Stephen King przez większość kariery zajmował się dostarczaniem czytelnikom powodów, żeby nie ufać piwnicom, hotelom, samochodom, dzieciom, sąsiadom i w zasadzie całej reszcie świata. W Danse Macabre robi coś odwrotnego: odkłada fabułę na bok i zaczyna tłumaczyć, dlaczego te rzeczy w ogóle działają. Nie pisze przy tym historii horroru w akademickim sensie ani podręcznika z przypisami ustawionymi w wojskowym szyku. To raczej długa rozmowa człowieka kompletnie zakochanego w gatunku, który chce pokazać, skąd bierze się strach, jak zmieniały się jego popkulturowe formy i dlaczego czasem bardziej boimy się czegoś, czego nawet nie widać. Książka obejmuje przede wszystkim literaturę, kino, telewizję i radio z lat 1950–1980, ale równie chętnie ucieka w autobiografię, anegdotę, politykę i osobiste uprzedzenia autora.
Największą siłą Danse Macabre jest właśnie to, że King nie udaje bezstronnego przewodnika. Nie porządkuje horroru z pozycji kustosza, który pokazuje eksponaty zza szyby i pilnuje, żeby nikt nie dotknął gabloty. On sam przez pół życia grzebał w tym magazynie, ma ulubione półki, niektórych twórców stawia wyżej niż innych i potrafi przy okazji bardzo jasno powiedzieć, czego nie cierpi. To daje książce charakter, ale również sprawia, że trzeba ją czytać jako autorski esej, nie objawioną prawdę o gatunku. King potrafi z ogromnym przekonaniem budować interpretację filmu albo powieści, a chwilę później tak samo pewnie przejść do czegoś, co dla współczesnego czytelnika może już brzmieć jak bardzo osobisty spór sprzed kilku dekad. Ta stronniczość jest momentami irytująca, ale bez niej książka prawdopodobnie straciłaby połowę własnego uroku. Sterylna historia horroru byłaby zresztą dość osobliwym pomysłem.
King najciekawszy staje się wtedy, gdy przestaje katalogować dzieła, a zaczyna szukać mechanizmu. Pyta, dlaczego w ogóle chcemy się bać, po co płacimy za oglądanie lub czytanie rzeczy, które mają nas wprawić w niepokój i skąd bierze się satysfakcja z kontaktu z czymś odpychającym. Nie zatrzymuje się przy prostym stwierdzeniu, że horror ma przestraszyć. Interesuje go również wstręt, napięcie, lęk społeczny, poczucie utraty kontroli oraz sposób, w jaki kultura przetwarza bardzo realne niepokoje w potwory, nawiedzone domy i kosmitów. Właśnie dlatego Sputnik, zimna wojna, lęk przed atomem czy kryzysy społeczne pojawiają się obok Draculi i Frankensteina. Dla Kinga horror nie funkcjonuje w próżni. To rodzaj kulturowego ciśnieniomierza, tylko zamiast słupka rtęci dostajemy czasem olbrzymiego owada.
Ta mocno amerykańska perspektywa bywa zarazem jedną z największych barier. Lęki społeczne, które King traktuje jako oczywisty kontekst dla konkretnych filmów czy książek, nie zawsze przekładają się bezpośrednio na doświadczenie polskiego czytelnika. Sputnik, wojna w Wietnamie, kryzys paliwowy czy specyficzne napięcia amerykańskiej klasy średniej mogą być historycznie zrozumiałe, ale emocjonalnie pozostają czymś pożyczonym. Jeszcze większy problem stanowi dostępność części omawianych dzieł. King potrafi długo analizować film, serial albo audycję radiową, z którą czytelnik spoza Stanów Zjednoczonych miał niewielką szansę kiedykolwiek się zetknąć. Im bardziej szczegółowa robi się analiza czegoś kompletnie nieznanego, tym łatwiej zacząć mieć wrażenie, że uczestniczy się w fascynującej rozmowie o przyjęciu, na które człowieka nigdy nie zaproszono.
To zresztą książka, która bardzo wyraźnie pokazuje różnicę między wiedzą a zainteresowaniem. Jeśli zna się przynajmniej część omawianych twórców i dzieł, King potrafi otworzyć je na nowo, zwrócić uwagę na motyw, którego wcześniej się nie widziało, albo nazwać coś, co czytelnik jedynie przeczuwał. Kiedy jednak omawia utwór zupełnie obcy, kilka stron drobiazgowego rozbioru potrafi stać się wyzwaniem. Szczególnie że autor nie zawsze przejmuje się spoilerami i zakłada raczej, że rozmawia z człowiekiem zaznajomionym z materiałem. Danse Macabre najlepiej więc czytać nie jako przewodnik, który należy przejść od pierwszej strony do ostatniej z nabożną dyscypliną, ale jako wielki gabinet osobliwości. Nie każda szuflada będzie równie ciekawa, ale w wielu można znaleźć coś, co później zmienia sposób patrzenia na cały gatunek.
Bardzo dużo daje również autobiograficzny King. Nie dlatego, że Danse Macabre nagle zamienia się w opowieść o jego karierze, lecz dlatego, że autor nieustannie pokazuje, skąd brała się jego własna fascynacja horrorem. Wspomnienia, anegdoty i dygresje pozwalają zobaczyć człowieka jeszcze stosunkowo młodego, już odnoszącego sukcesy, ale nieposiadającego późniejszego statusu instytucji kultury. To zresztą ciekawy paradoks tej książki. King pisze o horrorze jako jeden z jego najważniejszych współczesnych twórców, ale jednocześnie robi to na początku lat osiemdziesiątych, zanim znaczna część jego własnej legendy zdążyła w ogóle powstać. Z dzisiejszej perspektywy czyta się więc nie tylko esej o strachu, lecz także zapis sposobu myślenia pisarza w bardzo konkretnym momencie kariery. To trochę jak słuchać człowieka, który jeszcze nie wie, że za kilkadziesiąt lat ktoś będzie analizował jego własne książki z równie śmiertelną powagą.
Styl ratuje Danse Macabre przed losem wielu opasłych książek o kulturze. King potrafi przejść od teorii do żartu, od rozważań o archetypach do osobistego wspomnienia, a od tego do filmu tak tandetnego, że sama jego egzystencja najwyraźniej domaga się komentarza. Nie zawsze jednak wie, kiedy skończyć. Dygresje rozmnażają się swobodnie, jedna uwaga potrafi otworzyć trzy kolejne, a autor chwilami zachowuje się tak, jakby każde skojarzenie zasługiwało na własny pokój. W powieściach jego skłonność do rozwlekania potrafi budować świat i postacie. Tutaj bywa zwyczajnie rozwlekaniem. Są partie bardzo błyskotliwe i są takie, przez które trzeba przebrnąć z cierpliwością człowieka słuchającego pasjonata, który właśnie przypomniał sobie jeszcze jeden film z 1957 roku i absolutnie musi o nim opowiedzieć.
Nowe wydanie ma tę przewagę, że nie pozostawia książki całkowicie zamkniętej w momencie jej powstania. Przedmowa przygotowana do edycji z 2010 roku i tekst Co nas straszy z 2024 roku pozwalają spojrzeć na wcześniejsze rozważania z większego dystansu. Nie zmienia to jednak zasadniczego charakteru całości. Rdzeń Danse Macabre nadal należy do epoki, w której telewizja, radio i kino grozy funkcjonowały inaczej, dostęp do dzieł był inny, a kultura masowa nie została jeszcze rozdrobniona przez internet i streaming. Paradoksalnie właśnie dlatego książka zyskała dodatkową wartość historyczną. King opisuje horror żywy, współczesny dla siebie, nie wiedząc jeszcze, które z analizowanych przez niego rzeczy przetrwają, które zostaną zapomniane, a które po latach wrócą w kolejnej wersji.
Nie jest to więc kompletna historia grozy ani książka, z którą trzeba się zgadzać. Czasem King przecenia jeden utwór, czasem wyjątkowo nieprzekonująco interpretuje inny, a jego zamiłowanie do własnych przykładów potrafi wystawić cierpliwość na próbę. Jednocześnie niewiele tekstów o horrorze ma w sobie tyle autentycznej ciekawości wobec samego zjawiska. King nie patrzy na gatunek z góry, nie próbuje go uszlachetnić i nie przeprasza za jego kicz, tandetę czy zamiłowanie do rzeczy podejrzanych. Próbuje raczej zrozumieć, dlaczego obok naprawdę znakomitych dzieł potrzebujemy również tych tanich, obrzydliwych i często zwyczajnie głupich. Horror w jego ujęciu nie jest arystokratą literatury. Bardziej przypomina dziwnego kuzyna, którego rodzina trochę się wstydzi, ale który na każdym spotkaniu okazuje się mieć najciekawsze historie.
Danse Macabre może zmęczyć, szczególnie czytelnika niezainteresowanego historią gatunku albo nieznającego dużej części przywoływanych dzieł. Dla ludzi rzeczywiście ciekawych horroru pozostaje jednak książką wartościową właśnie dlatego, że nie daje tylko listy nazwisk i tytułów. King próbuje rozebrać strach na mechanizmy, odruchy, społeczne obsesje i bardzo prywatne słabości. Czasem dociera przy tym do błyskotliwej obserwacji, czasem zapuszcza się w dygresję tak daleko, że sam horror przez chwilę znika z pola widzenia. Ale kiedy wraca, zwykle przyprowadza ze sobą coś wartego uwagi. I po tych kilkuset stronach trudno już patrzeć na kiepski film o potworze jak na zwykły kiepski film o potworze. King zawsze będzie próbował udowodnić, że pod gumowym kostiumem coś jednak siedzi.

