Są serie, które po dwudziestu tomach zaczynają kręcić się w kółko, robią groźne miny, powtarzają stare sztuczki i udają, że to nadal to samo napięcie. Chainsaw Man robi coś dokładnie odwrotnego. Tatsuki Fujimoto nie tyle podkręca stawkę, co rozrywa ją na strzępy, po czym z tych strzępów skleja nowy koszmar. Tomy 19, 20 i 21 są właśnie takim momentem. To nie jest już tylko opowieść o chłopaku z piłą zamiast serca, demonach i absurdalnej przemocy. To jest historia świata, który zaczyna się rozpadać na naszych oczach, a jednocześnie zachowuje się tak, jakby to był po prostu kolejny zwyczajny dzień.
I może właśnie to jest dziś w Chainsaw Manie najmocniejsze. Nie sama brutalność, nie kolejne pokręcone pomysły, nie nawet ten cały gore cyrk, z którego seria słynie. Najmocniejsze jest to, że Fujimoto coraz wyraźniej pokazuje apokalipsę jako stan powszedni. Zwłoki na ulicy. Demony jako element krajobrazu. Ludzie, którzy już nawet nie reagują tak, jak powinni, bo katastrofa stała się tłem. To już nie jest świat stojący na krawędzi zagłady. To świat, który nauczył się na tej krawędzi mieszkać.
Punktem wyjścia dla tych tomów jest oczywiście rozsypka Denjiego. Po zaginięciu Nayuty chłopak właściwie przestaje funkcjonować. I bardzo dobrze, że Fujimoto nie próbuje tego przykrywać tanią bohaterszczyzną. Denji nie wraca nagle do pionu, nie przemawia mu do rozsądku kolejny mentor, nie dostaje magicznego impulsu do walki. On się sypie. Jest głodny, zagubiony, przeżarty żałobą, pożądaniem, wstydem i poczuciem winy. To jest bohater, który już dawno przestał być komiksową maszyną do cięcia demonów, a stał się tragicznym wrakiem emocjonalnym, próbującym zrozumieć, czy w ogóle potrafi jeszcze chcieć czegokolwiek, co nie prowadzi go do kolejnej katastrofy.
W dziewiętnastym tomie widać to szczególnie mocno. Denji trafia do restauracji sushi i właśnie tam Fujimoto odpala jedną z tych scen, które z pozoru są absurdalne, obrzydliwe albo zwyczajnie powalone, ale pod spodem pracują na czymś znacznie cięższym. Seksualność Denjiego po raz kolejny nie jest tu ani śmiesznym running gagiem, ani prostym paliwem dla młodzieżowej prowokacji. To jest problem. To jest jego słabość, jego chaos, jego autodestrukcyjny mechanizm. Fujimoto bardzo wyraźnie mówi, że to nie jest zabawne. To jest smutne. I właśnie dlatego te sceny działają tak dobrze, bo nie służą podkręceniu memiczności serii, tylko rozwaleniu czytelnikowi wygodnego dystansu.
Równolegle rozwija się relacja Asy, Yoru i Denjiego, która robi się coraz dziwniejsza, coraz mniej stabilna i coraz ciekawsza. Fujimoto od dawna bawi się tym układem, ale w tych tomach zaczyna wyraźniej pokazywać, że to nie jest tylko kolejna wariacja na temat romantyczno demonicznego trójkąta. To relacja oparta na przenikaniu się potrzeb, traum, impulsów i uczuć, które nie należą już w pełni do jednej osoby. Yoru staje się tu kimś więcej niż tylko wojennym demonem z wielkim ego. Coraz mocniej widać, że nawet demony w tym świecie zaczynają chorować na bardzo ludzkie pragnienia, bardzo ludzkie odruchy i bardzo ludzkie splątanie.
Tom dwudziesty to już wejście na pełne obroty. Nayuta ginie, czarny Chainsaw Man wpada w szał, a Fujimoto robi to, co umie najlepiej, czyli z tragedii robi widowisko, a z widowiska robi egzystencjalny koszmar. To jest ten moment, w którym manga znowu zaczyna przypominać najlepsze fragmenty pierwszej części. Pacing przyspiesza, stawka rośnie, a pomysły wystrzeliwują jeden po drugim. Ale to nie jest powrót do starego Chainsaw Mana w sensie prostego resetu. To raczej powrót do jego najbardziej bezlitosnej energii, tyle że teraz świat jest jeszcze bardziej chory, a bohaterowie jeszcze bardziej połamani.
Wątek politycznego wykorzystania mocy Chainsaw Mana do wymazywania pojęć z rzeczywistości jest przy tym jednocześnie fascynujący i problematyczny. Fascynujący, bo daje Fujimoto potężne narzędzie do budowania horroru egzystencjalnego. Wizja, że można zjeść coś tak skutecznie, iż przestaje istnieć nie tylko fizycznie, ale też pojęciowo, jest cholernie mocna. To nie jest już walka z potworem, to jest grzebanie brudnymi rękami w samej strukturze rzeczywistości. Kiedy manga pokazuje, jak niebezpieczna jest ta moc i jak bardzo ludzie chcą ją wykorzystać dla swoich celów, robi się naprawdę nieprzyjemnie. Bo nie chodzi tu wyłącznie o demony. Chodzi o elity, władzę, o ludzi, którzy pod przykrywką ratowania ludzkości tak naprawdę chcą przejąć kontrolę nad samą definicją świata.
A problematyczny jest ten wątek dlatego, że momentami można mieć wrażenie, iż Fujimoto igra z własną mitologią tak agresywnie, że ociera się o naruszenie jej spójności. Nie wszystko tu jeszcze wybrzmiewa idealnie. Niektóre rzeczy wyglądają bardziej jak potężny koncept niż w pełni dopracowana konsekwencja świata. Ale znamienne jest to, że nawet kiedy manga balansuje na granicy przesady, nadal pozostaje piekielnie wciągająca.
Potem wchodzi demon starości i robi się jeszcze dziwniej. Wrzucenie Denjiego i Asy do wymiaru nad cichym jeziorem to jeden z tych fujimotowskich ruchów, które brzmią jak totalna odklejka, a jednak działają, bo autor umie z odklejki zrobić metafizyczną pułapkę. Ta przestrzeń jest jednocześnie groteskowa, martwa, senna i przerażająca. Czas się tam rozciąga, sens zaczyna się rozmywać, a ludzie zamieniają się w drzewa. To brzmi jak fever dream, ale w wykonaniu Fujimoto ma w sobie też coś głęboko depresyjnego. To nie jest tylko „dziwny arc”. To jest opowieść o utknięciu, o rozpadzie podmiotowości, o trwaniu tak długo, aż człowiek przestaje być człowiekiem, a staje się krajobrazem.
I właśnie wtedy wraca Denji w swojej najbardziej podstawowej formie. Nie jako wielki zbawca, nie jako superbohater, nie jako symbol. Tylko jako ktoś, kto je, bo musi. Kto wymiotuje rzeczywistością, bo nie ma już miejsca w brzuchu. Kto negocjuje z piekłem nie dlatego, że jest szczególnie mądry, tylko dlatego, że inaczej się nie da. To jest potwornie fujimotowskie i potwornie dobre. W tej mandze najbardziej absurdalne rozwiązania prawie zawsze są też najbardziej ludzkie.
Dwudziesty pierwszy tom kontynuuje ten ruch i przerzuca go w stronę jeszcze większego chaosu. Denji i Yoru składają sobie obietnice w cieniu nadchodzącego demona śmierci, a całość zaczyna przypominać dziwną mieszaninę końca świata, toksycznego flirtu, filozofii zagłady i ulicznej rzezi. To już jest etap, na którym Chainsaw Man nie stara się nawet wyglądać jak klasyczna manga akcji. Fujimoto jedzie po bandzie, ale nie dla samego efektu. On naprawdę buduje atmosferę świata, który nie ma już żadnych normalnych proporcji. Wszystko jest pokrzywione, relacje są niestabilne, moralność dawno się skompromitowała, a ludzkość czeka na nadejście śmierci jak na kolejny wpis w kalendarzu.
W tym wszystkim bardzo ciekawe jest to, że mimo gigantycznej skali wydarzeń Fujimoto nadal trzyma emocjonalny rdzeń w Denjim i Asie. Bez tego seria dawno rozpadłaby się w czysty festiwal szokowania. Tymczasem ona wciąż działa, bo pod całą tą jatką, groteską, body horrorem i czarnym humorem siedzi bardzo konkretne pytanie: co zrobić z życiem, które ciągle ktoś ci wykrzywia, przechwytuje i przerabia na cudzą potrzebę. Denji nie chce już być tylko Chainsaw Manem. Asa nie potrafi po prostu być sobą. Yoru chce wojny, ale coraz bardziej wplątuje się w rzeczy, których nie kontroluje. I właśnie z tego bierze się napięcie większe niż sama przemoc.
Jeśli chodzi o stronę wizualną, to widać pewne uproszczenia. Cienie bywają prostsze, kreska momentami mniej dopieszczona niż dawniej. Dla jednych to będzie znak zmęczenia materiału, dla innych świadoma redukcja środków. Ja mam poczucie, że choć nie wszystko wygląda tu równie imponująco jak w najmocniejszych momentach serii, to Fujimoto nadal potrafi z bardzo prostych kadrów wydobyć ogromny ciężar emocjonalny. Zwłaszcza wtedy, gdy stawia na pustkę, ciszę i ten dziwny rodzaj spowszedniałego koszmaru, który stał się znakiem rozpoznawczym późniejszego Chainsaw Mana.
Tomy 19 do 21 nie są może najłatwiejszym etapem tej historii. To nie jest już tak czysta, natychmiastowa frajda jak przy pierwszych wielkich rzeziach serii. Tu jest więcej chaosu, więcej dezorientacji, więcej konceptualnego ryzyka. Ale właśnie dlatego to tak ciekawe. Fujimoto nadal nie wszedł w rutynę. Nadal nie zaczął robić bezpiecznego autoplagiatu. Nadal potrafi wysadzić własną serię od środka i kazać czytelnikowi patrzeć, jak świat zmienia się w karykaturę samego siebie.
To już nie jest manga o walce z demonami. To manga o świecie, który sam zaczął funkcjonować jak demon.
I właśnie dlatego Chainsaw Man nadal się broni. Bo nawet gdy bywa nierówny, nawet gdy ociera się o nadmiar, nawet gdy sprawia wrażenie, jakby zaraz miał się całkiem rozszczelnić, to wciąż robi rzeczy, których nikt inny w mainstreamowej mandze akcji nie robi w ten sposób. Tomy 19, 20 i 21 są brutalne, ponure, absurdalne, chwilami wręcz odpychające, ale też piekielnie żywe. A to po tylu tomach jest już osiągnięciem samym w sobie.


