życiowych wykolejeńców, po czym ruszyć z nimi zatrzymać moment, w którym sztuczna inteligencja dokręca światu śrubę ostatecznie. To jest premisa z tych, które mogą pójść albo w stronę błyskotliwego chaosu, albo w stronę rozwleczonego mema o tym, że wszyscy siedzą w telefonach. Film próbuje iść w obie.

I właśnie tu zaczyna się największy problem tej produkcji. Bo Baw się dobrze i przeżyj ma temat, który jest wdzięczny, aktualny i aż prosi się o ostrą satyrę. Uzależnienie od krótkich dopaminowych bodźców. Społecznościowe platformy, które wysysają uwagę, a potem odsprzedają ją w kawałkach. Wirtualne protezy relacji. Lęk przed AI, które nie tyle jest „złe”, co po prostu skuteczniejsze od ludzi w byciu bezdusznym. Tylko że film raz trafia w punkt, a raz wali na oślep. Są momenty naprawdę celne, kąśliwe, nieprzyjemnie bliskie prawdy. I są takie, w których wszystko zaczyna pachnieć zbyt łatwym uogólnieniem, jakby ktoś chciał powiedzieć coś ważnego o współczesności, ale po drodze zadowolił się skrótem myślowym.

Najlepsze sceny tego filmu nie straszą technologią. Straszne jest to, jak bardzo ludzie już się z nią zrośli. To właśnie wtedy Verbinski jest najciekawszy. Kiedy nie robi z AI diabelskiego totemu, tylko pokazuje świat, który sam wyhodował sobie wygodną miękkość, własną bierność, własne uzależnienie od ekranowego znieczulenia. W tych fragmentach Baw się dobrze i przeżyj potrafi być naprawdę kąśliwe, naprawdę nieprzyjemne, naprawdę skuteczne. I aż chce się, żeby poszedł jeszcze dalej, jeszcze mocniej, jeszcze bezlitośniej.

Tylko że potem wjeżdża jego druga natura. Film zaczyna dopisywać sobie kolejne warstwy, kolejne odnogi, kolejne mini historie i kolejne pomysły, jakby bał się prostoty. Czuć tu chwilami konstrukcję złożoną z osobnych segmentów, które osobno bywają lepsze niż jako całość. To wygląda trochę tak, jakby ktoś zmontował trzy całkiem niezłe, krótsze opowieści o cyfrowym rozpadzie rzeczywistości, a potem postanowił zszyć je w jeden pełny metraż, licząc, że energia, dziwność i chaos załatwią resztę. Nie załatwiają. Przynajmniej nie zawsze.

Sam Rockwell oczywiście robi bardzo dużo, żeby ten film nie rozsypał się całkowicie. On ma w sobie ten rzadki dar grania ludzi, którzy wyglądają, jakby byli jednocześnie o krok od objawienia i o krok od kompletnego załamania nerwowego. Tutaj dostaje rolę idealnie skrojoną pod ten rejestr. Jest zabawny, roztrzęsiony, tragikomiczny i ma dokładnie tyle magnetyzmu, ile trzeba, żebyśmy przez długi czas wybaczali filmowi jego narracyjne skręty. Rockwell nie tyle prowadzi ten film, co ciągnie go za fraki przez kolejne akty. Bez niego wszystko rozsypałoby się szybciej.

Reszta obsady też daje radę, choć nie każdy dostaje tyle samo mięsa. Juno Temple wnosi do filmu potrzebną nutę cichszego bólu, Haley Lu Richardson ma w sobie coś bardzo wdzięcznego i zarazem kruchego, a Michael Peña i Zazie Beetz dobrze sprzedają zmęczenie ludzi, którzy funkcjonują w świecie kompletnie rozmontowanym przez cyfrowe nawyki. Ale znów, film nie zawsze umie wycisnąć z tych postaci tyle, ile obiecuje. Część wątków wydaje się ciekawsza jako szkic niż jako pełna wypowiedź.

Jest też kwestia humoru. Tu sprawa jest dość brutalna. Baw się dobrze i przeżyj momentami naprawdę bawi, ale równie często wyraźnie chce bawić. A to nie to samo. Verbinski bywa świetny, kiedy puszcza oko z odpowiednią dozą złośliwości i nie próbuje za wszelką cenę wycisnąć śmiechu z każdej groteskowej sytuacji. Gorzej, kiedy film zaczyna jechać na samym założeniu, że skoro coś jest wystarczająco odjechane albo wystarczająco nie na miejscu, to już samo w sobie będzie śmieszne. Nie będzie. Czasem będzie tylko hałaśliwe.

Największy zgrzyt pojawia się jednak gdzie indziej. W pewnym momencie film dorzuca element, który psuje iluzję w sposób już nie do obrony. Nie taki, który rozsadza logikę w zabawnym, komiksowym sensie, bo to dałoby się jeszcze kupić. Tylko taki, po którym zawieszenie niewiary zaczyna się rwać. I to boli, bo ten świat od początku wymaga od widza zgody na spory kredyt zaufania. Do pewnego momentu da się go jeszcze spłacać energią, stylem i aktorami. Potem robi się za drogo.

No właśnie, styl. Verbinski nadal umie w obraz. Nadal ma wyczucie dziwności, deformacji, kontrolowanego rozedrgania. Baw się dobrze i przeżyj wygląda chwilami jak film człowieka, który bardzo dobrze pamięta, że apokalipsa nie musi być chłodna i sterylna. Może być śmieszna, lepka, tandetna, przerysowana, wręcz karnawałowa. I w tych momentach naprawdę czuć autora. Ale z drugiej strony, czasem ma się wrażenie, że sam wizualny rozgardiasz ma przykryć to, że scenariusz nie zawsze wie, dokąd dokładnie zmierza.

I może właśnie dlatego ten film zostawia po sobie tak mieszane wrażenie. Bo to nie jest porażka. To nawet nie jest film nijaki. Wręcz przeciwnie. To film zbyt hałaśliwy, zbyt napompowany własnymi pomysłami, zbyt przekonany, że sama jego ekscentryczność wystarczy. A jednocześnie to film, który ma przebłyski naprawdę celnej, naprawdę niepokojącej diagnozy teraźniejszości. Gdy trafia, trafia mocno. Gdy pudłuje, robi to z głośnym trzaskiem.

Najzabawniejsze, a może najbardziej ponure, jest zresztą coś zupełnie pozafilmowego. Na moim seansie dało się zauważyć widza, który w trakcie filmu scrollował Facebooka albo jakąś podobną aplikację. Trudno o lepszy komentarz do tego, co Baw się dobrze i przeżyj próbuje powiedzieć. Film ostrzega przed światem rozszarpanym przez kompulsywne patrzenie w ekran, a ktoś siedzi na sali i dokładnie ten świat odgrywa na żywo. Tego Verbinski nie musiałby nawet dopisywać. Rzeczywistość zrobiła mu gratisową puentę.

To film, który słusznie boi się przyszłości, ale najbardziej interesujący jest wtedy, gdy pokazuje, że przyszłość już dawno się zaczęła. Baw się dobrze i przeżyj to więc kino nierówne, momentami zbyt pewne własnej błyskotliwości, chwilami niepotrzebnie przeintelektualizowane, chwilami zbyt łatwe w swojej krytyce, ale jednak na tyle żywe, zadziorne i osobliwe, że trudno je zbyć wzruszeniem ramion. To nie jest wielka satyra na epokę AI. To raczej roztrzęsiony, chwilami bardzo celny, chwilami bardzo chaotyczny alarm przeciwpożarowy. I może właśnie dlatego warto go usłyszeć, nawet jeśli nie każda syrena brzmi tu równie przekonująco.

Nataniel Ferenc

Mogę powiedzieć, że gram, czytam, oglądam - jeszcze nie śpiewam. Ale pracuję nad tym.