Gdyby ktoś spróbował streścić XVI wiek jednym towarem, pieprz byłby wyborem zaskakująco rozsądnym. Roger Crowley pokazuje w Walce o przyprawy, że za goździkami, gałką muszkatołową i pieprzem stało znacznie więcej niż kulinarna fanaberia bogatych Europejczyków. Stały za nimi wyprawy liczone w latach, statki znikające na oceanach, załogi dziesiątkowane przez głód i choroby, konflikty między imperiami oraz bardzo konkretne rachunki zysków i strat. Kolumb i Magellan nie wypływali w morze po to, żeby dostarczyć przyszłym podręcznikom efektownych rozdziałów o odkryciach geograficznych. Szukali drogi do źródeł bogactwa. Crowley bierze ten prosty fakt i buduje z niego opowieść o narodzinach świata, w którym odległość przestała być wystarczającą ochroną przed cudzym interesem.
Największą zaletą książki jest to, że nie zamienia historii globalnego handlu w śmiertelnie poważny wykład o przepływach gospodarczych. Crowley ma temperament narratora i wie, że czytelnik łatwiej zrozumie znaczenie szlaku, jeśli najpierw zobaczy ludzi, którzy próbują go przebyć. Dlatego opisując ekspedycje, nie poprzestaje na nazwach portów i datach wypłynięcia. Interesuje go stan zapasów, pogoda, kondycja załogi, pozycja statków, błędy nawigacyjne i bardzo praktyczne konsekwencje każdej pomyłki. Rejs przez Pacyfik nie jest tutaj linią łączącą dwa punkty na mapie, lecz narastającym problemem, który zaczyna się od niedostatku wody, a kończy pytaniem, ilu ludzi jeszcze przeżyje do następnego brzegu. To właśnie w takich fragmentach Crowley wypada najlepiej, bo potrafi sprawić, że globalna historia nagle kurczy się do kilku beczek, zepsutego jedzenia i człowieka patrzącego w horyzont, który nie ma zamiaru się zmienić.
Szczególnie dobrze działa też sposób, w jaki autor pokazuje ograniczenia technologii. Europejczycy przybywają z działami, bronią palną i poczuciem własnej przewagi, ale Crowley regularnie przypomina, że sprzęt jest wart tylko tyle, ile warunki pozwalają z niego wycisnąć. W bitwie pod Mactanem znaczenie mają rafy i odległość okrętów od brzegu, w innych miejscach decydują zaopatrzenie, wiatr, choroby albo zwykła niemożność dotarcia tam, gdzie chciałby dowódca. Dzięki temu wyprawy nie wyglądają jak nieunikniony marsz Europejczyków ku dominacji. Są znacznie bardziej niepewne, często improwizowane i pełne decyzji podejmowanych przez ludzi, którzy sami nie wiedzieli, czy odkrywają nową drogę, czy właśnie bardzo kosztowny sposób na śmierć.
Crowley szeroko pokazuje rywalizację Portugalii i Hiszpanii, ale nie buduje świata tak, jakby poza nimi istniały tylko puste przestrzenie oczekujące na odkrycie. To bardzo ważne. Europejczycy wchodzą w istniejące sieci handlowe, spotykają kupców, pośredników, władców i społeczności, które od dawna funkcjonują bez ich udziału. W późniejszych partiach książki szczególnie dobrze widać to przy opisie przepływu srebra, porcelany, towarów i informacji między Azją, Ameryką i Europą. Globalizacja nie zaczyna się tu od chwili, gdy pierwszy Portugalczyk postawił stopę na wyspie i uznał, że świat właśnie został wynaleziony. Crowley pokazuje raczej moment, w którym różne istniejące układy zaczynają być spinane w jeden coraz bardziej rozległy system. To różnica istotna, bo pozwala uniknąć starego mitu, według którego historia świata przyspiesza dopiero wtedy, gdy pojawia się europejski statek.
Najciekawsze rozdziały potrafią przy tym pokazać, jak absurdalnie mały bywał punkt zapalny ogromnych wydarzeń. Mikrofloty walczą o niewielkie wyspy, ponieważ na tych wyspach rosną rośliny warte fortunę. Dwory królewskie negocjują granice wpływów na terenach, których większość ludzi w Europie nigdy nie zobaczy. Mapy stają się narzędziami władzy, wiedzę się cenzuruje, fałszuje i sprzedaje, a jedna dobrze rozpowszechniona książka może naruszyć monopol imperium. Crowley bardzo dobrze pokazuje, że narodziny globalnego świata miały w sobie tyle samo wielkiej strategii, co desperackiego kombinowania. Imperia nie rosły tylko dlatego, że miały lepsze statki. Rosły również dlatego, że ktoś zdobył właściwą informację, przekupił odpowiedniego człowieka albo po prostu przeżył rejs, którego połowa załogi nie przeżyła.
Ta mnogość wydarzeń jest jednocześnie źródłem pewnego problemu. Crowley potrafi poprowadzić wybraną historię bardzo dokładnie, by po chwili przeskoczyć do innej wyprawy, innego oceanu i kolejnej grupy ludzi. Przy dużej liczbie nazwisk, dat i miejsc tempo chwilami staje się zbyt szybkie i książka traci część narracyjnej przejrzystości. Niektóre epizody są znakomite właśnie dlatego, że autor pozwala im wybrzmieć, inne przechodzą tak szybko, że trzeba wrócić kilka stron, żeby upewnić się, kto właściwie właśnie zginął, zbuntował się albo zmienił kurs. To szczególnie odczuwalne w środkowych partiach, gdzie nagromadzenie wypraw zaczyna przypominać port w sezonie handlowym: wszystko się rusza, wszystko ma znaczenie, tylko człowiek chwilami nie wie, na który statek właściwie patrzy.
Paradoksalnie pewien niedosyt może budzić także sam temat przypraw. Książka świetnie pokazuje, dlaczego były ważne dla polityki, ekspansji i handlu, ale nie zawsze równie dokładnie tłumaczy, co działo się z nimi później w Europie. Jak wyglądała ich dystrybucja, jak zmieniały ceny, kto dokładnie najwięcej zarabiał i w jaki sposób przyprawy funkcjonowały w codziennym użyciu? Crowley bardziej interesuje się drogą do źródła niż tym, co działo się z towarem po dotarciu na drugi koniec łańcucha. Podtytuł książki uczciwie zapowiada jednak rywalizację, więc trudno traktować to jako poważne rozminięcie z tematem. Raczej jako świadomość, że skoro przez kilkaset stron ktoś ściga goździki przez pół świata, dobrze byłoby czasem sprawdzić, co właściwie robił z nimi po powrocie.
Bardzo dobrze wypada za to perspektywa źródłowa. Crowley korzysta z relacji uczestników, ale nie traktuje ich jak nagrań z kamery przemysłowej. Zwraca uwagę na sympatie, ograniczenia wiedzy i sprzeczności między przekazami. Pigafetta pozostaje ważnym świadkiem, ale fakt, że był związany z Magellanem, nie zostaje schowany pod dywan. Gdy źródła nie pozwalają rozstrzygnąć szczegółu, autor nie udaje większej pewności, niż rzeczywiście posiada. To szczególnie ważne tam, gdzie miejscowe społeczności poznajemy głównie oczami Europejczyków. Crowley nie jest w stanie całkowicie uciec od tego problemu, bo sam materiał źródłowy narzuca ograniczenia, ale przynajmniej potrafi je nazwać. W historii pierwszych spotkań kolonialnych taka ostrożność jest znacznie cenniejsza niż kilka efektownych pewników.
Ostatnie partie książki wyraźnie poszerzają perspektywę. Autor przechodzi od wypraw i rywalizacji do konsekwencji systemu, który z tych działań wyrósł. Handel, przemoc, monopolizacja, eksploatacja zasobów i praca przymusowa zaczynają układać się w znacznie mniej romantyczną historię niż ta o dzielnych żeglarzach mierzących się z oceanem. Crowley nie zamienia jednak finału w prosty akt oskarżenia. Pokazuje raczej, że globalny świat od początku miał podwójne oblicze. Jednym było krążenie ludzi, informacji, roślin, towarów i technologii na niespotykaną wcześniej skalę. Drugim była cena płacona przez społeczności, które zostały do tego systemu włączone niekoniecznie z własnej woli. Im bliżej końca, tym wyraźniej widać, że historia gospodarcza bardzo rzadko ma niewinny zapach, nawet jeśli zaczyna się od gałki muszkatołowej.
Walka o przyprawy jest więc najmocniejsza tam, gdzie Crowley łączy wielkie procesy z bardzo konkretnym doświadczeniem. Potrafi opowiedzieć o narodzinach światowego handlu przez katastrofę jednego statku, o rywalizacji imperiów przez konflikt na niewielkiej wyspie i o zmianie geopolityki przez błędnie policzoną odległość. Czasami biegnie zbyt szybko, czasami liczba ekspedycji zaczyna walczyć o uwagę równie zawzięcie jak Portugalia z Hiszpanią, ale rzadko traci energię. To książka o świecie, który nagle stał się mniejszy, bo kilka państw odkryło, że wartość niewielkiego worka przypraw potrafi usprawiedliwić podróż przez ocean. A kiedy człowiek już raz policzył zysk, reszta globu przestała być daleko.

